Historia nie jest muzeum. Jest instrukcją obsługi przyszłości – "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii

Historia nie jest muzeum. Jest instrukcją obsługi przyszłości

Często zastanawiam się, czy dobrze jest korzystać z własnej pamięci? Pytanie może wydawać się dziwne, bo przecież pamięć powinna być jednym z największych darów, jakie człowiek otrzymuje w swoim życiu. Pozwala wracać do miejsc, ludzi i wydarzeń, których już nie ma, ale jest też prywatnym archiwum naszego życia, chociaż bywa jednak kłopotliwa.

Zwłaszcza wtedy, kiedy pamiętamy coś, o czym inni woleliby już zapomnieć i właśnie za tę pamięć człowiek potrafi być dzisiaj krytykowany. Nie za to, że pamięta dobrze, bo problem zaczyna się w momencie, kiedy zaczyna przypominać. Kiedy przywołuje fakty, odtwarza dawne wydarzenia, pokazuje ich kontekst i mówi: „Przecież było inaczej”. A to zdanie bywa dla niektórych wyjątkowo niewygodne. Dlaczego? Bo pamięć ma jedną zasadniczą wadę, potrafi przeszkadzać w budowaniu wygodnej opowieści.

Wystarczy spojrzeć na komentarze pojawiające się pod publikacjami, w których ktoś odwołuje się do wydarzeń sprzed lat. Natychmiast pojawiają się zarzuty o „hołubienie przeszłości”, „gloryfikowanie dawnych systemów”, przywoływanie ludzi, którzy, zdaniem komentujących, powinni zostać zapomniani, albo, że to wręcz „wywoływanie duchów niechlubnej przeszłości”, jakby samo wspomnienie jakiegoś wydarzenia oznaczało jego pochwałę. A przecież człowiek może mówić o zbrodni bez jej usprawiedliwiania. Może opisywać komunizm bez tęsknoty za komunizmem. Może przypominać błędy polityków bez wystawiania im pomników. Może wreszcie mówić o ludziach, których historia oceniła bardzo źle, właśnie po to, aby pamiętać, dlaczego oceniła ich źle. To jest właśnie różnica.

Najgroźniejsze jest nie to, że pamiętamy

Historia od zawsze była polem walki. Zwycięzcy pisali własne kroniki, przegrani tworzyli własne wspomnienia, a kolejne pokolenia próbowały z tego wszystkiego ułożyć obraz przeszłości. Jednak są momenty, kiedy coś zaczyna być naprawdę niebezpieczne. Dzieje się tak wtedy, kiedy historia przestaje być przedmiotem badań, dyskusji i sporów, a staje się narzędziem politycznym. Kiedy pewne wydarzenia należy pamiętać, inne można przemilczeć, jednych ludzi przedstawiać jako bohaterów, a innych usuwać z pamięci.

W tym dziele wybiórczego traktowania przeszłości, oczywiście w mojej ocenie, doskonale odnajduje się dzisiejsza Unia Europejska, ale też nasza ojczyzna. Patrząc na sposób, w jaki przedstawiane są minione dziesięciolecia, czasami zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie pomyliłem własnego życia z jakąś alternatywną rzeczywistością. Bo ja pamiętam Polskę lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych inaczej. Pamiętam określone wydarzenia, nastroje społeczne, przemiany, nadzieje, rozczarowania i ludzi. Pamiętam świat, który nie wyglądał tak, jak opisuje się go dzisiaj w niektórych oficjalnych narracjach, ale i nie twierdzę przy tym, że moja pamięć jest absolutną prawdą.

Pamięć człowieka jest przecież niedoskonała. Podlega emocjom, upływowi czasu i osobistym doświadczeniom, ale właśnie dlatego potrzebujemy historii, dokumentów, archiwów i świadectw. Nie po to, żeby zastąpić pamięć, lecz żeby ją konfrontować z faktami. Komplikacje zaczynają się natomiast wtedy, gdy zamiast zestawiać pamięć z dokumentami, próbuje się ją dostosować propagandowo do obowiązującej opowieści.

