Irlandia zaciska pasa? Sprzedaż detaliczna zaczyna słabnąć
Irlandzki rynek detaliczny zawsze był dobrym barometrem nastrojów społecznych, a teraz wskazówka zaczyna drgać w niepokojącą stronę. Najnowsze dane Centralnego Urzędu Statystycznego pokazują, że lutowa sprzedaż detaliczna wyraźnie osłabła i choć w ujęciu rok do roku nadal widać wzrost, to to, co dzieje się z miesiąca na miesiąc, mówi jedno, że drożyzna zaczęła podgryzać konsumentów tak, że ci coraz częściej dwa razy zastanawiają się, zanim wrzucą coś do koszyka.
Statystyka jest tu szczera jak nigdy i w lutym sprzedaż spadła o 0,8 procent pod względem wolumenu i o 0,6 procent pod względem wartości. To sygnał, że mieszkańcy Irlandii kupują mniej, ale kupują też ostrożniej. Owszem, jeśli wyłączyć handel samochodowy, liczby wyglądają odrobinę lepiej, bo wolumen rośnie o 0,3 procent, ale to tylko przypomina, że motoryzacja od miesięcy jest słabym ogniwem rynku. W skali roku sytuacja przedstawia się bardziej optymistycznie, bo wolumen sprzedaży rośnie o 0,8 procent, a wartość o 2,1 procent. Jednak te roczne wzrosty to bardziej echo potężnej inflacji i zmian cen niż rzeczywistej poprawy sytuacji.
Najmocniej oberwało się kategoriom, które są typowym papierkiem lakmusowym codziennych decyzji zakupowych. Odzież, obuwie i tekstylia spadły aż o 4,4 procent, jakby ludzie doszli do wniosku, że stare buty jeszcze trochę wytrzymają. Artykuły żelazne, farby i szkło też poleciały w dół o 3,6 procent i trudno się dziwić, bo remonty jako pierwsze lądują na liście rzeczy „do zrobienia, kiedy będzie taniej”. Handlowi samochodami również się nie poszczęściło, gdyż zaliczył minus w postaci 1,4 procent.
Ratunek przyszedł z kategorii, których nie sposób łatwo odpuścić, czyli produkty farmaceutyczne, medyczne i kosmetyczne skoczyły o solidne 6,4 procent. Domy towarowe odbiły o 1,1 procent, a książki, gazety i artykuły papiernicze poszły w górę o 1 procent. Interesujące jest to, że w skali roku właśnie te ostatnie, więc książki, prasa, papier, notują najwyższy wzrost.
Roczne dane pokazują zresztą mieszankę statystycznego optymizmu i codziennego realizmu. Narzędzia, farby i szkło rosną o 2,8 procent w ujęciu rocznym, motoryzacja o 1,9 procent, produkty medyczne o 1,5 procent. Jednocześnie meble i oświetlenie pikują o 3,3 procent, odzież spada o 2,5 procent, domy towarowe o 2,2 procent, a sklepy spożywcze specjalistyczne, te od lepszego jedzenia, również o 2,2 procent.
To wszystko układa się w dość klarowny obraz, iż ludzie kierują się obecnie zasadą „muszę” wybierać, zamiast „chcę” mieć. Kupują to, co trzeba, a nie to, co kusi, natomiast wiele osób odkłada większe zakupy na później, ogranicza te drobniejsze, a niektóre branże, jak odzież czy meble, czują to boleśnie. Owszem, roczna dynamika jeszcze trzyma pozory stabilności, ale to, co dzieje się z miesiąca na miesiąc, zdradza, że konsumenci są już zmęczeni cenami, które od dawna biegną szybciej niż zarobki.
Gdy drożyzna zaczyna zaglądać ludziom do portfeli, sprzedaż detaliczna zawsze reaguje pierwsza i wygląda na to, że właśnie zaczęła mówić głośniej, niż rząd czy przedsiębiorcy chcieliby to usłyszeć. Irlandzki konsument nie bankrutuje, co warto podkreślać, on również nie panikuje, ale ewidentnie zwalnia kroku i to samo w sobie jest sygnałem, którego nie wolno lekceważyć.
Bogdan Feręc
Źr. Business Plus
Photo by Alexander Faé on Unsplash
