Energetycznie nie jest dobrze, ale możemy mieć drugi azbest

Od lat powtarzam i zdania nie zmieniam, że to całe przejście na tzw. zielone źródła energii, wpędzi nas w niemałe kłopoty, a stanie się tak za sprawą braku przygotowania.

Jest wiatr, z którego można produkować energię, ale po pierwsze trzeba wyprodukować samą turbinę, osprzęt, przygotować bazę, na której to wszystko będzie się opierać, a dzieje się to obecnie za sprawą nośników energii, których zielonymi nazywać nie ma żadnej możliwości. Utylizacja, bo przecież taki wiatrak ma swoją żywotność, aktualnie leży i wszystkie maszty, na których montowane są turbiny wiatrowe oraz skrzydła, a nie są wykonywane już z metali, bo w większości z kompozytów, trafiają pod ziemię.

Dlaczego są zakopywane? Ponieważ nie istnieje technologia do utylizacji tego rodzaju materiałów na skalę przemysłową, a na dodatek, nie do końca wiadomo, w jaki sposób ów „zmielony” kompozyt wykorzystać ponownie.

Ogniwa fotowoltaiczne, to kolejna ciekawostka, bo również ich żywotność jest ograniczona, a o ile w okresie ich użytkowania nie będzie odpowiedniej ilości słońca, nakłady poniesione na ich zakup, montaż i obsługę, w ogóle się nie zwrócą, czyli wyłącznie podniesie się koszt uzyskania energii elektrycznej ze słońca. Nie ma też technologii do utylizacji paneli słonecznych, gdyż ta jest dopiero w fazie rozwojowej, więc panele, które są wymieniane teraz, trafiają na normalne wysypiska śmieci.

Kolejna kwestia to koszt utylizacji ogniw fotowoltaicznych, a oblicza się, że jest on ok. 300 razy wyższy, niż utylizacja tzw. zwykłych śmieci. O ile nie powstanie w krótkim czasie tania technologia do ich przetwarzania, to ogniwa fotowoltaiczne, zasypią nas tak, jak zasypują nas tony plastiku i niegdyś azbest.

Idąc dalej, mamy już samochody elektryczne, a i te przysparzać mogą wiele problemów, bo są i drogie w zakupie, jak i w eksploatacji, nie mówiąc już o naprawach. Wystarczy zapytać mechaników samochodowych, jak bardzo są to skomplikowane konstrukcje, jaki występuje stopień trudności przy demontażu niektórych elementów, aby się dowiedzieć, że naprawa „elektryka”, stanie się za chwilę koszmarnie droga. Obecnie tak się jeszcze nie dzieje, gdyż samochody są stosunkowo nowe, ale z każdym rokiem będzie ich przybywać w warsztatach mechanicznych, które po pierwsze będą musiały zatrudniać dobrze przeszkolonych specjalistów, po drugie mieć atestowany przez producentów sprzęt do prowadzenia badań i wykrywania usterek, a po trzecie autoryzowany sprzęt do prowadzenia późniejszych testów poprawności montażu. Nie można powiedzieć, że to pieśń przyszłości, bo dealerzy samochodowi, są przygotowani na taką ewentualność, więc zaczęli zatrudniać pracowników, którzy przechodzą specjalistyczne szkolenia, a i wprowadzają do warsztatów sprzęt, a ten wart jest w przypadku Irlandii, grube tysiące euro. Kolejną kwestią są części zamienne do samochodów elektrycznych, więc obecnie jeszcze cały czas wyłącznie oryginalne, a i chyba pozostanie tak bardzo długo, albowiem niektóre z nich są na tyle skomplikowane oraz kosztowne w produkcji, że nie będzie się raczej wytwarzać ich zamienników.

Są też akumulatory do aut elektrycznych, bo i te mają określony czas użytkowania, a i niezależny od stanu baterii. O ile producent określi, iż akumulator do napędzania jego produktu ma czas pracy obliczony na siedem lub osiem lat, to po tym terminie, pierwsza wizyta na przeglądzie technicznym da nam wskazówkę, że baterię należy najpierw wymienić, aby otrzymać, dokument uprawniający do poruszania się pojazdu po drogach publicznych. W przypadku Irlandii będzie to NCT.