Nikt nie jest bez winy

Nie zamierzam przy tym twierdzić, że tylko jedna opcja polityczna próbuje kształtować pamięć. Nie mam podstaw, aby powiedzieć, że wyłącznie prawica, centrum czy lewica ukrywają przed Polakami niewygodne fakty. Wręcz przeciwnie. Odnoszę wrażenie, a właściwie mam pewność, że wszystkie strony politycznego sporu mają swoje fragmenty historii, których najchętniej nie pokazywałyby w pełnym świetle. Historia jest bowiem niewygodna z natury. Nie mieści się w partyjnym programie. Nie zna parlamentarnych kadencji. Nie interesują jej sondaże. Nie pyta, kto dzisiaj ma większość, a kto siedzi w ławach opozycji.

I dlatego warto być szczególnie ostrożnym, kiedy politycy zaczynają mówić nam, co dokładnie mamy pamiętać. Doskonałym przykładem pozostaje nasz wschodni sąsiad, a nie mam tutaj na myśli Ukrainy, choć również tam istnieją karty przeszłości, które wielu chciałoby przykryć kolejną warstwą ziemi. Wołyń jest tego bolesnym przykładem.

Mam na myśli naszego dawniejszego, bezpośredniego sąsiada, więc Związek Radziecki. Tak na marginesie przypomnę rzecz elementarną, którą najwyraźniej nie wszyscy pamiętają z lekcji geografii: Polska nie graniczy już na niemal całej swojej wschodniej granicy ze Związkiem Radzieckim, ale na północy nadal styka się z Federacją Rosyjską. Dlatego kiedy słyszę polityka opowiadającego, że pomiędzy Polską a Rosją „musimy mieć bufor”, mam ochotę zapytać, czy przypadkiem nie jest warto najpierw spojrzeć na mapę. Nie dlatego, że geografia jest ważniejsza od polityki. Dlatego, że polityka bez znajomości geografii staje się groteską.

Stalin i gumka do wymazywania ludzi

Ale wróćmy do historii, bo Związek Radziecki był mistrzem w jej przepisywaniu. W czasach stalinowskich wystarczyło, że Józef Stalin przestał lubić któregoś z komisarzy ludowych, a człowiek taki nie tylko znikał z, użyję eufemizmu, życia politycznego. Potrafił również zniknąć ze zdjęć. Fotografia, która jeszcze wczoraj przedstawiała kilku najważniejszych ludzi państwa, po odpowiedniej obróbce pokazywała już inną rzeczywistość. Człowiek istniał, a potem przestawał. Najpierw politycznie, później fotograficznie, a w końcu również w pamięci oficjalnej.

To było pisanie historii od nowa i właśnie dlatego zdjęcia z epoki stalinowskiej są dzisiaj czymś więcej niż tylko materiałem historycznym. Są ostrzeżeniem. Pokazują, że władza, która otrzyma możliwość decydowania nie tylko o teraźniejszości, ale również o tym, jak obywatele mają pamiętać przeszłość, otrzymuje narzędzie potężniejsze, niż mogłoby się wydawać.

Jeżeli ktoś uważa, że Związek Radziecki nie jest dobrym przykładem, wystarczy spojrzeć na współczesną Europę. Oczywiście, i trzeba to powiedzieć jasno, że ta dzisiejsza nie jest Związkiem Radzieckim. Nie ma tutaj jeszcze porównywalnego systemu terroru. Nie wsadza się jeszcze masowo ludzi do więzień tylko dlatego, że mają niewłaściwe poglądy. Nie morduje się jeszcze przeciwników politycznych w taki sposób, jak czyniły to reżimy totalitarne. Ale pewien mechanizm jest łudząco podobny, to próba kształtowania pamięci poprzez selekcję tego, co należy przypominać, a czego lepiej nie.

Właśnie przed tym trzeba się bronić, a nie przez zapominanie, bo przez pamiętanie.

„Jesteś nudny, bo ciągle mówisz o przeszłości”

Niedawno usłyszałem od kilku młodych osób, że jestem nudny. Powód? Ciągle mówię, jak to „drzewiej bywało”. Przywołuję wydarzenia, które dla tych młodych dziewczyn i chłopaków mają znaczenie mniejsze niż iPhone 11. Być może mają rację. Być może dla dwudziestolatka opowieść o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat brzmi jak historia z epoki dinozaurów. Dzisiejszy młody człowiek żyje w świecie natychmiastowej informacji. Telefon jest jednocześnie gazetą, telewizorem, aparatem fotograficznym, biblioteką i mapą.

