O pożytku z finansowej „tresury” kierowców – "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii

O pożytku z finansowej „tresury” kierowców

Są w życiu rzeczy niezmienne jak irlandzki deszcz, korki w godzinach szczytu i kierowca, który zaparkował na zakazie. Policja może się dwoić i troić, może świecić kogutami jak choinka w grudniu, a i tak na końcu tej historii zawsze stoi on – niesforny kierowca, przekonany, że przepisy ruchu drogowego są raczej sugestią niż prawem. Mandat? Proszę bardzo. Kilkadziesiąt euro? Drobnica. Wrzucimy w koszty życia, zapomnimy, pojedziemy dalej. I właśnie w tym miejscu zaczyna się problem, który aż prosi się o pełne rozwiązanie.

Spójrzmy prawdzie w reflektory, więc obecny system kar działa jak straszak z tektury. Punkty karne, te właśnie proponuje podnieść gabinet premiera Martina, ale musi pamiętać, że wielu kierowców traktuje je jak program lojalnościowy – zbierasz, wymieniasz, a jak się nazbiera za dużo, to trudno, jakoś to będzie. Mandaty w mojej opinii zbyt często są śmiesznie niskie, a śmieszne kary rodzą śmieszny respekt. Jedyny środek, który faktycznie działa, to odebranie prawa jazdy. Tyle że to narzędzie toporne jak młot pneumatyczny, dobre do burzenia ścian, ale średnie do precyzyjnej pracy.

Nie każdy drogowy grzech jest równy i trzeba to powiedzieć wprost i bez tej europejskiej miękkości, która każe się zastanawiać nad uczuciami sprawcy i jego deklaratywną płcią. Alkohol za kierownicą, narkotyki – dziękujemy, do widzenia, prawo jazdy dożywotnio do muzeum obok parowozów. Żadnych tłumaczeń, żadnych historii o „jednym piwku” i „ciężkim dniu w pracy”. Samochód w rękach pijanego to broń, a z bronią państwo nie negocjuje.

Jest jeszcze cała reszta wykroczeń i przestępstw drogowych, ta codzienna drobnica, co oznacza złe parkowanie, telefon przy uchu, prędkość przekroczona „tylko o pięć kilometrów”. Tu odbieranie prawa jazdy jest trochę jak amputacja palca po zadrapaniu. Niby skutecznie, ale coś jednak nie gra i właśnie w tym miejscu pojawia się propozycja, stara jak świat, a jednocześnie rewolucyjna w swojej prostocie, czyli kara finansowa, która naprawdę boli.

Zacznijmy od podstaw. Mandat w Irlandii powinien zaczynać się od 200 euro. Tak, dobrze czytasz. Dwieście i to za złe parkowanie, a nie za uliczny rajd, nie za slalom między dziećmi na pasach, a za zwykłe, bezczelne „stanę tu, bo mi wygodnie”. Chcesz pogadać przez telefon podczas jazdy? Pięćset euro albo równowartość iPhonea. Przekroczenie prędkości, nawet o te symboliczne pięć kilometrów na godzinę? Tysiąc euro i bez progów, bez taryfy ulgowej, bez opowieści o pustej drodze i dobrej widoczności. Przepis to przepis, a ograniczenia są po to, żeby ich przestrzegać, nie natomiast dowolnie interpretować.

I teraz najważniejsze – skala, bo prawdziwa dyscyplina zaczyna się tam, gdzie pojawia się pamięć finansowa. Każde kolejne wykroczenie – dowolne, nieważne czy to parkowanie, prędkość czy telefon – podwaja wysokość mandatu przypisanego do danego przewinienia. Raz źle zaparkowałeś – 200 euro. Następnym razem przekroczyłeś prędkość? Zamiast tysiąca płacisz dwa tysiące. Kolejna wpadka… cztery, a potem osiem. Matematyka jest bezlitosna, a wzrost wykładniczy ma w sobie coś, co przemawia do wyobraźni szybciej niż ulotka informacyjna.

