Słońce, które przyszło z przeszłości – "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii

Słońce, które przyszło z przeszłości

Są takie dni, kiedy człowiek wychodzi z domu bez żadnego planu. Nie po zakupy, nie do urzędu, nie na umówione spotkanie. Po prostu idzie i liczy, że może po drodze znajdzie jakiś temat, usłyszy ciekawe zdanie, zobaczy coś, co wyrwie go z codziennej rutyny. Czasem wystarczy filiżanka herbaty, czasem przypadkowo zasłyszana rozmowa, a czasem życie postanawia napisać felieton za człowieka.

Tak właśnie było kilka dni temu. Od niechcenia włóczyłem się po Galway. Wszedłem do kawiarni, bo moją ulubioną herbaciarnię zamknęli, a człowiek przywiązuje się do takich miejsc bardziej, niż chciałby się do tego przyznać. Wypiłem herbatę, popatrzyłem przez okno i czekałem na natchnienie. Ono jednak najwyraźniej postanowiło zrobić sobie urlop.

Od pewnego czasu coraz trudniej pisze mi się o polityce. Nie dlatego, że tematów brakuje, wręcz przeciwnie, bo jest ich tyle, że człowiek zamiast felietonu, napisałby instrukcje obsługi absurdu. Politycy skutecznie odbierają chęć komentowania świata i codziennie udowadniają, że satyra nie jest już w stanie dogonić rzeczywistości – ani ich głupoty.

Wyszedłem więc na spacer, a tylko dlatego, że Irlandia przeżywała pogodowy cud. Termometry pokazywały prawie trzydzieści stopni, więc dla mieszkańców Zielonej Wyspy to niemal stan klęski żywiołowej, a Irlandczycy wyglądali, jakby właśnie odkryli, że słońce nie służy wyłącznie do robienia zdjęć zachodów słońca. Niektórzy chodzili czerwoni jak homary, inni desperacko szukali cienia, a turyści zachowywali się tak, jakby właśnie znaleźli się na Majorce i tylko przez pomyłkę pomylili wyspy.

Na Shop Street tłum był taki, że gdyby komuś przyszło do głowy rzucić jabłkiem, to spadłoby dopiero wieczorem, a cudzoziemcy fotografowali kamienne domy z takim przejęciem, jakby właśnie odkryli Atlantydę. Szydzę, ale pamiętam, że kiedy sam przed laty przyjechałem do Galway, też wszystkiego dotykałem, oglądałem i zachwycałem się każdym zaułkiem. Dzisiaj te same kamienie mijam obojętnie. Taki już los miejsc, które z egzotycznych pocztówek zamieniają się w drogę do sklepu po mleko.

Doszedłem niemal do rzeki Corrib, a inspiracji nadal ani śladu.

Ktoś kosił trawę. Wędkarz cierpliwie próbował przekonać rybę, że haczyk to jednak dobry pomysł. Przejechał autobus, potem rowerzysta, później kilku studentów niosło kajaki, jakby wybierali się zdobywać biegun północny. Nawet most, który miejscowi ochrzcili niezbyt romantycznym mianem „mostu samobójców”, nie był w stanie wywołać we mnie uczucia radości, czy choćby refleksji.

Już miałem zawrócić i wtedy ją zobaczyłem. Nie będę udawał człowieka ślepego. Facet może mieć swoje lata, ale wzrok zwykle starzeje się najwolniej. W dodatku w Irlandii zjawiskowo piękna kobieta pojawia się z częstotliwością grudniowej burzy – niby wiadomo, że jest możliwa, ale kiedy już się zdarzy, człowiek przez chwilę nie dowierza. Spojrzałem dyskretnie, a tak przynajmniej chciałbym to dzisiaj nazwać. Ona spojrzała na mnie i w kącikach jej ust pojawił się uśmiech. Pomyślałem, że pewnie mi się wydawało. W końcu człowiek po pięćdziesiątce powinien już odróżniać rzeczywistość od marzeń.

Minąłem ją i po kilku nieśpiesznych krokach później… poczułem solidnego liścia między łopatkami. Takiego z gatunku tych, po których od razu wiadomo, że napastnik jest dobrze wychowany, ale nie zamierzał marnować czasu na subtelności. Odwracam się, a przede mną stoi ten cud natury i śmieje się tak, że pół Galway mogłoby się od niej uczyć pogody ducha.