Wystarczy kilka sekund, klik, informacja, kolejna, następna, a poprzednia znika. Problem polega jednak na tym, że człowiek bez pamięci staje się zakładnikiem teraźniejszości. Dlatego zadaję tym młodym ludziom swoje sakramentalne pytanie: Czy naprawdę nie rozumiecie, że historia jest ważna?

Wówczas najczęściej pojawia się argument, który jest całkowitą winą naszego systemu edukacji. „Przecież uczymy się historii. Wojna Trojańska, starożytność, cesarze, daty, bitwy…”, a to tu właśnie pojawia się to totalne nieporozumienie. Historia nie jest konkursem wiedzy o datach. Nie chodzi o to, aby człowiek potrafił wyrecytować z pamięci dzień rozpoczęcia konkretnej wojny albo wymienić wszystkich cesarzy rzymskich.

Historia jest kontekstem tego, co doprowadziło nas do chwili obecnej. Nie byłoby was bez tych, którzy byli przed wami. Dlatego mówię tym młodym ludziom o ich dziadkach, o pradziadkach, o prapradziadkach, bo bez nich tych dwudziestoparolatków po prostu by nie było.

To nie jest metafora, to jest jednocześnie biologiczny i historyczny fakt. Każde pokolenie stoi na ramionach poprzedniego. Czasem fundamenty są dobre i mocne, ale czasami są popękane i szybko stają się ruinami, ale historia zawsze na czymś stoi. Dom, w którym mieszkamy, język, którym mówimy, państwo, którego jesteśmy obywatelami, granice, które znamy, kultura, którą odziedziczyliśmy, wszystko to ma swoją historię.

Nie pojawiło się przecież pewnego ranka razem z aplikacją w telefonie. Ktoś żył wcześniej, ktoś pracował, ktoś walczył, ktoś podejmował złe decyzje, ktoś ponosił konsekwencje, próbował naprawiać cudze błędy, a ktoś inny popełniał kolejne. To właśnie jest historia i nie muzealna gablotka, nie lista dat, nie martwy przedmiot szkolnego egzaminu.

Historia to instrukcja obsługi świata, w którym przyszło nam żyć i dlatego tak bardzo niebezpieczne jest jej wymazywanie.

Jedno zdanie na koniec

Nie próbuję przekonywać młodych ludzi, że wszystko kiedyś było lepsze. Nie było. Dawne czasy miały swoje piękno, ale miały też biedę, przemoc, ograniczenia, niesprawiedliwość, głupotę polityczną i całe mnóstwo rzeczy, do których nie ma żadnego powodu wracać. Nie chodzi więc o idealizowanie przeszłości. Chodzi o jej zrozumienie. Nie chodzi też o to, aby kochać wszystko, co było, a to, że w ogóle było. Bo człowiek, który zna historię, może powiedzieć: „Tego błędu już nie powtórzę”.

Natomiast człowiek, któremu odebrano historię, może powtórzyć go z pełnym przekonaniem, że właśnie odkrył coś nowego i to wielokrotnie widać w internetach.

Dlatego, kiedy kończę rozmowę z młodymi ludźmi, nie wdaję się już w długie dyskusje. Nie próbuję ich przekrzyczeć. Nie przekonuję na siłę. Mówię jedno zdanie i wychodzę. Zostawiam ich z nim, niech sobie je spokojnie przemyślą.

Być może właśnie ono jest najważniejszą lekcją historii, jaką można przekazać następnemu pokoleniu:

– Historia nie jest po to, żebyście uczyli się dat, ale po to, żebyście nie popełniali błędów z przeszłości.

I może właśnie dlatego warto mieć dobrą pamięć, nawet wtedy, kiedy to komuś przeszkadza. Nawet wtedy, kiedy jest niewygodna. Nawet wówczas, kiedy przypomina rzeczy, o których współczesność najchętniej zapomniałaby już jutro rano. Bo pamięć nie jest hołdem dla przeszłości – ona jest obowiązkiem wobec przyszłości.

Bodgan Feręc

Photo by Mr Cup / Fabien Barral on Unsplash

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
ZNAJDŹ NAS:
Wielki dramat w Wiel
Jonathan Conlon jest
"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.

"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.