Bliski Wschód nad przepaścią. Kruchy rozejm utonął w Cieśninie Ormuz, Waszyngton i Teheran wracają do otwartej wojny
Nadzieje na trwałe uregulowanie jednego z najpoważniejszych konfliktów zbrojnych współczesności runęły w ciągu zaledwie kilku godzin. Tymczasowe zawieszenie broni pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Iranem, które miało stać się fundamentem pod podpisanie historycznego traktatu pokojowego, oficjalnie przeszło do historii. Amerykańskie lotnictwo i marynarka wojenna rozpoczęły zmasowaną kampanię nalotów na irańskie cele na południowym wybrzeżu kraju.
Decyzja ta zapadła niemal natychmiast po tym, jak prezydent Donald Trump jednoznacznie ogłosił, że zawarte niespełna miesiąc temu porozumienie uważa za zakończone i nie widzi dalszego sensu w prowadzeniu rozmów z Teheranem. Świat, zamiast spodziewanego pokoju, stanął w obliczu gwałtownej eskalacji, która natychmiast wstrząsnęła rynkami energetycznymi i globalną gospodarką.
Bezpośrednim impulsem do wznowienia działań wojennych stały się wydarzenia w strategicznej Cieśninie Ormuz. W miniony wtorek trzy statki towarowe płynące tym kluczowym szlakiem handlowym zostały zaatakowane ogniem rakietowym. Choć władze w Teheranie nie przyznały się oficjalnie do odpowiedzialności za ten incydent, Waszyngton i zachodni analitycy nie mieli wątpliwości, kto stał za uderzeniem.
W ocenie wojskowych ekspertów, Iran próbował w ten sposób zademonstrować swoją siłę i zdobyć dodatkową kartę przetargową w toczących się negocjacjach pokojowych. Reakcja Białego Domu była jednak natychmiastowa i pozbawiona dyplomatycznych niuansów. Na rozkaz Donalda Trumpa siły Centralnego Dowództwa USA (CENTCOM) przeprowadziły serię uderzeń odwetowych, których celem było sparaliżowanie irańskich możliwości militarnych w rejonie cieśniny oraz wymuszenie utrzymania swobody żeglugi. Amerykańscy urzędnicy otwarcie przyznają, że skala obecnych nalotów znacznie przewyższa wcześniejsze operacje, a sam prezydent na swojej platformie Truth Social bez ogródek ostrzegł: „Jeśli to się powtórzy, będzie o wiele gorzej!”.
Eksplozje wstrząsnęły całym południowym pasem nadbrzeżnym Iranu – od Cieśniny Ormuz aż po Zatokę Omańską. Najsilniejsze uderzenia spadły na Bandar Abbas, kluczowe miasto portowe, w którym mieszczą się najważniejsze bazy irańskiej marynarki wojennej oraz infrastruktura należąca do Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Ataki dotknęły również instalacje wojskowe i logistyczne w Konarak, Czabaharze oraz Iranshahrze. Miejscowe media donoszą o rozległych zniszczeniach, w tym o unicestwieniu strategicznej wieży kontroli ruchu morskiego i paraliżu sieci energetycznych, który pozbawił prądu całe regiony. Wcześniej donoszono także o wybuchach w rejonie głównych węzłów naftowych na wyspach Kharg i Keshm oraz w portach Sirik.
Ta nowa fala przemocy ostatecznie pogrzebała memorandum o porozumieniu, które podpisano z wielkimi nadziejami 17 czerwca w Islamabadzie pod egidą Pakistanu. Dokument ten miał otworzyć drogę do zakończenia pełnoskalowej wojny, która wybuchła po nagłych amerykańsko-izraelskich atakach powietrznych na terytorium Iranu. Tamte lutowe uderzenia doprowadziły do śmierci wieloletniego najwyższego przywódcy duchowego Iranu Alego Chameneiego, który zginął podczas jednego z ostrzałów.
Teheran nie zamierza jednak milczeć. Przedstawiciele najwyższych władz wojskowych, skupieni wokół Kwatery Głównej Chatam al-Anbija, określili działania Pentagonu jako „rażący akt agresji” i zapowiedzieli „miażdżącą odpowiedź”. Irańskie źródła powiązane z agencjami bezpieczeństwa otwarcie mówią o planach przeprowadzenia masowego uderzenia odwetowego na amerykańskie bazy wojskowe stacjonujące w regionie Bliskiego Wschodu. Koresponduje to ze wcześniejszymi próbami ataków rakietowych na obiekty USA w Bahrajnie i Kuwejcie, które według zapewnień tamtejszych armii zostały skutecznie udaremnione. Na polu dyplomatycznym i prawnym przewodniczący irańskiego parlamentu Mohammad Baqer Qalibaf oskarżył Waszyngton o perfidne złamanie ustaleń rozejmowych, dodając, że „era zastraszania dobiegła końca”.
