Wypychanie ludzi z miasta to nie polityka. To kapitulacja
Propozycja przewodniczącej Komisji Mieszkaniowej Rady Miasta Dublina Deirdre Heaney, by „zachęcać” mieszkańców do wyprowadzania się z miast w celu zmniejszenia presji na rynek mieszkaniowy, transport i usługi publiczne, brzmi jak rozwiązanie problemu przez jego przesunięcie na mapie. Nie likwidujemy kryzysu, bo przenosimy go kilkadziesiąt, a czasem kilkaset kilometrów dalej i udajemy, że sprawa została załatwiona.
Słowa radnej wywołały natychmiastową reakcję komentatorów i ekspertów, którzy wprost nazwali ten pomysł nie rozwiązaniem, lecz dowodem porażki polityki mieszkaniowej. Redaktorka i felietonistka „Sunday Independent” i „Irish Independent” Geraldine Herbert nie pozostawiła wątpliwości. W programie radiowym „The Anton Savage Show” odpowiedziała krótko i jednoznacznie: to nie działa. Jej zdaniem wypychanie ludzi coraz dalej od miast jedynie zwiększa presję na transport, na infrastrukturę i na życie prywatne pracowników.
Problem, co istotne, nie dotyczy wyłącznie Dublina i podobne zjawisko obserwowane jest w Galway, Cork oraz innych miastach, gdzie osoby pracujące zmuszane są do coraz dłuższych dojazdów z powodu dramatycznie drogich lub po prostu niedostępnych mieszkań. Planowanie polityki publicznej wokół założenia, że „ludzie jakoś dojadą”, nie jest strategią. Jest przyznaniem się do bezradności wobec rynku, który wymknął się spod kontroli.
Przywoływany często argument, że dłuższe dojazdy mogą być akceptowalnym kompromisem, rozbija się o rzeczywistość. Herbert jasno podkreśla, że mówienie ludziom, by mieszkali dwie czy trzy godziny drogi od pracy, nie rozwiązuje kryzysu mieszkaniowego. Przeciwnie to normalizuje nienormalną sytuację, w której codzienne życie sprowadza się do przemieszczania się między domem a miejscem pracy, kosztem czasu, zdrowia i relacji społecznych.
Inny punkt widzenia przedstawiła wykładowczyni i twórczyni treści Martha Gilheaney, która po latach życia w centrum Dublina kupiła dom w Leitrim. Jej historia pokazuje, że wyprowadzka z miasta może być racjonalnym wyborem, ale tylko wtedy, gdy rzeczywiście jest wyborem. Gilheaney dojeżdża do Dublina nawet trzy razy w tygodniu, spędzając ponad trzy godziny w jedną stronę. Korzysta z czasu w pociągu na pracę, ale sama przyznaje, że taki model byłby nie do utrzymania bez pracy hybrydowej, względnie dobrych połączeń kolejowych i elastycznego pracodawcy. Pięć dni w tygodniu byłoby po prostu niemożliwe.
I tu tkwi sedno problemu. Dla części ludzi przestrzeń, ogród i własny dom są warte dłuższych dojazdów, ale to musi być realna opcja, a nie jedyne wyjście. Dziś w Irlandii coraz częściej nie ma wyboru, a jest przymus ekonomiczny. Ludzie nie opuszczają miast dlatego, że chcą zmiany stylu życia, lecz dlatego, że zostali z niego wypchnięci. Co więcej, długie dojazdy nie rozwiązują problemów transportowych. Wręcz je pogłębiają, bo im dalej ludzie mieszkają od miejsca pracy, tym większe uzależnienie od samochodów, większe korki i większe koszty dla państwa. Herbert słusznie zauważa, że krótsze podróże i niezawodny transport publiczny zwiększają skłonność do rezygnacji z auta. Zmuszanie ludzi do wielogodzinnych dojazdów działa dokładnie odwrotnie.
Pomysł radnej Heaney nie jest odważną wizją przyszłości. Jest wygodnym skrótem myślowym, który pozwala uniknąć najtrudniejszego zadania, czyli masowej budowy dostępnych cenowo mieszkań tam, gdzie są miejsca pracy, szkoły i usługi. Wypychanie ludzi z miast nie odciąża systemu, ono go rozciąga, aż zaczyna pękać.
*
Jeśli więc polityka mieszkaniowa tego kraju sprowadza się do sugestii „proszę mieszkać dalej”, to nie jest już polityką. To kapitulacja przebrana za strategię.
Bogdan Feręc
Źr. News Talk
