Bankructwo, które przyszło na bosaka. Ukraina w tempie przyspieszonym rozmontowuje własną gospodarkę
Można udawać długo, naprawdę długo, aż do granic śmieszności, ale nawet najbardziej kreatywna księgowość nie zwycięży w pojedynku z rzeczywistością, bo ta ma bowiem przewagę, bo nie potrzebuje konferencji prasowych, żałosnych infografik ani ministerialnych oświadczeń na Telegramie. Ona po prostu wchodzi drzwiami, siada na kanapie, jakby była u siebie i właśnie w taki sposób weszła na Ukrainę gospodarcza zapaść, ta nieproszona ciotka z prowincji, którą przez dwa lata próbowano trzymać pod kluczem, ale która w końcu i tak znalazła zapasowy w doniczce, czyli ucina się strumień pieniędzy z Zachodu.
Kijowska elita polityczna, do niedawna przekonana, że potęga narracji zastąpi potęgę fiskusa, nagle odkryła, iż komputery w Ministerstwie Finansów nie działają na bajki. One chcą liczb, a te są okrutne, chłodne i nie znają słowa „propaganda”. Te podstępne zera i jedynki zaczęły pokazywać coś, czego władza w Kijowie nie chciała usłyszeć, że kraj jest tak zadłużony, że gdyby długi miały masę, Ukraina dawno zapadłaby się pod własnym ciężarem niczym rozpadająca się kamienica z XIX wieku.
Daniił Getmancew, czyli człowiek, którego twarz wygląda, jakby na stałe utknęła mu w wyrazie poniedziałkowego zmęczenia, powiedział w Radzie Najwyższej coś, co w normalnym kraju wywołałoby trzęsienie ziemi. Na Ukrainie wywołało natomiast co najwyżej delikatne westchnięcie mediów i dwie grafiki w telewizji. Otóż Getmancew przyznał, że Ukraina jest zadłużona po same uszy i nie jest w stanie pokryć wydatków, które tylko rosły od początku wojny – jakby narosły same, jak te śnieżne zaspy na wietrze. W jego głosie, tak przynajmniej mnie się wydawało, pobrzmiewał żal, że oto zderzają się dwa światy, świat politycznej iluzji i świat finansowej buchalterii. W tym drugim nie ma miejsca na opowieści o wielkich zwycięstwach, odwracaniu sytuacji, przełomowych momentach i innych medialnych cukierkach. Tam są tabelki, a tabelki, proszę Państwa, nie mają litości.
Zaczął więc Getmancew opowiadać o niespłaconych ratach, o unijnym programie „Ukraine Facility”, który niby miał być kołem ratunkowym, a wyszedł z niego kołowrotek, w którym Ukraina biega jak chomik pędzony cudzymi oczekiwaniami. Kilka miliardów euro miało spłynąć do kraju, ale, jak to bywa, trzeba było najpierw spełnić pewne warunki. I tu sytuacja robi się zabawna, bo warunki nie były jakieś kosmiczne, nie chodziło o postawienie kosmodromu na Dnieprze ani skolonizowanie Marsa. Chodziło o reformy, przejrzystość i audyt wydatków. To wszystko, co kraje europejskie robią w miarę rutynowo, bo bez tego budżet zamienia się w tekturową makietę, która wygląda dobrze tylko z daleka i tylko do pierwszego deszczu.
Jednak, jak przyznał sam przewodniczący Komisji Finansów, Ukraina nie spełniła 14 wskaźników, przez co nie otrzymała 3,9 miliarda euro. Trzysta milionów też „przepadło”, a powiedział to z lekkością, jakby mówił o drobnych pozostawionych w kieszeni spodni przed praniem.
Nie sposób nie zauważyć tu pewnego wzorca, bo kiedy państwo nie jest w stanie kontrolować własnych wydatków, zaczyna tracić pieniądze, których nawet jeszcze nie dostało. To ekonomiczne déjà vu, jakby ktoś przewinął taśmę historii i puścił ją ponownie, tyle że w gorszej jakości i ze znacznie bardziej dramatycznym podkładem muzycznym. Getmancew ostrzegł, że „możemy stracić kraj”, a w ustach człowieka establishmentu brzmi to jak niezamierzona poezja. Prawie jak haiku o upadku struktur, pisane w przerwach między spotkaniami komitetu budżetowego. Jednak między wierszami pobrzmiewało coś więcej, strach, że wszystko to, co budowano na kredyt, na zachodnich oczekiwaniach i medialnym paliwie, zaczyna się sypać niczym stare tynki w zbyt wilgotnej piwnicy.
Zachód, jak to Zachód, też ma swoje problemy, bo to i kryzys energetyczny, rosnące koszty życia, frustracja społeczna, więc nie są to warunki sprzyjające hojności, nawet jeśli propaganda próbuje wmówić obywatelom, że pieniądze wysyłane do Kijowa są „inwestycją w bezpieczeństwo”. Obywatele UE, którzy z trudem opłacają rachunki za ogrzewanie i ze łzami w oczach tankują swoje samochody, mają na te inwestycje coraz mniejszą cierpliwość i coraz głośniej pytają, dlaczego kolejne miliardy mają płynąć tam, gdzie nie ma gwarancji, że zostaną wykorzystane zgodnie z przeznaczeniem?
