Coraz mniej niebieskich świateł. Irlandzkie drogi zostają bez patroli
Irlandzkie drogi stają się coraz bardziej samotne i nie chodzi wyłącznie o późne godziny nocne czy prowincjonalne trasy przecinające mokre pola Connacht. Chodzi o coś znacznie bardziej niepokojącego, czyli coraz rzadszą obecność patroli drogowych An Gharda Síochána. Najnowsze dane opublikowane przez Departament Sprawiedliwości pokazują wyraźnie, że liczba wyspecjalizowanych funkcjonariuszy drogówki skurczyła się od 2009 roku niemal o 40 procent.
To liczby, które trudno zignorować. Siedemnaście lat temu na irlandzkich drogach pracowało 1046 funkcjonariuszy policji drogowej, a dziś jest ich 645. Oznacza to, że z krajobrazu irlandzkich tras zniknęło ponad czterystu wyspecjalizowanych policjantów. Czterystu ludzi mniej do kontroli prędkości, reagowania na niebezpieczne zachowania i patrolowania miejsc, gdzie jeden błąd może kosztować czyjeś życie.
Szczególnie mocno zmiana widoczna jest w Dublinie. W stolicy liczba funkcjonariuszy drogówki spadła niemal o połowę. W rejonie DMR South Central redukcja wyniosła aż 59 procent. To nie jest już kosmetyczna korekta kadrowa, ale zmiana odczuwalna dla każdego kierowcy, który regularnie porusza się po irlandzkich drogach. W oddziale Garda 11 do dyspozycji pozostają dziś jedynie dwa radiowozy. Dwa samochody dla ogromnego obszaru miejskiego brzmią bardziej jak prowizoryczne rozwiązanie niż system bezpieczeństwa odpowiadający nowoczesnemu państwu.
Jeszcze bardziej symbolicznie wygląda sytuacja poza dużymi miastami. W Sligo i Leitrim liczba policjantów drogówki spadła z 34 do 14. To regiony, gdzie wiele tras jest wąskich, słabo oświetlonych i wymagających nawet dla doświadczonych kierowców. Tam obecność patroli ma często nie tylko wymiar kontrolny, ale również psychologiczny — przypomina, że ktoś nad tym ruchem czuwa. W tym krajobrazie wyróżnia się jedynie Limerick, gdzie liczba funkcjonariuszy nie zmniejszyła się, a nawet minimalnie wzrosła. Jeden wyjątek nie zmienia jednak ogólnego obrazu kraju, w którym bezpieczeństwo drogowe coraz częściej wydaje się działać na granicy wydolności.
Szczególnie mocno wybrzmiewają słowa organizacji PARC, reprezentującej rodziny ofiar śmiertelnych wypadków drogowych. Jej założycielka Susan Gray określiła sytuację jako „rozdzierającą serce”. To określenie nie brzmi jak polityczny slogan. Raczej jak zmęczenie ludzi, którzy od lat obserwują te same obietnice i te same statystyki.
Z drugiej strony An Gharda Síochána podkreśla, że bezpieczeństwo drogowe nie spoczywa wyłącznie na barkach pełnoetatowej drogówki. Według danych to właśnie funkcjonariusze spoza wyspecjalizowanych jednostek odpowiadali w ubiegłym roku za większość wykrytych przypadków jazdy pod wpływem alkoholu oraz znaczną część kontroli drogowych. Garda przypomina też, że w ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy do jednostek drogowych skierowano ponad 80 nowych funkcjonariuszy.
To pokazuje szerszy problem współczesnej Irlandii. Państwo rośnie, liczba samochodów rośnie, ruch drogowy staje się coraz intensywniejszy, ale zasoby publiczne nie zawsze nadążają za tempem zmian. Policja próbuje łatać braki elastycznością organizacyjną, lecz nawet najlepsza reorganizacja nie zastąpi ludzi na drogach.
W październiku ubiegłego roku zastępca komisarza Gardy Shawna Coxon przyznała przed komisją transportu Oireachtas, że nie nastąpił oczekiwany „znaczny wzrost” patroli drogowych. Było to stwierdzenie spokojne, niemal techniczne. Jednak za tym urzędowym językiem kryje się prosty obraz, czyli mniej radiowozów, mniej patroli i coraz większe pytania o to, czy irlandzkie drogi pozostają równie bezpieczne jak kiedyś.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Fot. CC Gerald England
