Umów się ze mną…

Tak się porobiło w Irlandii, że należy się umówić, bo ma to ułatwiać kontakty, niezależnie jakiego są one rodzaju.

O ile przyzwyczaiłem się już do umawiania na wizyty do lekarza, gdyż mają się kim zajmować, a ja im głowę zawracam bzdurami, to już całkowicie zaskoczyły mnie uzgodnienia terminu i godziny w Social Welfare, u fotografa oraz u wymieniacza ekranów telefonicznych.

Z lekarzami to nawet się nie dziwię, przecież nie tylko ja mogę na coś się uskarżać, więc po co czekać w wielogodzinnej kolejce, skoro można iść na wyznaczoną godzinę i być przyjętym prawie natychmiast.

Inaczej jest w Social Welfare, a mam do załatwienia kilka spraw, więc przedłużyć ważność Public Services Card (PSC) i otrzymać wydruk (pustą kartkę papieru), że z zasiłków nie korzystałem od początku swojego pobytu na wyspie. Może i nie będzie całkiem pusta, bo przecież zmuszony zostałem do przyjmowania na bankowe konto, to, na które dostawałem te miliony, żeby pisać o covidzie, zasiłek w marnej kwocie 350 €, ale nie było to z mojej winy, więc się nie liczy.

Co ciekawe, nie mogę tego załatwić jednocześnie, gdyż czymś całkiem innym jest Karta Usług Publicznych, a czymś całkiem innym dokument, że nie jestem naciągaczem socjalnym. Wychodzi więc na to, że umówić się musiałem dwa razy i niemożliwe jest akurat załatwienie tych spraw jednego dnia, nie mówiąc już o zbliżonych do siebie godzinach. Życie…

To mógłbym jakość przeboleć, bo przecież w kraju o praktycznie zerowym bezrobociu, za takie uznaje się w Irlandii na poziomie 4,5%, Social Welfare powinien świecić pustką, więc urzędnicy walczyć o petenta, żeby nie sczeznąć z nudów. Nie czekają, każą się umawiać, jak i każą się umawiać osoby, które w Galway pstrykają fotki do dokumentów.

Zastanawiające, ponieważ proces nie jest długotrwały, czyli wejść, siąść, przeczesać włosy (mnie nie dotyczy), pstryknąć i już. Nie, tak się nie da, albowiem zakład fotograficzny, to nie jest sklep i żaden z ulicy nie będzie się tam kręcił, a i chciał w XXI wieku pstryknąć zdjęcia na poczekaniu.

Jak już mówię o czasie oczekiwania, to są jeszcze ci od wymiany telefonicznych ekranów, ale i oni nie do końca chcą się zająć szybką, czyli również szybką obsługą klienta. W jednym z punktów zaproponowano mi, żebym zostawił telefon i przyszedł dnia następnego, a będzie cały i ładny. W kolejnym, bo z propozycji nie skorzystałem, umówiono mnie na dzień następny, a najlepiej, żebym wpadł w porze lunchu, to się pęknięty ekran odlepi i nowy wstawi.

Tu też raczej nie miałem ochoty korzystać z usługi, więc znalazłem kolejny z warsztacików i o dziwo, udało się, a fachowiec stwierdził, że wykona usługę w 30 minut, ale niech przyjdę lepiej za 45. Tak się stało, wróciłem po 40 minutach, sprawa była załatwiona, natomiast usługa droższa od tej, jaką zaproponowano mi w Dublinie o 30%. Cóż, Galway to w końcu 78-tysięczna metropolia, więc i fachowcy się cenią.

Zastanawia tylko, dlaczego w jednym miejscu da się zrobić od ręki, a w innym… Nie wspomnę już o urzędniczej machinie, bo ta miele lub mle powoli, a petent odczuć musi, że jednak w urzędzie jest i tam panować ma ład oraz porządek, nie natomiast samowola wejścia i wpychania się do okienka.

Bogdan Feręc

Photo by Arthur Humeau on Unsplash

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
ZNAJDŹ NAS:
Wymagany jest progra
Propozycja „prawa