Jan Martini: Refleksje na koniec roku

W dziejach Polski trudne czasy były właściwie zawsze, dlatego rok 2022 (podobnie jak 2020 i 2021) nie stanowi wyraźnego odstępstwa od normy. Nasi przodkowie w trudnych czasach jakoś sobie radzili, więc i my musimy sobie poradzić.

W długich dziejach Polski trudne czasy były właściwie zawsze, dlatego straszny rok 2022 (podobnie jak lata 2020 i 2021) nie stanowi wyraźnego odstępstwa od normy. Dla nas to wątpliwa pociecha, gdyż musimy żyć w sytuacji bardzo dalekiej od spokoju, ale nasi przodkowie w trudnych czasach jakoś sobie radzili, więc i my musimy poradzić sobie z przeciwnościami.

Klucz do zrozumienia naszej dzisiejszej sytuacji politycznej leży w wielkich przemianach przełomu lat 80 i 90. ub. wieku.

„Koniec komunizmu” to nie tylko rozpad ZSRR, zjednoczenie Niemiec, demokratyzacja „krajów demokracji ludowej”, powstanie nowych państw czy wyjście („exodus”) Żydów z rosyjskiego „z domu niewoli”, lecz także masywne transfery kapitałów i zmiany własnościowe w skali globalnej. Na terenach byłych krajów demokracji ludowej pojawiła się nowa, nieznana do tej pory warstwa społeczna – właścicieli kapitału, a najwięksi z nich – ponieważ „większy może więcej” – stali się oligarchami, nie zawsze jednak w pełni dysponującymi  kapitałem formalnie swoim.

Bez pewnego rozeznania mechanizmów naszej transformacji ustrojowej, trudno jest dokonać właściwych wyborów politycznych. Tak więc wydarzenia sprzed 30 lat wciąż wpływają na nasze życie i dlatego trzeba starać się zrozumieć istotę procesów wówczas zachodzących.

Niestety widać wyraźną niechęć wśród historyków do badań okresu transformacji ustrojowej, by nie narazić się na konieczność “pisania historii na nowo”, choć już mało kto wierzy we wciąż obowiązującą narrację, że to Wałęsą “obalił komunę”, Polacy pogodzili się przy “okrągłym stole” itp. W trosce o swoją karierę badacze najnowszej historii starają się bardzo ostrożnie wysnuwać wnioski czy stawiać hipotezy.

Andrzej Gwiazda mówił, że historyk aby sformułować tezę, musi znaleźć odpowiedni papier ją dokumentujący – najlepiej z pieczątką. Ja zaś, nie będąc historykiem nie mam obciążeń zawodowych i ograniczeń tej profesji. Mogę się mylić, wysnuwać wnioski dalej idące – często na granicy „teorii spiskowych” (które zresztą często się sprawdzają) i korzystać ze swobody publicystycznej. Dlatego od lat pisałem o transformacji komunizmu w postkomunizm i cieszę się, że tezy zawarte w moich tekstach właśnie znalazły potwierdzenie w „papierach”.

W ostatniej książce prof. Cenckiewicza pt. „Transformacja”, będącej wynikiem wieloletniej kwerendy w archiwach dotarł on m. in. do stenogramów z rokowań Jacka Kuronia z wysokimi funkcjonariuszami SB w ramach przygotowań do obrad “okrągłego stołu”. Spotkania te były zalegendowane jako przesłuchania – “represje wobec opozycjonisty”. Fabrykowano nawet fałszywe protokoły tych przesłuchań.

Ciekawą wiadomością jest początkowy zamiar, by nie wystawiać Kuronia do rokowań “okrągłego stołu” – miał on być “rezerwą kadrową” i “ostatnią linią obrony” w wypadku utraty wiarygodności innych “negocjatorów opozycyjnych”. Gdyby ci negocjatorzy uznani zostali za “zdrajców sprawy robotniczej” czy “targowicę”, wówczas uruchomiono by Kuronia “nieskalanego” rozmową z komunistami. Jednak w końcu Kuroń okazał się niezbędny i uczestniczył w obradach.

W jednym ze swoich starych tekstów zwróciłem uwagę, że wśród “funków” Platformy jest dwóch starych opozycjonistów, którzy byli przeciwnikami rozmów “okrągłego stołu”, a jednak to właśnie oni zrobili największą karierę – Borusewicz i Komorowski. Jeden został marszałkiem Senatu, a drugi Sejmu (później prezydentem). W świetle wiadomości z książki Cenckiewicza, świadczy to o staranności z jaką gen. Kiszczak “meblował” naszą scenę polityczną za pomocą postaci “nieposzlakowanych”.

Ten spłachetek ziemi, który zamieszkują Polacy, jest najniebezpieczniejszym miejscem na naszym kontynencie, stąd logiczna konieczność posiadania najsilniejszej armii w Europie. Skutkiem ogromnych zbrojeń musi być obniżenie stopy życiowej, jednak wydatki te trzeba traktować jako inwestycję niezbędną dla zapewnienia bezpieczeństwa. Historia uczy, że rozwój gospodarczy i dobrobyt możliwy jest tylko w bezpiecznym środowisku – to dlatego wielkim wysiłkiem budowano wszędzie na świecie kosztowne umocnienia, potężne twierdze i zamki. W czasach nam bliższych związek bezpieczeństwa z ekonomią wyraźnie widać na przykładzie Niemiec, Japonii i Korei Południowej, gdzie amerykańska obecność militarna była gwarantem bezpieczeństwa i umożliwiła „cud gospodarczy” w tych krajach. Może z czasem i my skorzystamy gospodarczo z amerykańskiej obecności, bo na razie mamy tylko „amerykańską” wrogą stację telewizyjną…

Rosja właśnie przestała udawać cywilizowane państwo i zrobiła „coming out” ukazując swą prawdziwą naturę. Niemal w tym samym czasie podobny „coming out” wykonały Niemcy przez informację kanclerza Scholza o budowie „państwa europejskiego” pod przewodnictwem Niemiec. Także Unia Europejska postanowiła już nie udawać strażniczki demokracji i zapowiedziała stosowanie dostępnych „narzędzi” do korygowania „błędnych” decyzji wyborczych obywateli.

Czy równie ochoczo wstępowalibyśmy do UE (bez Wielkiej Brytanii!) wiedząc, że staniemy się jednym z krajów zarządzanych przez Niemcy i musimy zrezygnować z niepodległości?

Czy mogliśmy przypuszczać, że Unia Europejska nie przejmując się traktatami, używać będzie potęgi swych instytucji (i pieniędzy, którymi dysponuje) do bezczelnych prób zmiany władzy w naszym kraju?

Wstępując do UE uzyskaliśmy bardzo wiele – choćby poczucie „bycia Europejczykami” i kilkanaście przyjemnych lat, przy czym ostatnie kilka lat przyniosło znaczący przyrost zamożności. Jednak obecnie znaleźliśmy się w sytuacji Pana Twardowskiego, gdy usłyszał: „ta karczma Rzym się nazywa, kładę areszt na Waszeci”.

Wielka Brytania jest na tyle potężnym krajem, że była w stanie podjąć decyzję o „brexicie”. My jednak jesteśmy tak ściśle powiązani gospodarczo z Niemcami, że takiej możliwości nie mamy. Zwłaszcza, że nasi entuzjastycznie nastawieni do Unii obywatele, na „polexit” połączony ze spadkiem poziomu życia, nie zgodzą się. Z pewnością większość elektoratu w Polsce woli spokojną pracę w montowniach i „ciepłą wodę w kranie”, niż niepewne jutro „na swoim”. Do unijnych dziwactw ideologicznych, można się w końcu przyzwyczaić (choć twórcy obowiązujących unijnych ideologii z pewnością nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa!), a wszyscy mamy głębokie poczucie łączności kulturowej z innymi Europejczykami i po prostu chcemy być w Unii.

