Smutek, nie nerwy
Zapytał mnie niedawno jeden człowiek, choć te pytania się powtarzają, a nawet wiele osób twierdzi, że skoro zajmuję się polityką, muszę się bardzo denerwować. Zacząłem się zastanawiać, czy tak jest w rzeczywistości, jednak mogę stwierdzić, że politycy, sama polityka i wydarzenia z tej sfery, denerwują mnie niezwykle rzadko. I to jest pierwsze zaskoczenie, które nie mieści się ludziom w głowach, bo przecież jak tu się nie denerwować, kiedy teatr absurdu gra bez przerwy, a bilety rozdają za darmo, tylko że i tak płacimy za nie wszyscy.
Zdaję sobie sprawę, że polityka wygląda osobliwie, że kieruje się swoimi prawami, najczęściej jest nudna, o ile prześledzić proces tworzenia prawa. To setki dokumentów do przeczytania, tysiące kartek do przejrzenia i miliony liter, jakie muszą znaleźć się na papierze. Jest jednak jeden element, który jest fascynujący, a chodzi o tę otoczkę, czyli samych „tfurcuf” i to przez duże TFU. I nie, to nie jest literówka, to jest stan umysłu, pewien rodzaj samozachwytu podszytego ignorancją, która potrafi chodzić w garniturze, mówić płynnie i jednocześnie nie powiedzieć absolutnie nic.
Politycy, których od dawna nazywam politykierami, od dawna mnie także bawią, a powód jest prosty, gdyż ujawniają swój potężny potencjał niewiedzy, niekiedy braki elokwencji i coś, co można nazwać zwykłą ludzką głupotą i nie jest to głupota niewinna, taka z kategorii „każdemu się zdarza”. To jest głupota systemowa, pielęgnowana, karmiona i nagradzana. Głupota, która nie tylko nie przeszkadza, ale bywa przepustką do kariery. Oczywiście niewiele osób może powiedzieć im to wprost, a sposób zawoalowany się nie sprawdza, gdyż nie do końca trafia do odbiorcy, więc mamy tę pętlę szaleństwa, która zaciska się niejednokrotnie na szyjach ludzi władzy. I zaciska się powoli, niemal elegancko, jak dobrze zawiązany krawat.
Nie mogę powiedzieć jednocześnie, iż wszyscy są sierotami bez szkoły, gdyż część z osób, które weszły w politykę, to jednak osoby nad wyraz inteligentne, a przykładów też jest mrowie. Tu natomiast pojawia się ironia losu, bo właśnie ci, którzy mogliby coś zmienić, często grzęzną w tej samej breji, w tym samym błocie, które wcześniej krytykowali. System mieli naprawiać, a system ich połknął jak pelikan rybę, bez popitki i bez refleksji. Nie czas to jednak, aby pisać o durniach polityki, a tym bardziej o jej tuzach, więc wrócę do podstawowej tezy tego felietonu, czyli moich nerwów, a raczej ich braku.
Chwilami ciężko je utrzymać na wodzy, czasami trzeba zacisnąć zęby, a i od czasu do czasu uda mi się wybuchnąć, choć to też eksplozja kontrolowana. Taka, która przypomina bardziej otwarcie zaworu bezpieczeństwa niż prawdziwy wybuch, czyli syczy, paruje, ale nie rozwala konstrukcji. Pisząc, co też jest jednym z faktów, częściej odpuszczam hamulec, ale inaczej ta kwestia wygląda w radiu. Na antenie powinienem być jednak zimnym komentatorem, bo taką przyjąłem rolę, więc mam pewnego rodzaju bezpiecznik, a ten wykorzystują osoby, które zapraszają mnie do programów. To jest gra pozorów, gdyż oni wiedzą, że zaraz mogę się odpalić, ja wiem, że oni wiedzą, i wszyscy wiemy, że musimy uważać.
Najczęściej pojawiam się w towarzystwie osób, które już dobrze mnie znają, czyli zauważają znaki, gdy zaczynam się odpalać. Wówczas jedno chrząknięcie, jedna wstawka, jedno przytaknięcie zwraca moją uwagę, że muszę lekko przystopować, żeby później się gęsto nie tłumaczyć. To jest jak jazda samochodem bez ABS-u, bo czujesz, że zaraz wpadniesz w poślizg i delikatnie odpuszczasz albo nie odpuszczasz i liczysz, że jakoś to będzie. Czasem się udaje, a czasami kończysz na barierkach.
Żeby jednak nie było, że w radiu jestem końcówką żeńskiego układu rozrodczego, mówię, co chcę powiedzieć, aczkolwiek staram się w taki sposób, aby poszło w pięty, jednak wymiar sprawiedliwości nie zaczął mnie ścigać. Balansowanie na tej granicy to sztuka, trochę jak chodzenie po linie nad przepaścią, tylko zamiast widowni masz słuchaczy, a zamiast siatki bezpieczeństwa, prawnika na telefonie. Całkiem niedawno miałem właśnie taki „wypadek” przy pracy, gdy na antenie strzeliłem prosto z mostu i to bez żadnego wygładzania, co skutkowało stwierdzeniem słuchaczy, że niewiele osób mediów ma takie „cojones”, aby puścić te słowa w świat. Miłe, ale nie będę przesadzał. Odwaga w dzisiejszych czasach bywa przeceniana, a niekiedy to po prostu brak cierpliwości do głupoty.
Kończąc jednak, odpowiem, czy się denerwuję na politykę, na polityków i czy ona wprowadza mnie w stan nerwowości. Nie, bardziej jest to, a widzę to coraz częściej, smutek. Tak, polityka wywołuje we mnie smutek, żal i to taki najzwyczajniejszy, ludzki, jak po stracie, na którą nie jesteśmy przygotowani. To nie jest gniew, który pali i mobilizuje, ponieważ to jest ciężar, który siada na klatce piersiowej i mówi: „to znowu to samo”.
Zastanawiam się też, dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź może być tu różna, bo z jednej strony znam politykę, jej kulisy, widzę kilka dróg prowadzących do celu, ale najczęściej władcy tego świata wybierają tę, która jest tak meandrowana, że w każdej chwili może zmienić kierunek. I robią to z uporem godnym lepszej sprawy, jakby prostota była czymś podejrzanym, jakby jasność oznaczała słabość, a normalność była zagrożeniem.
Polityka, jeżeli nie chce uprzykrzyć ludziom życia, jest prosta, jest zerojedynkowa, jest normalna, ale polityczne zakony robią z niej religię, która mąci, zaciemnia obraz i prowadzi ciemnymi jej ścieżkami. Tworzą dogmaty, których nikt nie rozumie, ale wszyscy powtarzają. Tworzą rytuały, które mają przykryć brak sensu i nagle okazuje się, że zamiast służyć ludziom, polityka zaczyna służyć samej sobie, jak organizm, który zapomniał, po co istnieje. Dlatego też jest mi przykro, ale to „przykro” jest jak stary płaszcz noszony latami, trochę przetarty, ale wciąż ten sam. To nie jest chwilowa emocja, to jest stan. Widzę ludzi, którzy wierzą, potem przestają wierzyć, potem znowu próbują wierzyć – i za każdym razem kończy się to tak samo. Rozczarowaniem, które nie ma już siły na dalsze zrywy.
I może w tym jest sedno, że polityka przestała mnie złościć, bo złość wymaga nadziei, a ta, choć jeszcze się tli, coraz częściej przypomina dogasający żar niż płomień. Nie znika, ale też nie ogrzewa tak jak kiedyś. I człowiek siedzi przy tym żarze, patrzy, myśli, że przecież mogło być inaczej, że to wszystko nie musiało wyglądać jak źle napisany scenariusz, w którym aktorzy zapomnieli swoich ról, a reżyser dawno wyszedł z planu. Jednak trwa to dalej, dzień po dniu, kadencja po kadencji, konferencja po konferencji. Te same twarze, te same słowa, te same błędy opakowane w nowe slogany. I gdzieś w tym wszystkim ginie sens, ten cichy, niepozorny, ale fundamentalny.
Reasumując, nie, nie denerwuję się, to byłoby zbyt proste. Ja po prostu patrzę i czuję ten znajomy ciężar. Smutek, który nie krzyczy, ale zostaje. Smutek, który nie robi scen, tylko siada obok i milczy. I może właśnie to milczenie jest najgłośniejszym komentarzem do tego wszystkiego, bo gdybym otworzył usta, mogłaby z nich wyjść, zwykła, ludzka nienawiść.
Bogdan Feręc
Photo by Karthikeyan Perumal on Unsplash