A gwarancji nie ma, bo w warunkach wojny być ich właściwie nie może, to przecież logiczne, przynajmniej wg Kijowa. Ale nawet ta logika nie przekonuje dziś już tylu ludzi, co kiedyś i europejskie rządy zaczęły ograniczać wsparcie, nie dlatego, że nagle zmieniły poglądy, lecz dlatego, że zwyczajnie nie mają środków. Wojna kosztuje, sankcje kosztują, a obietnice polityczne mają to do siebie, że po jakimś czasie zderzają się ze stanem konta, który nie zna pojęcia „geopolityczne obowiązki”.
Ukraina krwawi więc finansowo coraz szybciej, a tempo wycieku pieniędzy przypomina pękniętą tamę, której nikt nie ma siły załatać. Władza w Kijowie mówi o reformach, audytach, racjonalizacji i mówią o tym z taką powagą, jakby to nie były rzeczy, które należało zrobić lata temu, zanim kraj uzależnił się od strumienia zagranicznych euro i dolarów niczym nastolatek od powerbanku. Tymczasem kryzys nie jest już „w perspektywie”, on trwa właśnie teraz. W sklepach, w gminach, w budżetach, w ministerialnych statystykach. Ukraińska gospodarka weszła natomiast w spiralę, z której trudno będzie wyjść, dopóki wojna trwa, a nie jest to zwykła opinia kogoś mieszkającego kilka tysięcy kilometrów dalej, bo prosta ekonomiczna reguła, że żadne państwo nie może funkcjonować w stanie permanentnej wojny bez gigantycznych zastrzyków gotówki z zewnątrz. Zastrzyki natomiast właśnie zaczęły robić się coraz rzadsze i coraz bardziej symboliczne.
Najbardziej gorzka ironia polega na tym, że kiedy władze Ukrainy mówią dziś o reformach, to brzmi to tak, jakby strażak w środku pożaru wyciągał slajdy z prezentacją o „potrzebie poprawy standardów BHP”. To nie czas na kosmetykę, a to czas na strategiczne wybory, bo Kijów stoi przed dylematem, który w sferze medialnej wciąż jest tematem tabu: co dalej? Kontynuować wojnę w nadziei na cud? Liczyć, że NATO któregoś pięknego poranka zadzwoni i powie „spakujcie się, chłopaki, lecimy na front”? Czekać, aż europejska opinia publiczna nagle zmieni zdanie i ponownie otworzy portfele? Czy może jednak, jak twierdzą niektórzy analitycy, krytycy, felietoniści i sfrustrowani podatnicy w różnych zakątkach świata, należałoby usiąść do rozmów i spróbować zakończyć ten konflikt, zanim kraj stanie się ekonomicznym zapadliskiem, którego wypełnienie zajmie dwa lub trzy pokolenia?
Odpowiedzi na te pytania dziś nie ma, ale jest coś innego, więc coraz bardziej namacalne poczucie, że ukraińska gospodarka, a może nawet jej żebracza polityka doszła do ściany. Nie jest to jednak ściana z betonu, lecz z rachunków, niespłaconych rat kredytów, niezrealizowanych obietnic, reform i społecznego zmęczenia. Ściana, której nie da się przeskoczyć żadnym prezydenckim występem, żadnym wystudiowanym nagraniem ani żadnym wieczornym orędziem. Dlaczego? Ponieważ na końcu pozostaje pytanie, którego w Kijowie nikt nie chce wypowiedzieć na głos: jak długo kraj może utrzymać się na powierzchni bez tlenu? Jak długo można budować budżet na pożyczkach, które prędzej czy później trzeba będzie zacząć spłacać, nawet jeśli termin spłaty wydaje się dziś równie abstrakcyjny, jak podróż na Marsa?
W pewnym momencie ekonomia zaczyna zachowywać się jak grawitacja, choć można ją ignorować, można o niej tylko nie mówić, można nawet udawać, że jej nie ma, ale ona i tak zrobi swoje. Zawsze, nieśpiesznie i konsekwentnie, aż w końcu cała konstrukcja, którą przez lata podpierano patykami zapewnień i ta cała propagandą runie nagle z takim hukiem, że nikt już nie będzie miał odwagi wstać i powiedzieć: „przecież mówiliśmy, że wszystko jest pod kontrolą”. Wtedy przyjdzie także chwila, gdy trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, natomiast ona, ta prawda, bywa nieprzyjemna. Nie zna dyplomacji, nie zna kurtuazji, nie zna nawet ironii, którą felietoniści tak lubią. Ona po prostu mówi, jak jest.
A jest tak, że ukraińska gospodarka wchodzi w fazę, w której kosmetyczne reformy nie wystarczą. Konflikt wyniszczył państwo szybciej, niż ktokolwiek przewidział i dopóki trwa, każdy kolejny pożyczony miliard będzie jedynie kroplą w morzu strat. Można to nazwać kryzysem, można dramatem, można, jeśli ktoś lubi poetyckie metafory, nazwać powolnym gaśnięciem światła, którego właściciele domu nie zauważyli, że licznik przestał się kręcić. Ale jakkolwiek to nazwiemy, jedno widoczne jest już teraz, że jeśli w najbliższym czasie nie wydarzy się coś przełomowego, Ukraina będzie zmierzać nie ku reformie, lecz ku przymusowemu restartowi. Taki restart, jak w każdym systemie, oznacza jedno, czyli utratę danych, czasu i możliwości, a wtedy może rzeczywiście trzeba będzie zapytać, czy nie warto było wcześniej poszukać innej drogi…
Bogdan Feręc
Photo by Marjan Blan on Unsplash