Na obecną ekipę rządzącą, niczym na Hioba, spadła seria bezprecedensowych nieszczęść, które rządzący pokonują w skrajnie trudnych warunkach politycznych z różnym skutkiem. Tylko na szantaż unijny nie ma żadnego antidotum, bo administracja unijna wyposażyła się w „narzędzia”, czyli kary orzekane jednoosobowo, „po uważaniu”(!), bez górnej granicy(!) i bez możliwości odwołania się(!).

Specyficzna brukselska troska o praworządność najpełniej objawiła się w ukaraniu austriackiego konserwatywnego rządu w roku 2000 z powodu nieodpowiedniego koalicjanta, Jorgena Haidera, który nie spełniał brukselskich standardów. Pojawił się wówczas pewien problem, bo w Unii nie było podstawy prawnej do wymierzania takich kar. Nadrobiono to ex post – w traktacie z Nicei, i dzięki temu sankcje nakładane na Polskę już mają podstawę prawną. Ich zdumiewająca wysokość (dziesięciokrotnie wyższa niż zwyczajowe) widocznie wynika z przekonania unijnych urzędników o ogromie „łamania praworządności” w naszym kraju.

Jest tylko mała nadzieja, że następny skład europarlamentu nie będzie aż tak wrogi rządom konserwatywnym, bo ostatni trend (wyniki wyborów w Szwecji i Włoszech) wskazuje na pewien odwrót od marksistowskiej „postępowości”. Ten trend jako zagrożenie odczytują unijni urzędnicy pochodzący z rządzących Unią od kilkudziesięciu lat środowisk lewicowo-liberalnych. Z perspektywy unijnego establishmentu wygrana środowisk prawicowych w kraju europejskim, to niedopuszczalne „zawracanie koła historii”. Stąd motywacja unijnych komisarzy w „walce o praworządność” w Polsce – tym najbardziej przywiązanym do tradycji chrześcijańskiej kraju Europy. Unijni funkcjonariusze już nie ukrywają wspierania lewicowej opozycji, ani starań, by należne Polsce pieniądze z Unii nie stały się „funduszem wyborczym PiS”. Tak więc polskie wybory 2023 roku będą grą o wysoką stawkę – to nie tylko sprawa naszej niepodległości, ale też perspektywa jakiegoś, choć niewielkiego wpływu na Unię. Może uda się spowolnić szaleństwo lewicowości? A może z czasem nastąpi ewolucja unijnej wspólnoty w kierunku zdrowego rozsądku, poszanowania traktatów i powrotu do ideałów Ojców Założycieli UE?

Pozytywnym sygnałem jest wzrastająca świadomość, że „nasz wspólny europejski dom” jest meblowany przez rosyjskich lobbystów i agentów. Dlatego jest szansa, ze „przyjaciele Rosji” w Unii, już nie będą mogli wykonywać swych „statutowych czynności” aż tak bezczelnie.

Nie mniej groźne od niebezpiecznych sąsiadów są zagrożenia wewnętrzne. Istnieje duża grupa sfrustrowanych obywateli czujących się niekomfortowo w „państwie PiS” pomimo, że nikt ich nie prześladuje, nie odbiera często nielegalnie zdobytych majątków (co zdarzało się w państwach bałtyckich) i nie utrudnia uczestnictwa w życiu publicznym, czy gospodarczym. Nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia, by ci ludzie darzyli rządzącą opcję polityczną aż taką wrogością. Ich niechęć nie powstała sama z siebie – jest ona organizowana przez „grupę trzymającą media” i wpływowe środowiska opiniotwórcze. Te działania są niewątpliwie wspomagane z zewnątrz przez nieprzyjaciół Polski, którzy oczekują wymarzonej destabilizacji, czy nawet wojny domowej.

