Naród obrażony na własną butelkę. Jak plastik stał się większym problemem niż podatki, czyli marnotrawstwo i zdrowy rozsądek
System kaucyjny w Polsce wywołuje we mnie pewnego rodzaju fascynację. Nie dlatego, że uwielbiam wrzucać plastikowe butelki do automatu, ani dlatego, że marzyłem o chwili, w której puszka po napoju stanie się bohaterką narodowej debaty. Fascynuje mnie coś zupełnie innego. Skala emocji, ten niekończący się serial mieszania z błotem władzy, która ten system wprowadziła, a połączony z prawdziwym festiwalem narzekania ludzi, którzy nagle poczuli się ofiarami… plastikowej butelki.
To jest dopiero fenomen.
Zacznę jednak od tego, że wcale nie mam problemu z tym całym oddawaniem puszek i butelek. Kupuję całkiem sporo napojów. Jest woda, są także napoje smakowe, a od czasu do czasu zdarzy się również jakaś puszka z Guinnessem, więc przez tydzień trochę tego się uzbiera. Od kiedy jednak wprowadzono w Irlandii system kaucyjny, jakoś – jak mawia Piotr Bałtroczyk – „weszłem” w ten system bez większych problemów. Co więcej, opracowałem własną metodę działania. Butelki oddaję, a właściwie wymieniam, zawsze w sobotę podczas cotygodniowych zakupów. Dzięki temu nie wożę worków z plastikiem po całym mieście i nie stoję jak pielgrzym w kolejce do butelkomatu. O ósmej rano, kiedy sklep się otwiera, świeci tam pustkami.
Oczywiście wiem, że nie wszyscy biegają po zakupy o świcie. Tylko że ja przez cały tydzień zaczynam pracę o trzeciej rano, czyli – jak twierdzą niektórzy – w środku nocy. Wychodzi więc na to, że dla mnie ósma rano to już niemal środek dnia. Ale da się? Tak, choć nie twierdzę, że każdy ma robić dokładnie tak samo. Pokazuję jedynie, że nie jest to logistyczna katastrofa porównywalna z przeprawą przez Himalaje.
Rozumiem również, że komuś może się nie podobać fakt, iż butelki nie można już z czystym sumieniem wyrzucić w krzaki. Tylko że akurat ten pomysł szalonych umysłów Komisji Europejskiej wyjątkowo przypadł mi do gustu i nie dlatego, że nagle zakochałem się w unijnych elitach. Nie zakochałem, bo jest wręcz przeciwnie – ergo, pałam bardziej niż nieskrywaną niechęcią. Nie dlatego również, że jestem ekologicznym maniakiem – to byłoby równie dalekie od prawdy. Podoba mi się z zupełnie innego powodu i nazwałbym to kulturą zakupów.
Choć skoro już przy zakupach jesteśmy, to pozwolę sobie przypie*rzyć się do hiper-, super- i wszystkich innych marketów, gdyż… Doprowadzają mnie do szewskiej pasji, zmuszając klientów do kupowania mięsa, warzyw i owoców zapakowanych w kolejne warstwy plastiku. Kupujesz dwie papryki, a dostajesz pół kilograma foliowej twórczości. Bierzesz kilka pomidorów i masz wrażenie, że właśnie nabyłeś element wyposażenia laboratorium chemicznego.
Z tym naprawdę należałoby zrobić porządek, ale wróćmy do sedna, więc do Polski. Mam bowiem wrażenie, że ogromna część społeczeństwa zapomniała o czymś bardzo prostym. System kaucyjny nie jest żadnym nowym wynalazkiem. Za komuny, którą – niestety dla własnego PESEL-u, a nie zachowania – doskonale pamiętam, butelki na mleko, śmietanę, wódkę (swoją drogą znacznie lepszej jakości niż spora część tego, co dziś stoi na sklepowych półkach), wino oraz wiele innych opakowań szklanych były objęte kaucją. Płaciło się przy kasie, a później oddawało się butelkę i… teraz będzie słowo klucz, czyli odzyskiwało swoje pieniądze.
Można było zrobić to w sklepie albo w specjalnych punktach skupu butelek. Tak wyglądała rzeczywistość i, o dziwo, świat się od tego nie zawalił. Nikt nie urządzał internetowych dramatów, może dlatego, że nie było internetu, ale i nikt nie twierdził, że państwo odebrało mu godność. Nikt nie nagrywał też płomiennych filmików o tym, że właśnie został zdegradowany do roli śmieciarza. Co więcej, wtedy butelki były niemal wyłącznie szklane i sześć pełnowymiarowych, swoje naprawdę ważyło.
Dzisiaj ludzie potrafią dostać spazmów na widok pustej plastikowej butelki ważącej kilkanaście gramów i tu zaczyna się prawdziwa zagadka. Co właściwie wydarzyło się przez ostatnie kilkadziesiąt lat? Czy naprawdę tak bardzo zleniwieliśmy? Czy przestaliśmy szanować własne pieniądze? Czy przestaliśmy szanować przestrzeń, w której żyjemy? A może po prostu coraz częściej mylimy jakiś rodzaj niewygody z opresją? Bo kiedy słyszę ludzi przekonujących, że system kaucyjny odbiera im godność, naprawdę zaczynam się zastanawiać, czym właściwie ta godność jest.
Jeżeli godność człowieka przegrywa z koniecznością zaniesienia kilku butelek do automatu, to chyba problem nie leży w automacie.
Słyszę również nieustannie, że ludzie są okradani. No właśnie. To poproszę o wyjaśnienie tego konstruktu słownego, bo tego to już w ogóle nie rozumiem. Kupujesz wodę. Płacisz kaucję. Wypijasz wodę albo wylewasz – do wyboru. Oddajesz butelkę. Odzyskujesz pieniądze.
Gdzie dokładnie nastąpił ten spektakularny rabunek? Ku*wa, gdzie?! Ja naprawdę tego elementu nie potrafię odnaleźć. Przecież nikt ci tych pieniędzy nie zabiera, choć pod warunkiem, że wykonasz jedną prostą czynność. Jeżeli natomiast wyrzucasz butelkę do śmieci albo zostawiasz ją w domu, to pieniądze zostają tam nie dlatego, że państwo cię okradło, one są tam dlatego, że sam z nich zrezygnowałeś. To trochę tak, jakby ktoś zostawił portfel na stole, wyszedł z domu, a później oskarżał mebel o kradzież.
Absurd? Tak.
Przecież wszystkim, a przynajmniej większości już wiadomo, że w polskim systemie kaucyjnym pozostały miliony złotych, które miały wrócić do kieszeni obywateli. Dlaczego więc tam zostały? Ponieważ butelki nie zostały oddane. To naprawdę nie jest bardziej skomplikowane. Jeżeli kogoś stać na wyrzucanie własnych pieniędzy do kosza, proszę bardzo. To jego decyzja. Nic mi do tego, ale niech później nie opowiada, że został okradziony i niech nie mówi, że system zrobił z niego śmieciarza.
Śmieciarzem nazwałbym raczej człowieka, który pustą butelkę wyrzuci do lasu, zostawi na plaży albo ciśnie w przydrożny rów, bo tam właśnie kończy się zakupowa kultura, a nie przy butelkomacie.
Mam zresztą wrażenie, że złość ogromnej części społeczeństwa została skierowana pod kompletnie niewłaściwy adres. Jeżeli już chcecie protestować, protestujcie, ale przeciwko rzeczom, które naprawdę kosztują was fortunę. Nie przeszkadza wam ciągłe podnoszenie podatków? Nie przeszkadza wam, jak państwo coraz głębiej zagląda do kieszeni obywateli? Nie widzicie patologii w wydawaniu publicznych pieniędzy? Nie zastanawiają was absurdalne różnice w wynagrodzeniach w niektórych grupach zawodowych, choćby lekarzy specjalistów zarabiających kwoty, które dla większości Polaków pozostają abstrakcją i muszą pracować na nie latami, nie zaś przez jeden weekend?
