Wojna o ropę. Konflikt z Iranem może wywołać nową falę drożyzny
Każda wojna na Bliskim Wschodzie zaczyna się od rakiet, ale jej skutki najszybciej widać na tablicach cenowych stacji benzynowych. Ataki Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran niosą ryzyko jednego z najpoważniejszych wstrząsów na rynku ropy od lat. Jeśli konflikt się rozszerzy, konsekwencje odczują nie tylko rządy i armie, lecz przede wszystkim zwykli kierowcy, przedsiębiorcy i konsumenci stojący przy sklepowych półkach.
Iran pozostaje jednym z kluczowych producentów ropy na świecie i obecnie wydobywa około 3,1 miliona baryłek dziennie, a także posiada trzecie co do wielkości rezerwy surowca. Choć sankcje ograniczyły jego eksport, kraj nadal sprzedaje od 1,3 do 1,5 miliona baryłek dziennie, głównie do Chin. To ilości wystarczające, by każdy poważniejszy wstrząs natychmiast odbił się na globalnych cenach.
Rynek ropy działa na zasadzie równowagi, a pojawiające się ryzyko przerwania dostaw podnosi ceny, często jeszcze zanim faktycznie dojdzie do fizycznych niedoborów. Sama groźba eskalacji konfliktu wystarczy, by inwestorzy zaczęli podnosić wyceny surowca, zabezpieczając się przed przyszłym deficytem.
Największym punktem zapalnym jest obecnie Cieśnina Ormuz, bo ten wąski, zaledwie pięćdziesięciokilometrowy korytarz morski, przez który przepływa około 20 milionów baryłek ropy dziennie, niemal jedna piąta światowego zużycia. To energetyczna tętnica planety, która została zablokowana i uznana za zbyt niebezpieczną dla tankowców, co oznacza, że globalne dostawy zostały gwałtownie ograniczone. Wcześniejsze częściowe zakłócenia wystarczyły, by ceny ropy skoczyły do poziomów niewidzianych od lat. Już wcześniej baryłka zbliżała się do 85 euro, najwyższego poziomu od początku wojny w Ukrainie. Obecna eskalacja konfliktu z Iranem ma już potencjał wypchnąć ceny ropy i gazu znacznie wyżej.
Pierwszy efekt pojawi się na stacjach benzynowych i cena paliwa reaguje na rynek ropy z opóźnieniem wynoszącym zwykle od kilku dni do kilku tygodni, ale mechanizm jest nieubłagany. Droższa ropa oznacza droższą benzynę i olej napędowy. Kierowcy zapłacą więcej przy każdym tankowaniu, a koszty transportu wzrosną w całej gospodarce. Transport jest z kolei krwiobiegiem nowoczesnego państwa. Każdy produkt od chleba po lodówkę musi zostać przewieziony ciężarówką, statkiem lub samolotem, a kiedy drożeje paliwo, rosną koszty przewozu, natomiast firmy logistyczne przenoszą te koszty na producentów, a producenci na konsumentów.
Właśnie wtedy skutki konfliktu docierają na sklepowe półki i droższe paliwo oznacza droższe jedzenie, wyższe ceny odzieży oraz wzrost kosztów podstawowych usług. Nawet produkty wytwarzane lokalnie nie są odporne na ten efekt, ponieważ ich produkcja zależy od energii i transportu, a wówczas inflacja zaczyna rozlewać się po całej gospodarce.
Kryzysy naftowe lat 70. ubiegłego wieku doprowadziły do stagflacji, o czym niewiele osób pamięta, a było to połączenia wysokiej inflacji i stagnacji gospodarczej. Współczesna gospodarka, mimo postępu technologicznego, nadal pozostaje uzależniona od ropy. Samochody, lotnictwo, transport morski i znaczna część przemysłu nie mają jeszcze pełnowartościowych alternatyw. Istnieje za to efekt psychologiczny, więc rosnące ceny paliw ograniczają wydatki. Ludzie mniej podróżują, rzadziej robią większe zakupy, odkładają decyzje o inwestycjach. Firmy reagują ostrożnością, zamrażając zatrudnienie lub ograniczając rozwój i w ten sposób konflikt oddalony o tysiące kilometrów zaczyna hamować lokalną gospodarkę.
Iran ma jednak pewną dodatkową cechę, jego ropa należy do najtańszych w wydobyciu na świecie. Koszt produkcji wynosi około 8,40 euro za baryłkę, znacznie mniej niż w USA czy Kanadzie. Oznacza to, że każdy wzrost cen światowych zwiększa znaczenie tego regionu i potęguje wpływ konfliktu na rynek. Najbardziej niebezpieczny scenariusz nie wymaga nawet zaostrzenia tej wojny, bo wystarczy seria ataków na infrastrukturę energetyczną, wzrost kosztów ubezpieczenia tankowców lub ograniczenie ruchu w cieśninie, a rynek reaguje na ryzyko równie silnie, jak na faktyczne przerwy w dostawach.
W efekcie wojna, która zaczyna się od uderzeń militarnych, kończy się rachunkiem wystawionym zwykłym obywatelom. Najpierw na dystrybutorze paliwa, potem przy kasie w supermarkecie, a ostatecznie całej gospodarce, która musi funkcjonować w świecie droższej energii.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Photo by Documerica on Unsplash
