Szkoła jazdy czy reality show? Instruktorzy z fantazją większą niż rondo w godzinach szczytu
Jeśli ktoś myślał, że nauka jazdy to stres, pot, sprzęgło i modlitwa do św. Krzysztofa, to najwyraźniej nie widział najnowszego repertuaru skarg składanych do irlandzkiej Road Safety Authority (RSA). Tam za kierownicą dzieją się rzeczy, które powinny być emitowane w paśmie komediowym, a nie na kursie przygotowującym do egzaminu państwowego.
W ubiegłym roku do RSA zgłosiło się ponad 160 niezadowolonych kursantów, którzy mieli uwagi do pracy instruktorów, a 46 skarg dotyczyło zachowania instruktorów, 25 – pieniędzy, 21 – jakości szkolenia, kolejne 21 – tras i samych lekcji, a 31 osób miało wątpliwości, czy ich zajęcia nie zostały prawidłowo wprowadzone do systemu egzaminacyjnego. Statystyka mówi, że coś tu skrzypi bardziej niż ręczny na stromym podjeździe.
Jeden z instruktorów miał spędzić całą lekcję, oglądając film na telefonie, czyli uczeń prowadził, a nauczyciel – jak w kinie. Inny z kolei jechał tuż za samochodem kursanta, mrugał światłami i gestykulował w stronę innych kierowców. Trudno powiedzieć, czy była to lekcja jazdy, czy pokaz drogowej choreografii. Telefon w ręku instruktora to zresztą motyw powracający. „Od pierwszej lekcji cały czas wpatrywał się w telefon” – napisał jeden z kursantów. W innej skardze czytamy, że „Instruktor oglądał film na swoim telefonie. Był wpatrzony w ekran”. Wielozadaniowość? Być może, tylko że w tym przypadku stawką nie jest niedosolona zupa, lecz bezpieczeństwo na drodze.
Nie brakuje też wątków obyczajowych i jedna z osób uczących się jeździć oskarżyła instruktora o użycie rasistowskiego określenia, komentarze o charakterze seksualnym i żartowanie z organizacji „Women’s Aid”. Inny adept ruchu drogowego relacjonował, że otrzymywał groźne wiadomości tekstowe z zapowiedzią zgłoszenia jazdy bez ubezpieczenia. W kolejnej skardze opisano sytuację, w której instruktor powiedział: „Uważaj na tę rękę, bo inaczej będę miał przeciwko tobie sprawę”, sugerując niestosowne zachowanie kursanta. Brzmi to bardziej jak scenariusz kiepskiego serialu niż relacja z lekcji manewrów, ale to subiektywna ocena instruktora.
Są też epizody czysto logistyczne, czyli instruktor przerwał lekcję „na toaletę”, a następnie wraca z pachnącą porcją fish and chips i kontynuuje zajęcia. Innym razem prosi o zaparkowanie auta, bo „idzie po kawę”, zostawiając kursanta samego w samochodzie na ponad dziesięć minut. Nauka samodzielności? Nie, raczej test cierpliwości.
Ktoś został wyprowadzony na drogę dwujezdniową podczas pierwszej lekcji, nie wiedząc jeszcze, który pedał jest od czego. Następny miał przez dłuższy czas jechać pasem awaryjnym, ale uczniów zachęcano też do prowadzenia jedną ręką, po czym krytykowano ich za styl jazdy. Jeden z instruktorów wpadł w furię, gdy kursant chciał wsiąść do samochodu, ale zablokował drzwi i odmówił ich otwarcia, bo „jeszcze nie zapłaciłeś”.
Można się uśmiechnąć i trochę trzeba, bo bez humoru człowiek by oszalał, ale sprawa jest poważna, ponieważ instruktor jazdy to nie konferansjer, nie influencer i nie kierowca rajdowy na emeryturze, który odreagowuje życiowe frustracje. To osoba, której powierzamy bezpieczeństwo przyszłych kierowców i w konsekwencji, wszystkich użytkowników dróg.
Tymczasem najciekawsza jest reakcja RSA, a właściwie jej brak, bo Road Safety Authority nie odnosi się do całej sprawy, zachowując stoicki spokój oraz milczenie.
Bogdan Feręc
Źr. Breaking News
Photo by Bas Peperzak on Unsplash