Droga jest sama wymiana, bo zabiera wiele czasu, a trzeba w wielu konstrukcjach rozebrać na początku układ chłodzenia baterii, by przejść do demontażu i utylizowania akumulatorów samochodów elektrycznych. To także droga zabawa, bo firma sprzedająca takie auta lub autoryzowany warsztat, który będzie prowadził wymianę ogniw np. litowo-manganowych, litowo-żelazowo-fosforanowych, litowo-nikolowo-kobaltowo-aluminiowych lub litowo-niklowo-kobaltowo-manganowych, za chwilę będzie zmuszony do wydzielenia miejsca na składowanie zużytych baterii. Następnie, kolejna wyspecjalizowana firma przewiezie takie na składowiska, a może nawet prosto do przedsiębiorstwa utylizacji, chociaż w Irlandii takiego się nie spodziewam, więc trzeba będzie ten post-elektryczny złom odtransportować drogą morską do jakiegoś innego kraju i miejmy nadzieję, że nie będzie to na drugim końcu świata, jak w przypadku Forda.

Proces utylizacji, o czym w ogóle się obecnie nie wspomina, będzie drogi, a i zagrażający środowisku, jeżeli transport i składowanie, nie będzie odbywać się w odpowiednich warunkach bezpieczeństwa, czyli z ochroną środowiska, wiele wspólnego to wtedy nie ma.

Dlatego niezmiennie jestem zdania, że w tej nowej fali ekologii, zgotowano nam dramatyczny los, a problemy będą się w mojej ocenie wyłącznie pogłębiać, a i nie będzie tak, jak wcześniej próbowano nam wmówić, że zyskujemy darmowe źródła energii. Takich nikt nie będzie miał, nawet właściciele farm wiatrowych i fotowoltaicznych, bo konserwacja urządzeń kosztuje, niemało, a i utylizacja oraz wymiana zużytych jednostek wytwórczych, to również obciążenie dla ich właściciela. Są to też jedne z najdroższych metod pozyskiwania energii, a chodzi tu o przestoje turbin i ogniw, które nie produkują prądu w okresach bezwietrznych i w godzinach nocnych, czyli wówczas generują wyłącznie koszty.

Czy mamy teraz jakieś dobre perspektywy? Nie i to jasno trzeba sobie powiedzieć, bo produkt tymczasowy, jakim jest prąd generowany przez wiatr i słońce, wkrótce będzie musiał być zastąpiony rozwiązaniami, które dają pewność nieprzerwanych dostaw. Aktualnie wydaje się, że następcą wiatru i słońca stałby się wodór, ale i tu napotykamy wiele zagadnień do rozwiązania, a to za sprawą kosztu wytworzenia wodoru i problemów z jego składowaniem oraz transportem do odbiorcy. Sama technologia pozyskiwania wodoru istnieje, ale co podkreślam, jest jeszcze teraz wysoce nisko wydajna, więc i droga, co oznacza, że i z tego kierunku nie ma dla nas rychłej nadziei, że rachunki za prąd będą niższe.

Na marginesie mogę dodać, że jestem miło zaskoczony moim ostatnim rachunkiem za prąd, bo nie dosyć, że nie jest zabójczy dla mojego portfela, to swobodnie zostanie zapłacony z pieniędzy, które przesłał mi ówczesny premier i jego podwładni, a i zostanie coś na kolejne opłaty. Do tego za chwilę rząd w swej niepojętej dobroci prześle mi kolejne dwie stówy brutto, a później kolejne, czyli światowy kryzys energetyczny nie jest mi straszny. Jakby tego wszystkiego było mało, to mój dostawca energii elektrycznej uznał, że czasy są ciężkie, że trzeba mnie wesprzeć i jeszcze dołożył na moje konto, będę ów chwalił…, Electric Ireland, całe 50 €. Jak tak dalej pójdzie, a prądu nie oszczędzam, chociaż zużywam mało, bo wszystko w domu, czyli ogrzewanie, kuchenkę do gotowania i ciepłą wodę mam na gaz, to do końca przyszłego roku, a przynajmniej do jesieni, nie zapłacę elektrowni nic, co akurat mnie cieszy. Z gazem jest trochę inaczej, bo jednak trzeba za niego płacić bez wsparcia, ale ze względu na dosyć ciepłą do tej pory zimę, tragedii nie ma.

Bogdan Feręc

Photo by American Public Power Association on Unsplash

© POLSKA-IE: MATERIAŁ CHRONIONY PRAWEM AUTORSKIM.
ZNAJDŹ NAS:
Nie będzie nakazu n
Informacja prasowa: