Około 100 tys. ciepłych posiłków szkolnych dziennie trafia do kosza. Dzieci nie chcą ich jeść
Irlandzki program bezpłatnych posiłków szkolnych miał być jednym z najważniejszych narzędzi walki z dziecięcym ubóstwem żywnościowym. W założeniu sprawa była prosta, więc dziecko przychodzi do szkoły, dostaje pełnowartościowy posiłek i nie musi martwić się o to, co znajdzie się w jego plecaku. Problem w tym, że coraz więcej danych pokazuje, iż pomiędzy założeniem a rzeczywistością przy szkolnych ławkach powstała całkiem spora przepaść.
Jedna z najnowszych analiz programu wskazuje, że znaczna część przygotowywanych posiłków nie jest przez dzieci zjadana. Według danych przywoływanych w związku z przeglądem programu chodzi o około 100 tys. ciepłych posiłków dziennie, czyli mniej więcej jedną piątą całej dziennej liczby. Problemem nie jest więc już tylko to, czy państwo zapewnia dzieciom jedzenie. Ważne staje się w tej sytuacji, dlaczego dzieci nie chcą jeść tego, co państwo im zapewnia. Program Hot School Meals został w ostatnich latach gwałtownie rozszerzony i od 2025 roku wszystkie szkoły podstawowe w Irlandii mogą uczestniczyć w tym programie. Skala przedsięwzięcia jest ogromna, ponieważ mowa o setkach tysięcy uczniów i codziennych dostawach posiłków.
Rządowy przegląd oraz prace parlamentarnej Komisji ds. Edukacji i Młodzieży pokazują jednak, że sama dostępność jedzenia nie gwarantuje jego spożycia. Komisja w swoim raporcie zwróciła uwagę na problemy z marnowaniem żywności, wielkością porcji, organizacją przerw obiadowych, wyborem dań oraz dopasowaniem posiłków do wieku i potrzeb dzieci. W badaniu National Parents Council dzieci, które przyznały, że nie jedzą oferowanego im ciepłego posiłku, najczęściej wskazywały jeden powód, czyli nie podoba im się jedzenie. Mniejsza grupa mówiła, że nie ma wystarczająco dużo czasu na zjedzenie posiłku.
Właśnie tutaj cały system może zderzać się z bardzo starą, choć najwyraźniej czasami zapominaną prawdą, że dziecka nie da się zmusić do zjedzenia obiadu tylko dlatego, że został zamówiony, opłacony i dostarczony do szkoły. Można stworzyć najbardziej szczegółowy system zamówień, rozpisać wartości odżywcze, ustalić normy kaloryczne i podpisać umowy z dostawcami. Jeśli dziecko spojrzy na tackę i powie „nie będę tego jadł”, rachunek ekonomiczny kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna się kosz na śmieci.
Istotne jest też, że nie muszą to być wcale kaprysy dzieci. W 2026 roku szeroko zakrojone badanie dotyczące programu wykazało, że 80 proc. respondentów uważało, iż dzieci chętniej zjadłyby świeży zimny lunch, niż oferowany im gorący posiłek. Trzy czwarte badanych wskazywało również, że ich dzieci nie są zadowolone z różnorodności menu. Wśród problemów wymieniano smak, sposób prezentacji, wymagania dietetyczne oraz preferencję dla jedzenia przygotowywanego w domu. Nie oznacza to oczywiście, że każde dziecko odrzuca ciepłe posiłki. Program ma również wielu zwolenników, a jego znaczenie dla dzieci z rodzin zmagających się z kosztami życia jest trudne do przecenienia.
Właśnie dlatego problem marnowania jedzenia powinien być potraktowany poważnie. Jeżeli każdego dnia przygotowuje się setki tysięcy posiłków, a około 100 tys. z nich nie jest konsumowanych, to mamy jednocześnie problem żywieniowy, ekonomiczny i środowiskowy. Posiłek ten, nie znika magicznie, o czym warto pamiętać, ponieważ ktoś musiał kupić produkty. Ktoś je przygotował, zapakował jedzenie, przewiózł do szkoły, wydał, a na końcu ktoś musi jeszcze zapłacić za wywóz odpadów.
Zarówno rządowy i raport parlamentu zwracają uwagę na wielkość porcji. Według informacji przedstawionych komisji, w niektórych szkołach podobne porcje trafiają do dzieci w bardzo różnym wieku. Rodzice wskazywali, że taka sama ilość jedzenia może być podawana młodszym dzieciom i uczniom starszych klas. W konsekwencji młodsze dzieci nie są w stanie zjeść wszystkiego, podczas gdy starsze mogą nadal pozostawać głodne. To wydaje się właściwie oczywiste, bo sześcioletni pierwszoklasista i jedenastolatek nie mają przecież identycznego zapotrzebowania energetycznego. Dzieci różnią się także wzrostem, aktywnością fizyczną, apetytem i etapem rozwoju.
Komisja zaleciła więc wprowadzenie porcji dostosowanych do wieku, a także stworzenie bardziej szczegółowych zasad dotyczących zawartości posiłków. Wśród rekomendacji znalazło się również menu uwzględniające potrzeby uczniów z dodatkowymi potrzebami oraz szczególnymi wymaganiami dietetycznymi.
Jednym z najbardziej interesujących wniosków jest postulat większej elastyczności. Jeżeli część dzieci chętniej zje świeżą kanapkę, sałatkę, owoce, jogurt czy inny zimny posiłek niż danie podgrzewane w szkole, dlaczego system miałby się przed tym bronić? Raport nie sprowadza natomiast problemu do prostego hasła „zlikwidujmy gorące obiady”. Wręcz przeciwnie. Komisja wskazuje, że gorące posiłki mogą mieć istotne znaczenie społeczne i żywieniowe. Jednocześnie potrzebne są różne modele ich dostarczania, lepsza infrastruktura, odpowiednie przestrzenie do jedzenia i większe uwzględnienie rzeczywistych potrzeb uczniów.
W praktyce oznacza to, że zimny posiłek powinien być traktowany jako pełnoprawna opcja, a nie jako gorszy kuzyn obiadu. Tym bardziej że część szkół już korzysta z różnych modeli dostarczania żywności. Problem polega na tym, że infrastruktura szkolna jest bardzo różna. Niektóre placówki nie mają odpowiednich kuchni, chłodni, miejsc do wydawania jedzenia ani przestrzeni, w których uczniowie mogliby spokojnie usiąść i zjeść.
Jest w tym wszystkim jeszcze jeden element, którego nie da się rozwiązać żadną firmą cateringową, czyli czas.
Narodowa Rada Rodziców odnotowała w swoich badaniach opinie opiekunów, a w tych, że przerwy obiadowe bywają bardzo krótkie. Część dzieci musi wybierać pomiędzy jedzeniem a zabawą. Komisja parlamentarna odnotowała wówczas, iż ograniczony czas na spożycie posiłku może zwiększać ilość wyrzucanej żywności. To kolejny paradoks, bo państwo inwestuje miliony euro w zapewnienie dzieciom jedzenia, a jednocześnie system szkolny, nie zawsze może zapewniać im wystarczająco dużo czasu, żeby spokojnie ten posiłek zjadły.
W efekcie dziecko może dostać darmowy obiad, którego nie chce jeść, mieć dziesięć minut na jego zjedzenie, a następnie wyjść na plac zabaw. I trudno mieć do niego o to pretensje.
W całej tej dyskusji łatwo wpaść w pułapkę przedstawiania programu jako porażki. Dane tego nie uzasadniają. Posiłki szkolne pełnią ważną funkcję społeczną, a Irlandia nadal ma poważny problem z ubóstwem żywnościowym dzieci. Wcześniejsze dane przywoływane przez organizacje zajmujące się prawami dzieci wskazywały, że dla części dzieci szkolny posiłek może być jedynym pełnowartościowym ciepłym posiłkiem w ciągu dnia. Eksperci przedstawiają również argumenty za tym, że dobrze zaprojektowane programy szkolnego żywienia mogą poprawiać jakość diety, wspierać frekwencję, koncentrację i funkcjonowanie dzieci w szkole.
Nie chodzi więc o to, aby wrócić do czasów, kiedy każde dziecko przynosiło z domu kanapkę zawiniętą w papier. Chodzi o coś znacznie bardziej praktycznego, że jeżeli państwo wydaje pieniądze na karmienie dzieci, powinno zrobić wszystko, aby te dzieci rzeczywiście chciały jeść otrzymywane posiłki. To natomiast wymaga odejścia od myślenia, w którym najważniejszym wskaźnikiem sukcesu jest liczba dostarczonych pudełek.
Komisja parlamentarna zwróciła uwagę także na rozwiązania stosowane w Finlandii. Podczas wizyty studyjnej irlandzcy parlamentarzyści zobaczyli szkoły, w których posiłki są przygotowywane na miejscu i podawane w specjalnie przeznaczonych do tego jadalniach. Jedzenie jest częścią szkolnej kultury, a nie tylko przesyłką dostarczoną pod drzwi klasy. Dziecko siedzące przy stole z innymi dziećmi, korzystające z talerza i sztućców, ma zupełnie inne doświadczenie, niż uczeń otwierający plastikowe opakowanie przy szkolnej ławce.
Komisja zaleciła zresztą, aby w miarę możliwości posiłki były przygotowywane na miejscu, od podstaw i spożywane wspólnie. Wskazano także na potrzebę stosowania wielorazowych talerzy i sztućców. To rozwiązanie może jednocześnie ograniczyć ilość odpadów i nadać jedzeniu bardziej normalny, codzienny charakter.
Irlandia zrobiła bardzo dużo, aby rozbudować system posiłków szkolnych. Teraz musi zrobić kolejny krok i zbudować system, który będzie reagował na dzieci, a nie tylko na tabelki, zamówienia i kontrakty – słychać głosy wśród rodziców. Potrzebne są różne wielkości porcje, różne warianty dań, rozwiązania dla dzieci z alergiami, szczególnymi potrzebami dietetycznymi. Potrzebne są również świeże zimne posiłki tam, gdzie dzieci wyraźnie je preferują. Potrzebny jest także czas na spokojne zjedzenie obiadu i wreszcie potrzebne jest słuchanie samych dzieci.
Jeżeli raporty rodziców i uczniów mówią, że głównym powodem niezjadania posiłku jest po prostu to, że dzieci nie lubią jedzenia, trudno uznać tę informację za mało istotny szczegół. Sto tysięcy niezjedzonych posiłków dziennie to nie jest wyłącznie statystyka dotycząca żywienia w szkołach, a sto tysięcy codziennych sygnałów wysyłanych przez dzieci: „Tego nie chcemy jeść”.
Bogdan Feręc
Źr. Independent/Gov.ie
Photo by Wonderlane on Unsplash