To są tematy warte krzyku, to są powody, aby iść pod ministerstwo, to tam giną naprawdę duże pieniądze. Nie w butelce po wodzie mineralnej, nie w puszce po coli. Największym problemem systemu kaucyjnego nie jest bowiem sama idea, bo jest jego organizacja.
Tu krytyka jest całkowicie uzasadniona. Ludzie narzekają na kolejki, narzekają na oczekiwanie, narzekają, że automat jest jeden, a klientów stu. Tylko że to nie jest wada systemu, a problem jego wdrożenia. Jeżeli na ogromne osiedle przypada kilkanaście butelkomatów, to trudno oczekiwać cudów. To tak, jakby na stadionie z pięćdziesięcioma tysiącami kibiców otworzyć jedną kasę biletową i później stwierdzić, że problemem są… kibice. Nie. Problemem jest infrastruktura.
W Irlandii również zdarzają się kolejki do automatów Re-Turn. Zielona Wyspa też nie jest pod tym względem wzorem doskonałości, ale rozwiązanie jest banalnie proste. Postawić więcej maszyn, dużo więcej. Chciałbym, aby pojawiły się na każdym osiedlu, chciałbym zobaczyć butelkomaty w wersji MAX. Chciałbym, żeby każdy duży sklep miał ich dziesięć albo piętnaście. Chciałbym, żeby stały w parkach, przy plażach, na dworcach, przy miejskich centrach przesiadkowych i wszędzie tam, gdzie codziennie przewijają się tysiące ludzi. Wtedy sklepy nawet nie musiałyby przejmować się zwiększaniem liczby urządzeń.
System działałby znacznie sprawniej i prawdopodobnie większość obecnych pretensji zwyczajnie by zniknęła. Tylko że łatwiej nagrać filmik do Internetu, łatwiej z teatralnym oburzeniem ogłosić, że oto cywilizacja upadła, bo trzeba odnieść pustą butelkę. Łatwiej krzyczeć o zamachu na wolność niż poświęcić dwie minuty na odzyskanie własnych pieniędzy.
To chyba znak naszych czasów. Żyjemy w epoce, w której człowiek potrafi godzinami pisać w mediach społecznościowych o tym, jak bardzo nie ma czasu. Potrafi obejrzeć trzydziesty film o tym, dlaczego system kaucyjny jest zły, ale nie potrafi przejść lub przejechać kilkudziesięciu metrów do automatu. I dlatego z pewnym rozbawieniem będę nadal podglądał filmiki naszych rodaków, którzy z zapałem godnym średniowiecznych inkwizytorów odsądzają od czci i wiary wszystkich – od sprzedawców, przez producentów napojów, aż po kasjerki – tylko dlatego, że przyszło im odstawić plastikową butelkę do dwudziestopierwszowiecznego skupu.
Nie mam złudzeń. Narzekanie jest naszym sportem narodowym, choć pewnie długo jeszcze nie zostanie dyscypliną olimpijską, ale może warto od czasu do czasu zatrzymać się na chwilę i zadać sobie jedno, bardzo proste pytanie. Czy naprawdę największym problemem współczesnej Polski jest to, że trzeba oddać pustą butelkę? Jeżeli odpowiedź brzmi „tak”, to obawiam się, że problemem nie jest system kaucyjny. Problem siedzi gdzieś zupełnie indziej i, niestety, nie da się go wrzucić do żadnego butelkomatu, nawet tego, który ustawiony zostałby przy ulicy, przy której mieszkają sami krytycy tego systemu.
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowane przez AI