Wyobraźmy sobie ten moment, gdy kierowca, który jeszcze niedawno machał ręką na mandaty, stoi przy radiowozie i słyszy cztero-, a potem pięciocyfrową kwotę. Nagle telefon sam wraca do kieszeni, noga robi się lżejsza, a znak „zakazu parkowania” przestaje być abstrakcją. To nie jest represja, to edukacja w wersji przyspieszonej, taki kurs rozszerzony i płatny z góry.

Ktoś powie, że to drastyczne, to ucisk, państwo sięga do kieszeni obywatela. Owszem, dokładnie tak, państwo sięga do kieszeni tego obywatela, który z premedytacją łamie zasady wspólnego życia na drodze. Robi to jednak nie po to, żeby gnębić, ale żeby nauczyć, bo nic nie uczy pokory szybciej niż przelew, który boli bardziej niż poranny kac w niedzielę.

Jest jeszcze jeden element tej układanki, o którym mówi się rzadko, a który mógłby zmienić wszystko, a chodzi o podział wpływów z mandatów. Połowa dla państwa, połowa bezpośrednio dla Gardy. Prosto, uczciwie, bez księgowych sztuczek. Policja zyskuje i ma realny interes w egzekwowaniu prawa, a nie tylko w jego symbolicznej obecności. Budżet przestaje być wiecznym problemem, radiowozy przestają być eksponatami, a system zaczyna się sam finansować.

Punkty karne w takiej rzeczywistości stają się zbędne. To relikt epoki, w której wierzono, że papierowa ewidencja i groźba przyszłej kary wystarczą. Nie wystarczą. Dzisiejszy świat jest szybki, cyfrowy i oparty na natychmiastowej konsekwencji, więc albo kara jest odczuwalna tu i teraz, albo znika w szumie codzienności.

Argument o niskiej wykrywalności też brzmi coraz bardziej jak opowieść z minionej dekady. Kamery, systemy pomiaru prędkości, monitoring miejski, to wszystko już jest. Wystarczy przestać traktować je jak świąteczne dekoracje, a zacząć jak narzędzie. Irlandia nie potrzebuje zagranicznych korporacji ani cudownych inwestorów, żeby się bogacić. Wystarczy, że przestanie pobłażać tym, którzy uważają drogę za prywatny folwark.

Ten pomysł nie jest ani lewicowy, ani prawicowy, a jest zdroworozsądkowy, tradycyjny w tym najlepszym sensie – oparty na prostym założeniu, że kara ma być dotkliwa, sprawiedliwa i proporcjonalna do uporu sprawcy. Bez moralizowania, bez kaznodziejstwa, bez łez. Chcesz łamać przepisy? Płać. Nie chcesz płacić? Jedź jak człowiek.

Droga to wspólna przestrzeń, a nie pole bitwy, nie tor wyścigowy, nie parking „na chwilę”, a skoro wspólna, to musi rządzić się jasnymi zasadami, musi też boleć, gdy się je łamie, bo tylko wtedy przestają być martwą literą, a zaczynają być realnym hamulcem – nie tylko w samochodzie, ale i w głowie. I w tym sensie wysoki mandat nie jest karą. Jest przypomnieniem, że wolność jazdy kończy się tam, gdzie zaczyna się cudze bezpieczeństwo. A to, wbrew pozorom, bardzo stara prawda, tylko dawno nie była tak precyzyjnie wyceniona.

Oczywiście można zastosować też inną metodę, a również skuteczną i zaprosić do Irlandii polskich Strażników Miejskich, te psy gończe, które wywęszą każdą parkingową nieprawidłowość. Jak znam naszych stróżów praw miejskich, już w pierwszym tygodniu musieliby zamawiać dodatkowe bloczki mandatowe, gdyby przyszło im pracować na Zielonej Wyspie. 😉

Bogdan Feręc

Photo by Eric Prouzet on Unsplash

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
ZNAJDŹ NAS:
Miękki powiew Atlan
Czy wojna na Ukrai
"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.

"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.