McDonald bliżej do USA niż UE?

Mary Lou McDonald liderka Sinn Féin i potencjalna premier Republiki Irlandii wiele razy pokazała już, że znacznie bliżej jej samej i jej ugrupowaniu jest do Stanów Zjednoczonych Ameryki, niż do pobliskiej i związanej członkostwem Unii Europejskiej.

Partia Sinn Féin wiele razy prezentowała postawę lekko agresywną wobec instytucji unijnych, czasami nawet nie bez racji, ale jednak, co bardzo wyraźnie widać, kurs obrała mocno na zachód. Za wielką wodę swój wzrok kieruje i Mary Lou McDonald, ale też członkowie jej partii, a co chyba powinno niepokoić w chwilach problematycznych, latają jak opętani do amerykańskiego Senatu.

Tak dzieje się od chwili, gdy dowiedzieliśmy się, że w Wielkiej Brytanii odbędzie się referendum wyjściowe, ale i wcześniej silne związki z Ameryką były podkreślane przez Sinn Féin, gdyż to Gerry Adams, poprzednik McDonald, wydeptywał ścieżkę przez Ocean Atlantycki do Waszyngtonu.

Całkowicie nie ma mojej akceptacji, kiedy pojawiają się jakieś problemy na linii Republika Irlandii a Wielka Brytania, ale też Londyn przez Dublin do Brukseli, bo to takie trochę skarżenie na rząd Jej Królewskiej Mości. Nie inaczej dzieje się teraz kiedy Liz Truss objęła ster Partii Konserwatywnej w UK, a i otrzyma z rąk Królowej Elżbiety II dokument, który da jej możliwość stworzenia gabinetu.

Mary Lou McDonald zapowiedziała, że ważne jest, by Protokół Irlandzki był respektowany, i powiedziała dobrze, ale zaraz dodała, że poleci do Ameryki i będzie rozmawiać z senatorami oraz kongresmenami, żeby zwrócić ich uwagę na kwestie łamania umów międzynarodowych.

No dobrze, niech leci, niech rozmawia, bo przecież USA zależy na zachowaniu spokoju na irlandzkiej wyspie, a same Stany, jako promotor Porozumienia Wielkopiątkowego mający interesy na wyspie, chcą, żeby dokument, który powstał z ich udziałem był realizowany. USA mają też na wyspie potężne interesy, a nawet można nazwać Irlandię strefą ich wpływów gospodarczych, natomiast Irlandia, jako młodsza i biedniejsza siostra USA, chce czerpać zyski, również polityczne z tej współpracy.

Okej, nich czerpie, niech współpracuje, ale w rozsądny sposób, który obserwujemy obecnie, czyli bardziej na niwie ekonomicznej, niż politycznej. Oczywiście powie ktoś, że USA raczej z pobłażliwym uśmieszkiem podchodzą do Irlandii, bo to jakaś wysepka w północnej części Atlantyku, o czym mógł przekonać się urzędujący jeszcze premier Micheál Martin.

Kiedy szefem rządu zostanie Mary Lou McDonald, a nawiasem mówiąc, ma liczne kontakty na najwyższych szczeblach amerykańskiej administracji, Senacie i w Kongresie USA, stosunki z Republiką mogą się chyba tylko poprawić, a i Stany będą reklamować McDonald, by stała się urzeczywistnieniem idei połączenia wyspy. Tu jednak możliwe są również zagrożenia, gdyż nigdy nie ma nic za darmo, więc jakie Irlandia ma gwarancje, że, i mówię to w wyraźnym cudzysłowie, nie będą oczekiwać czegoś w zamian? Swoiste donosicielstwo, na jakie wyglądają częste podróże samej szefowej Sinn Fein do Ameryki, ale i członków tej partii, może być przecież wstępem do rozwinięcia, i tu też ogromny cudzysłów, stosunków wywiadowczych. Skarżenie się na działania innego państwa, z którym Republika jest w niby dobrych, ale napiętych kontaktach, to nic innego, jak wywieranie presji na promotora, by swoją potęgą wpłynął na postępowanie adwersarza.

Idąc dalej tym tropem, powiedzieć trzeba, że może się to kiedyś zwrócić przeciwko samej Sinn Féin i Mary Lou McDonald, która z większą rozwagą powinna dobierać sojuszników.

W tym przypadku nie liczy się rozmiar, ale odległość i wielkość współpracy, a jednocześnie interes promotora, bo gdy jemu przestanie zależeć, Zielona Wyspa pozostanie samotna na zimnym i ciemnym oceanie, a dawniejsi sojusznicy z Unii Europejskiej, wypną się na nią, jak wcześniej po objęciu rządów, Sinn Féin, teoretycznie wypinało się na nich.

Polityka to pasmo układów, niekończących się rozmów bez udziału kamer i mikrofonów, więc budowanie sojuszy pod negocjacyjnymi stołami, które ukazują się nam w chwili, gdy są zakończone.

Nie mogę też powiedzieć, że Sinn Féin jest przeciwniczką Unii Europejskiej, to byłoby nadużycie, ale wyraźnie wskazuje kierunek swojej polityki. Zapomina jednak o pewnym przysłowiu, że bliższa koszula ciału, niż sukmana. Cała polityka międzynarodowa Sinn Féin powinna stać się więc bardziej wyważona, niesugerująca w tak dosłowny sposób ścieżek uwielbienia, a być wypadkową potrzeb i możliwości współpracy z partnerami zagranicznymi.

Kierunek amerykański może więc odbić się Irlandii czkawką, bo z historii wiemy, że Stany Zjednoczone lubią zawierać sojusze, ale też mogą z nich szybko rezygnować. Trochę inaczej wygląda to na kontynencie europejskim, bo Unia Europejska, choć w dezorganizacji, stale podejmuje próby porozumienia, a i daleka jest od pozbywania się niechcianych nawet związków. To różni UE od USA, a o czym Sinn Féin chyba trochę zapomniało.

Bogdan Feręc

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
ZNAJDŹ NAS:
Nadzieja wstąpiła
UNICEF niesie pomoc