Ostatni felieton
Z głębokim żalem zawiadamiam, że w dniu dzisiejszym odeszła ode mnie najukochańsza wola pisania kolejnych felietonów.
Odeszła nagle, choć pierwsze objawy były widoczne już wcześniej. Najpierw przestało mi się chcieć pisać o politykach. Potem przestało mi się chcieć tłumaczyć rzeczy oczywiste. Następnie pojawiło się niepokojące uczucie, że może jednak nie mam obowiązku edukowania całych społeczeństw, zwłaszcza tych, które i tak wiedzą wszystko najlepiej.
Lekarze byli bezradni, specjaliści rozkładali ręce, psycholog zaproponował odpoczynek, szefowa Sinn Féin komisję śledczą, jeden z moich znajomych stwierdził, że to zwykłe lenistwo i chyba jako jedyny miał rację.
Zmarła więc moja wola pisania, a wraz z nią zakończyła się pewna epoka. Przez lata mówiłem, że politycy są głupcami, choć oczywiście robiłem to wyłącznie w celach edukacyjnych. Tłumaczyłem rzeczy skomplikowane w przystępny sposób. Prostowałem rzeczy pokręcone. Rozkładałem nowomowę na czynniki pierwsze. Namawiałem do samodzielnego myślenia. Co najważniejsze, regularnie przypominałem wszystkim, że zawsze mam rację. 😉
I choć spotykało się to z niezrozumiałym oporem części społeczeństwa, nadal uważam, że problem leżał przede wszystkim po ich stronie. Ja się przecież mylę niezwykle rzadko. Praktycznie nigdy. No, może raz, ale to było dawno i w dodatku ktoś mnie źle poinformował.😁
Teraz jednak nastąpił koniec, nie będzie już kolejnych felietonów, nie będzie kolejnych rozważań i nie będzie kolejnych politycznych analiz. Nie będzie kolejnego pytania: „Czy oni naprawdę to powiedzieli?”. Nie będzie kolejnego: „Ludzie, opanujcie się”. Nie będzie tekstu, w którym z właściwą sobie skromnością wyjaśnię wszystkim, jak działa świat. 😎 Koniec.
Kurtyna. Gasimy światło. Zamykamy drzwi. Proszę nie składać kondolencji. Kwiatów również nie przynosić, bo nie mam ich gdzie postawić. Wieniec można odesłać do najbliższego polityka, on z pewnością znajdzie dla niego jakieś zastosowanie.
Uroczystości pogrzebowe się nie odbędą, ale tutaj dochodzimy do sedna pewnego problemu. Otóż zawiadomienie o moim felietonowym zejściu śmiertelnym jest czasowe, co część osób nawet zmartwi. Tak, wiem – trochę to dziwne.
Zwykle człowiek schodzi raz i później ma już spokój. Ja natomiast postanowiłem umrzeć na dwa tygodnie, a powód jest banalny. Wy będziecie w robocie, a ja będę na urlopie. 🤣
Właśnie dlatego uprzejmie informuję, że w czwartek udaję się na zasłużony wypoczynek. Na całe dwa tygodnie.
Dla niektórych to zwykły urlop, a dla mnie, niemal śmierć kliniczna.
W związku z powyższym zamykam moją zdartą klawiaturę na klucz, owijam ją folią bąbelkową, wynoszę do pomieszczenia, którego lokalizacji nie zdradzę nawet pod groźbą tortur i oficjalnie ogłaszam: nie dotknę jej do 9 października.
Ani jednej litery, ani jednego przecinka, ani jednej złośliwości, ani jednego zdania o tym, że politycy właśnie odkryli kolejną metodę wydawania cudzych pieniędzy. Będę się przez dwa tygodnie zachowywał tak, jakby świat nie istniał.
Polityka? Nie znam się.
Gospodarka? Tej, jak swojej byłej – nie rozumiem.
Parlament? Co to w ogóle jest?
Unia Europejska? Nie kojarzę.
Inflacja? Wulgaryzm i proszę nie używać przy mnie tego słowa, bo urlop jest od tego, żeby człowiek odzyskał zdrowie psychiczne.
Jeżeli przez przypadek zobaczę gdzieś polityka, odwrócę głowę. Jeżeli usłyszę słowo „budżet”, pójdę w przeciwnym kierunku. Jeżeli ktoś zacznie mi opowiadać o kolejnych genialnych pomysłach rządzących, udam, że jestem głuchy. A jeżeli ktoś zapyta mnie o zdanie, odpowiem: „Nie wiem, nie orientuję się, zarobiony jestem. Na urlopie jestem”.
To będzie dla mnie trochę nowe doświadczenie. Człowiek przez cały rok coś komentuje, analizuje, czyta, sprawdza i pisze, a potem nagle odkrywa, że można po prostu usiąść i patrzeć w przestrzeń.
Bez potrzeby wyjaśniania jej innym, bez poprawiania rzeczywistości, bez ratowania demokracji przed kolejnym idiotycznym pomysłem, bez tłumaczenia ludziom, że zanim zaczną krzyczeć, warto czasami przeczytać.
Będę więc odpoczywał i jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, przez dwa tygodnie nie napiszę ani słowa. No dobrze, może jedno, ale tylko na kartce, żeby klawiatura się nie dowiedziała.
A potem, 9 października, nastąpi cud i będzie TADAMMM!!! Powrócę. Nie wiem jeszcze, w jakim stanie, ale przede wszystkim wrócę z pełnym zapasem energii do dalszego irytowania tych, którzy lubią być irytowani.
A wtedy zaczniemy od nowa, znowu komuś zajdę za skórę, znowu ktoś się obrazi, znowu ktoś będzie mnie straszył, że mnie do „więźnia” pośle, znowu ktoś stwierdzi, że nie mam racji i znowu będę musiał mu wyjaśnić, że oczywiście ma prawo tak uważać. Tak samo jak ja mam prawo uważać, że się myli. Tak właśnie działa świat, przynajmniej ten, który znam.
Dlatego proszę nie traktować tego tekstu jak definitywnego pożegnania. To raczej nekrolog urlopowy, śmierć tymczasowa, zgon kontrolowany, felietonista w stanie spoczynku. Przerwa techniczna człowieka, który przez chwilę postanowił nie poprawiać świata, ponieważ świat najwyraźniej nie poprosił go o pomoc.
Na zakończenie pozostaje mi więc tylko podziękować wszystkim, którzy czytali moje teksty. Tym, którzy się zgadzali – dziękuję. Tym, którzy się nie zgadzali – również dziękuję. Tym, którzy się wkurzali – szczególnie dziękuję. To właśnie oni dostarczali mi najwięcej materiału. A wszystkim pozostałym przypominam: to nie jest pożegnanie na zawsze. To tylko dwa tygodnie. Jadę na urlop – Wy zostajecie w pracy i to jest, przyznaję, wyjątkowo przyjemna część całej tej historii.
Zatem żegnajcie. Opłakujcie mnie godnie. Nie przesadzajcie jednak z rozpaczą. 9 października denat zmartwychwstanie.😁
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI
