Europa budzi się z migracyjnego snu. Lekcja przyszła z Ameryki
Przez lata europejskie elity polityczne żyły w przekonaniu, że masowa migracja jest procesem nie tylko nieuniknionym, ale wręcz korzystnym. Krytyków tej polityki określano mianem populistów, nacjonalistów albo ludzi kierujących się strachem. Każdy, kto zwracał uwagę na rosnące problemy związane z niekontrolowanym napływem migrantów, spychany był na margines debaty publicznej. Dziś jednak rzeczywistość brutalnie zweryfikowała wiele założeń, które jeszcze kilka lat temu przedstawiano jako niepodważalne prawdy.
Europa zaczyna dostrzegać to, co znaczna część społeczeństwa widziała od dawna. Nielegalna, ale niekiedy też legalna migracja nie jest wyłącznie wyzwaniem humanitarnym. Jest także problemem społecznym, ekonomicznym, kulturowym i bezpieczeństwa, a kiedy problemy przez lata zamiata się pod dywan, rachunek przychodzi w najmniej dogodnym momencie. Co ciekawe, impuls do zmiany myślenia nie przyszedł z Brukseli, Berlina ani Paryża. Przyszedł zza oceanu, gdzie Donald Trump od początku swojej politycznej kariery uczynił walkę z nielegalną migracją jednym z fundamentów swojej działalności. Niezależnie od tego, czy ktoś go popiera, czy nie, trudno odmówić mu konsekwencji. Kiedy wrócił do Białego Domu, nie próbował prowadzić kolejnych debat o tym, czy problem istnieje, dla niego był oczywisty, więc skupił się na działaniach.
Przekaz był prosty, czyli państwo musi wiedzieć, kto przebywa na jego terytorium, na jakiej podstawie tam się znajduje i czy przestrzega prawa. Dla wielu środowisk politycznych takie stanowisko brzmiało niemal jak herezja. Tymczasem dla przeciętnego obywatela jest to jedna z najbardziej podstawowych funkcji każdego państwa.
W Stanach Zjednoczonych rozpoczęły się kontrole, deportacje osób przebywających nielegalnie oraz zaostrzenie procedur migracyjnych. Liberalne media alarmowały o rzekomym końcu amerykańskiej otwartości, organizacje aktywistyczne organizowały protesty, a polityczni przeciwnicy Trumpa prześcigali się w krytyce. Jednak dla wielu Amerykanów nie był to przejaw okrucieństwa, lecz próba przywrócenia elementarnego porządku. Trump zwracał uwagę na jeszcze jeden aspekt. W jego ocenie miasta nie mogą funkcjonować jako przestrzenie, w których prawo obowiązuje jedynie tych, którzy chcą go przestrzegać. Nie mogą zamieniać się w miejsca, gdzie rośnie liczba obozowisk rozbijanych przez bezdomnych, mnożą się gangi, a mieszkańcy tracą poczucie bezpieczeństwa. Można spierać się o metody, można dyskutować nad skutecznością konkretnych działań, ale sam problem był realny i coraz bardziej widoczny.
W tym samym czasie Europa zachowywała się tak, jakby podobne zjawiska jej nie dotyczyły. Przez lata politycy wielu państw Unii Europejskiej przekonywali obywateli, że integracja migrantów przebiega pomyślnie, a wszelkie trudności mają charakter przejściowy. Jednak kolejne wydarzenia podważały ten obraz. W większości krajów zaczęły narastać napięcia społeczne, a w niektórych miastach pojawiły się dzielnice, do których mieszkańcy niechętnie zaglądali po zmroku. Wzrosła liczba konfliktów kulturowych, natomiast policja coraz częściej musiała interweniować podczas zamieszek wywoływanych przez grupy młodych ludzi wywodzących się ze środowisk migracyjnych.
Najbardziej jaskrawym przykładem pozostaje Francja, czyli kraj, który przez dziesięciolecia przedstawiano jako wzór integracji i republikańskich wartości, a obecnie regularnie doświadcza fal zamieszek. Podpalane są samochody, dewastowane budynki publiczne, ataki na funkcjonariuszy stały się niemal powszechne, a starcia z policją są dziś obrazkami dobrze znanymi z francuskich wiadomości. Oczywiście nie oznacza to, że wszyscy migranci uczestniczą w takich działaniach, byłoby to nieuczciwe i zwyczajnie nieprawdziwe. Problem polega jednak na tym, że część środowisk, które miały zostać zintegrowane z państwem francuskim, pozostaje wobec niego w otwartym konflikcie, a to właśnie ten fakt przez lata starano się bagatelizować.
Podobne zjawiska można dostrzec również w innych państwach Europy Zachodniej. Niemcy, Belgia, Holandia czy Szwecja także prowadzą ożywioną debatę o skutkach wieloletniej polityki migracyjnej. Jeszcze niedawno wiele tematów uznawano za politycznie niewygodne, ale dziś, coraz częściej pojawiają się one na pierwszych stronach gazet i w parlamentarnych dyskusjach.
Nie bez znaczenia pozostaje również kwestia ekonomiczna, bo zwolennicy masowej migracji przez lata przekonywali, że Europa potrzebuje nowych pracowników. W wielu przypadkach było to prawdą. Starzejące się społeczeństwa rzeczywiście wymagają uzupełniania rynku pracy. Problem polega jednak na tym, że polityka migracyjna nie może opierać się wyłącznie na liczbach. Jeśli państwo nie kontroluje, kto przyjeżdża, jakie posiada kwalifikacje oraz czy zamierza uczestniczyć w życiu gospodarczym kraju, wówczas pojawiają się problemy.
Społeczeństwa europejskie coraz częściej zadają też pytanie, dlaczego ogromne środki publiczne przeznaczane są na utrzymanie osób, które nie pracują, nie znają języka i nie wykazują chęci integracji. To pytanie nie wynika z braku empatii, a z poczucia, że państwo powinno przede wszystkim realizować obowiązki wobec własnych obywateli. W pewnym momencie głos społeczeństwa stał się na tyle silny, że politycy nie mogli go już ignorować. Presja rosła z wyborów na wybory, natomiast partie krytyczne wobec dotychczasowej polityki migracyjnej zaczęły zdobywać coraz większe poparcie. W wielu krajach tradycyjne ugrupowania polityczne zrozumiały, że dalsze udawanie, iż problem nie istnieje, może zakończyć się dla nich polityczną katastrofą.
Nie da się bowiem ukryć, że polityka otwartych drzwi, którą przez lata promowano jako wielki sukces europejskiej solidarności, przyniosła również skutki, o których długo nie chciano mówić. W wielu państwach Zachodu pojawiły się dzielnice praktycznie wyłączone spod normalnego nadzoru państwa. Coraz częściej dochodziło tam do bójek, ataków na służby publiczne i aktów wandalizmu. Wydarzenia tłumaczono wykluczeniem społecznym i problemami ekonomicznymi, jednak coraz większa część społeczeństwa zaczęła dostrzegać, że źródło problemu jest znacznie głębsze. Chodziło o nieudaną integrację części środowisk migracyjnych, które zamiast włączać się w życie społeczne, stworzyły równoległe struktury funkcjonujące według własnych zasad.
W tym kontekście przykład Stanów Zjednoczonych nabrał szczególnego znaczenia. Donald Trump pokazał bowiem, że można prowadzić politykę migracyjną opartą przede wszystkim na interesie własnego państwa, a nie na ideologicznych hasłach. Niezależnie od ocen jego prezydentury, Europa zaczęła dostrzegać, że Amerykanie podjęli debatę o bezpieczeństwie, kontroli granic i przestrzeganiu prawa znacznie wcześniej niż państwa Unii Europejskiej. Dzisiaj wiele wskazuje na to, że Stary Kontynent przechodzi podobną drogę. Jeszcze kilka lat temu krytyka masowej migracji oznaczała polityczne ryzyko. Obecnie staje się elementem głównego nurtu debaty publicznej, a powód jest prosty. Mieszkańcy europejskich miast oczekują od swoich rządów przede wszystkim bezpieczeństwa, porządku i skutecznego egzekwowania prawa. A bez kontroli nad migracją osiągnięcie tych celów staje się coraz trudniejsze.
W rezultacie zaczęły pojawiać się pierwsze zmiany i Komisja Europejska przez długi czas podchodziła do kwestii deportacji z dużą niechęcią. Jednak nawet w Brukseli coraz trudniej było ignorować rzeczywistość i w efekcie państwa członkowskie otrzymały większą przestrzeń do walki z nielegalną migracją. Nie jest to rewolucja, ale niewątpliwie oznacza zmianę kierunku. Duża grupa państw unijnych rozpoczęła procedury deportacyjne wobec osób przebywających na ich terytorium bez podstaw prawnych, a jednocześnie zaostrzane są przepisy wizowe i azylowe. Jeszcze kilka lat temu takie działania byłyby przedstawiane jako dowód skrajnej niechęci wobec migrantów. Dziś coraz częściej określa się je mianem zdroworozsądkowej polityki państwowej.
Dobrym przykładem jest Irlandia, która przez lata postrzegana była jako kraj stosunkowo odległy od głównych szlaków migracyjnych. Jednak wraz ze wzrostem liczby przybyszów również tu rozpoczęła się debata o skuteczności obowiązujących regulacji. Irlandzkie władze zaostrzają procedury, ograniczają możliwości nadużywania systemu oraz prowadzą deportacje osób, które nie mają prawa pozostawać na terytorium państwa. To nie jest wyraz wrogości wobec cudzoziemców. To próba przywrócenia kontroli nad procesem, który przez długi czas wymykał się spod nadzoru.
Największym problemem Europy nie jest bowiem sama migracja, bo kontynent od stuleci przyciągał ludzi z różnych stron świata. Problemem jest brak kontroli nad skalą zjawiska oraz brak odwagi politycznej, by reagować wtedy, gdy pojawiają się pierwsze sygnały ostrzegawcze. W ostatnich latach politycy bali się mówić otwarcie o konsekwencjach nieudanej integracji. Obawiali się oskarżeń, medialnych ataków i kosztów politycznych, a w rezultacie pozwolono, aby problemy narastały. Kiedy natomiast te urosły do rozmiarów niemożliwych do ukrycia, rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie rozwiązań.
Europa znajduje się dziś na rozdrożu, choć może nadal udawać, że wszystko przebiega zgodnie z planem, albo wyciągnąć wnioski z własnych błędów. Coraz więcej wskazuje na to, że wybrana została druga droga. Nie dlatego, że politycy nagle zmienili poglądy, powód jest znacznie prostszy. Zmusiła ich do tego rzeczywistość, bo w polityce można długo ignorować fakty, można też tworzyć kolejne strategie, dokumenty i deklaracje, można przekonywać obywateli, że widzą coś, czego w rzeczywistości nie ma. Jednak prędzej czy później przychodzi moment zderzenia z prawdą i właśnie taki moment przeżywa dziś Europa. Po latach eksperymentu zapoczątkowanego przez Angelę Merkel i podtrzymywanego przez kontynuatorkę tej idei Ursulę von der Leyen, odchodzi się od wielkich haseł i moralnych pouczeń, a wraca stare, być może niemodne, ale niezwykle ważne przekonanie, że państwo istnieje po to, by chronić swoich obywateli, egzekwować prawo i dbać o porządek publiczny. Jeśli natomiast przestaje realizować te zadania, traci zaufanie społeczne, a utrata zaufania obywateli jest dla każdego państwa znacznie groźniejsza niż nawet najgłośniejsza krytyka ze strony politycznych przeciwników.
Bogdan Feręc
Photo by Mortaza Shahed on Unsplash