Wszyscy zdajemy sobie sprawę z podziałów w naszym jednolitym etnicznie państwie. I choć podobne podziały występują we wszystkich krajach porażonych przez komunizm, gdzie „elity” (także finansowe) pochodzą z „minionego systemu”, u nas problem jest najpoważniejszy – mówi się nawet o dwóch „wrogich plemionach”, czy „wojnie polsko – polskiej”.

Wiemy z naszej historii, że podobne konflikty nie powstają spontanicznie, lecz są wynikiem metodycznych działań („nie ma nic łatwiejszego niż doprowadzenie do starcia dwóch głównych partii gotowych przy sprytnym sposobie, wyniszczać się wzajemnie” – z meldunku oficera carskiego wywiadu). Ciekawe, że podziały polityczne społeczeństwa systematycznie pogłębiają się także w USA i Wielkiej Brytanii, co wskazywałoby na „pracę” rosyjskich specjalistów od „inżynierii społecznej” – najlepszych fachowców od niszczenia demokracji.

Mając to na uwadze, jednym z priorytetów rządu, obok rozwiązywania problemów  bieżących typu węgiel na zimę, czy walka z inflacją, powinno być przeciwdziałanie polaryzacji społeczeństwa, przez próbę rozbicia „baniek informacyjnych”, w których znajdują się Polacy. O ile do prawicowo-konserwatywnej części naszego społeczeństwa dociera w pewnym stopniu przekaz „lewicowo- liberalny”, to ludzie o poglądach „progresywnych” są faktycznie pozbawieni pluralizmu informacyjnego. Ci ludzie nie oglądają TVP, bo to „propaganda” i wiedzą, że niektórych tytułów prasowych, a nawet książek „się nie czyta”.

Wydaje się, że pewnym remedium na zaistniałą sytuację mogłyby być zmiany w prawie prasowym – np. wymóg, by w głównych tytułach opiniotwórczych zamieszczane były krótkie, wyraźnie oznaczone (w czerwonych ramkach?) felietony czy informacje autorów strony „przeciwnej”. Szczegóły powinny być opracowane przez prawników i specjalistów od marketingu politycznego. Musieli by oni ustalić formę, objętość, kryterium ilości nakładu i inne szczegóły techniczne. Podobne zasady można by wprowadzić dla głównych telewizji informacyjnych o zasięgu ogólnopolskim – obowiązek emisji krótkiego materiału „konkurencyjnej” stacji w formie np. ogłoszenia społecznego.

Ceną za takie zmiany byłby oczywiście lament nad „zamachem na wolność mediów”, ale jakieś działania wydają się konieczne, bo postępująca polaryzacja społeczeństwa osiągnęła wymiary dramatyczne. Czy można było sobie kiedyś wyobrazić, że nadejdą czasy, gdy profesor Uniwersytetu Warszawskiego – humanista i demokrata, wzywać będzie do „rozwiązania problemu PiS” przez działania „dezintegracyjne” służb wobec elektoratu tej partii, aby uniemożliwić w przyszłości istnienie tej opcji politycznej?

Już zapomnieliśmy, że parę lat temu pewien nieszczęśnik podpalił się w proteście przeciw rządom PiS, które „niszczą demokrację”. Dlaczego PiS miałby niszczyć demokrację? Właśnie dzięki demokracji formacja ta zdobyła władzę – wbrew potędze ekonomicznej beneficjentów transformacji 1989 roku, wbrew mediom, lożom i agenturom.

Pytanie Jana Olszewskiego „czyja będzie Polska” jest wciąż nierozstrzygnięte. Byłoby dramatycznym paradoksem historii, gdyby obecny okres (epizod?) względnie dużej suwerenności został zakończony za pomocą kartki wyborczej – wskutek niefortunnego wyboru zmanipulowanych Polaków.

Jan Martini

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
ZNAJDŹ NAS:
MS: Przełomowa refo
Europejskie branżow