Ty świnio! – słyszę. – Nawet „dzień dobry” nie powiedziałeś!

Cóż, niewiele osób tak do mnie mówi, a i niewielu uszłoby to bezkarnie, ale nie tym razem, bo było inaczej, a przez kilka sekund mój mózg przypominał stary komputer. Wentylator wył, procesor pracował na pełnych obrotach, a na ekranie pamięci pojawiał się tylko komunikat: „Trwa wyszukiwanie…”.

Czy ja ją znam? Czy kiedyś o niej pisałem? Może w radiu coś o niej chlapnąłem, czego nie powinienem był robić? A może to jednak nie ta osoba i za chwilę dostanę drugiego liścia – tym razem za pomyłkę? Na szczęście wybawiła mnie z tej intelektualnej katastrofy.

Jestem Aneta.

I nagle wszystko wróciło. Ćwierć wieku. Dokładnie tyle minęło od chwili, kiedy pracowaliśmy razem w jednej z łódzkich firm. Była wtedy młodą, dwudziestoletnią dziewczyną z niewyczerpanymi pokładami energii. Miała ten rodzaj uroku, którego nie da się opisać ani kolorem oczu, ani długością włosów. Wchodziła do pomieszczenia i robiło się jaśniej. Mężczyźni prostowali plecy, kobiety poprawiały fryzury, a ona nawet nie zwracała na to uwagi i chyba trochę nie zdawała sobie z tego sprawy, że jest zgrabna, wysoka, z lekko falującymi włosami w kolorze łanów zboża, ale też tą zauważalną na każdym kroku osobowością i ujmującym stylem bycia.

Usiedliśmy w kawiarni. Rozmowa popłynęła tak naturalnie, jakby od naszego ostatniego spotkania minął najwyżej tydzień. Dowiedziałem się, że skończyła studia, znalazła świetną pracę, później – jak to często w Polsce bywa – życie postanowiło zmienić scenariusz. Straciła stanowisko, przyszły kolejne zakręty i ostatecznie los przyprowadził ją do Galway.

Największa niespodzianka miała jednak dopiero nadejść. Przyznała, że od lat czyta moje teksty, słucha audycji i śledzi to, co robię.

Skoro wyjeżdżałam do Irlandii – powiedziała – pomyślałam, że dobrze byłoby mieszkać tam, gdzie znam choć jednego człowieka.

Przyznam, że zrobiło mi się zwyczajnie ciepło, ale zaraz potem zadałem pytanie, które samo cisnęło się na usta.

To dlaczego przez trzy lata się nie odezwałaś?

Bałam się.

Spojrzałem na nią z lekkim zdziwieniem.

Naprawdę? Ty? Ta sama kobieta, która przed chwilą bez ostrzeżenia przywaliła mi w plecy?

Roześmiała się. Teraz ja nazwałem ją świnią, ale to ona z pełnym przekonaniem stwierdziła, że zasłużyłem na pierwszą wersję tego określenia.

Mieliśmy remis.

Po prawie dwóch godzinach rozmowy wymieniliśmy numery telefonów i umówiliśmy się na kolejne spotkanie. Wracając do domu, myślałem o czymś zupełnie innym niż polityka, rachunki czy jakieś mało istotne codzienne sprawy. Zastanawiałem się, jak przewrotnie działa pamięć. Jak potrafi wymazać twarz, a jednocześnie zachować czyjś śmiech, sposób patrzenia i energię. Kiedy już wiedziałem, że to Aneta, nagle zobaczyłem tę samą rezolutną dziewczynę sprzed ćwierć wieku.

Może dlatego tak lubię przypadki, one mają niezwykłą właściwość. Wybierają moment, kiedy człowiek niczego się nie spodziewa, podchodzą od tyłu, dają solidnego liścia w plecy i przypominają, że najpiękniejszych spotkań nie wpisuje się do kalendarza. One po prostu się zdarzają. I całe szczęście.

Bogdan Feręc

Photo by Danny Lines on Unsplash

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
ZNAJDŹ NAS:
Iluzja szyn na obrze
Projekt nowego regul
"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.

"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.