Z kolei rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Esmaeil Baghaei argumentował, że USA pogwałciły memorandum, kwestionując zapisy gwarantujące Iranowi prawo do kontrolowania bezpieczeństwa w Cieśninie Ormuz. W odpowiedzi na amerykańską ofensywę irańska parlamentarna Komisja Bezpieczeństwa Narodowego rozważa radykalne kroki: całkowite wycofanie się z Układu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej (NPT), drastyczną zmianę własnej doktryny nuklearnej oraz zablokowanie Cieśniny Bab al-Mandab u ujścia Morza Czerwonego, co oznaczałoby całkowity paraliż globalnego transportu morskiego.
Tymczasem przebywający na szczycie NATO w Turcji Donald Trump – w swoim charakterystycznym stylu odciął się od jakichkolwiek prób reanimacji procesu pokojowego. Zapytany przez dziennikarzy w Ankarze o losy porozumienia z Islamabadu, odpowiedział bez ogródek, że uważa je za martwe. Prezydent USA nazwał irańskich przywódców „ludźmi bez honoru” i „szumowinami”, z którymi dalsze układy są po prostu stratą czasu. Choć Trump zaznaczył, że nie spodziewa się powrotu do wieloletniej, wyniszczającej wojny totalnej, wierząc, iż obecna demonstracja siły „bardzo szybko się skończy” i paradoksalnie zabezpieczy rynki paliwowe, jego słowa wywołały natychmiastową panikę na świecie.
Ostrzeżenie, które rzucił reporterom: „Dziś w nocy zamierzamy ich mocno uderzyć”, natychmiast przełożyło się na twarde dane ekonomiczne.
Reakcja rynków finansowych była tąpnięciem. Ceny kontraktów terminowych na ropę typu Brent błyskawicznie skoczyły o ponad 5%, przekraczając barierę 80 dolarów za baryłkę. Choć poziom ten jest wciąż niższy niż rekordowe 120 dolarów notowane w pierwszych dniach konfliktu, to nagły wzrost cen surowca, połączony z kurczącymi się globalnymi zapasami, uderzył rykoszetem w światowy rynek obligacji, wywołując widmo nowej fali inflacyjnej. Główne indeksy na Wall Street rozpoczęły kolejne sesje od głębokich spadków, a międzynarodowe korporacje żeglugowe zaczęły masowo zmieniać trasy swoich jednostek.
Dane satelitarne i nawigacyjne potwierdzają, że co najmniej cztery wielkie tankowce przewożące ropę i gaz zawróciły z kursu, rezygnując z ryzykownej próby przepłynięcia przez Cieśninę Ormuz, przez którą na co dzień transportowana jest jedna piąta światowych zasobów ropy.
W obliczu groźby globalnego kryzysu międzynarodowa społeczność podjęła dramatyczne próby mediacji. Pakistan, jako oficjalny gwarant czerwcowego porozumienia, wystosował pilny apel do obu stron o zachowanie maksymalnej powściągliwości i powrót do przestrzegania wynegocjowanych w Islamabadzie zobowiązań.
W podobnym tonie wypowiedział się Sekretarz Generalny ONZ Antonio Guterres, który ustami swojego rzecznika wezwał do natychmiastowego powstrzymania działań eskalacyjnych. Jednak jedność zachodnich sojuszników wydaje się pęknięta. Podczas gdy szefowa unijnej dyplomacji Kaja Kallas zauważyła, że wymiana ognia dramatycznie komplikuje i tak już skrajnie napięte rozmowy, a irańskie ataki na państwa ościenne są niedopuszczalne, sekretarz generalny NATO Mark Rutte zajął znacznie ostrzejsze stanowisko. Przed samym szczytem Sojuszu oświadczył wprost, że nowe, zmasowane uderzenia odwetowe Stanów Zjednoczonych na terytorium Iranu były „absolutnie konieczne”, dając tym samym zielone światło dla działań Waszyngtonu.
W cieniu konfliktu z Iranem Donald Trump poruszył również inny zapalny punkt regionu – sytuację w południowym Libanie. Prezydent USA wyraził przekonanie, że Izrael wkrótce wycofa swoje wojska z tamtych terenów, powołując się na swoje poufne rozmowy z premierem Benjaminem Netanjahu.
Deklaracja ta stoi jednak w jawnej sprzeczności z oficjalnymi komunikatami płynącymi z Tel Awiwu. Netanjahu podczas niedawnej wizyty na okupowanych terenach Libanu jasno zakomunikował swoim żołnierzom, że ewakuacja nie nastąpi, dopóki wspierany przez Iran Hezbollah będzie realnie zagrażał bezpieczeństwu państwa żydowskiego. Choć pod koniec czerwca, dzięki amerykańskiej dyplomacji, wynegocjowano porozumienie o przekazaniu dwóch stref bezpieczeństwa armii libańskiej, obecne załamanie relacji na linii Waszyngton–Teheran stawia pod dużym znakiem zapytania trwałość jakichkolwiek innych układów w tym rejonie świata.
Wszystko jednak wskazuje na to, że Bliski Wschód zamiast dyplomatycznego przełomu czeka kolejny, nieprzewidywalny rozdział konfrontacji zbrojnej.
Bogdan Feręc
Źr. RTE/AFP
Fot. Kadr z nagrania udostępnionego przez RTE
