Irlandia na brytyjskiej drodze, czyli najpierw przyjechali obcy, potem wyjechali swoi
Europa przez lata żyła złudzeniem, że wielkie procesy migracyjne da się kontrolować prostymi decyzjami politycznymi, bez konsekwencji społecznych, kulturowych i ekonomicznych. Wmawiano obywatelom, że otwieranie granic, sprowadzanie pracowników z odległych części świata i rozluźnianie polityki migracyjnej to naturalna kolej rzeczy w nowoczesnym, rozwijającym się państwie. Każdy, kto próbował wskazywać na możliwe skutki uboczne, natychmiast oskarżany był o przesadę albo niechęć wobec tych ludzi.
Rzeczywistość jednak brutalnie zweryfikowała te założenia, a najlepszym przykładem pozostaje Wielka Brytania. Jeszcze kilkanaście lat temu wielu Europejczyków widziało w niej symbol stabilności i przewidywalności. Dla setek tysięcy migrantów była obietnicą lepszego życia, wysokich zarobków i bezpieczeństwa socjalnego. Jednak po Brexicie okazało się, że polityczne hasła o odzyskaniu kontroli nad granicami miały niewiele wspólnego z rzeczywistością.
Ograniczenie napływu pracowników z Unii Europejskiej nie zatrzymało migracji. Zmieniło jedynie jej kierunek i gdy pracownicy z Polski, Rumunii czy Litwy zaczęli rezygnować z wyjazdów na Wyspy, brytyjska gospodarka odczuła gwałtowny niedobór siły roboczej. Brakowało ludzi do pracy w transporcie, gastronomii, służbie zdrowia i usługach. W odpowiedzi kolejne rządy zaczęły szeroko otwierać drzwi dla migrantów spoza Europy, a przede wszystkim z Azji Południowej, Afryki i Bliskiego Wschodu.
Sam pomysł wydawał się logiczny i politycy zadawali pytanie, co może pójść nie tak? Kraj potrzebuje pracowników, więc sprowadza ludzi gotowych podjąć zatrudnienie. Problem polegał na tym, że polityka migracyjna została potraktowana jak prosty mechanizm ekonomiczny, bez uwzględnienia skutków społecznych. Migrant to nie tylko pracownik, bo to człowiek z rodziną, kulturą, potrzebami i aspiracjami. Tym samym wszystko poszło w innym od zakładanego kierunku. W praktyce oznaczało to, że po przyjeździe pracowników pojawiła się presja na łączenie rodzin. Państwo zgodziło się na sprowadzanie małżonków i dzieci, kierując się względami humanitarnymi. To było zrozumiałe, ale skala zjawiska szybko zaczęła przekraczać pierwotne założenia. Wraz z napływem rodzin rosły potrzeby mieszkaniowe, wydatki socjalne oraz obciążenie infrastruktury publicznej.
W krótkim czasie brytyjski system socjalny został wystawiony na ogromną próbę. Rodziny korzystały z legalnych form wsparcia, więc dodatków mieszkaniowych, świadczeń rodzinnych i innych narzędzi Welfare State. Problem nie polegał jednak na łamaniu prawa, lecz na tym, że państwo nie oszacowało skali obciążeń. Budżet brytyjskiej opieki społecznej zaczął rosnąć szybciej, niż zakładano, a lokalne społeczności zaczęły odczuwać skutki tej polityki na własnej skórze.
Zmiany najbardziej widoczne były w miastach i w wielu dzielnicach nastąpiła gwałtowna zmiana struktury społecznej. Rdzenni mieszkańcy, wypychani byli z nich przez rosnące koszty życia i malejące poczucie zakorzenienia, czyli przenosili się na obrzeża oraz do mniejszych miejscowości, by każdego dnia dojeżdżać wiele kilometrów do pracy. Powstawały także całe obszary funkcjonujące kulturowo odmiennie od tradycyjnego modelu brytyjskiego miasta, co władza ukrywała w oficjalnych komunikatach, choć było to wyłącznie tajemnicą informacyjną.
To właśnie ten proces zaczął rodzić, co ma miejsce także dziś, największe napięcia i społeczeństwo UK zaczęło obawiać się o jego całkowitą destrukcję. Nie chodzi wyłącznie o ekonomię, lecz o poczucie utraty wpływu na własne otoczenie. Gdy mieszkańcy widzą, że ich dzielnice zmieniają się szybciej, niż są w stanie zaakceptować, rośnie wewnętrzna frustracja. Politycy przez lata ignorowali te nastroje, obawiając się oskarżeń o brak tolerancji, a efekt jest taki, że społeczne niezadowolenie narastało, aż w końcu stało się jednym z najważniejszych tematów politycznych.
Zmianę tę dostrzegli również Polacy. Kiedyś wyjazd do Wielkiej Brytanii był marzeniem. Dawał szansę na zarobek, stabilność, awans materialny i zmianę stylu życia. Dziś coraz częściej jest etapem zamkniętym i coraz większa grupa naszych rodaków decyduje się wrócić do kraju, uznając, że bilans życia na Wyspach przestał być korzystny. Powody są oczywiście różne, bo to i wysokie koszty utrzymania, problemy mieszkaniowe, rosnąca presja ekonomiczna, ale też przekonanie, że dotychczasowy model społeczny Wielkiej Brytanii uległ trwałej zmianie. Wielu Polaków ma poczucie, że kraj, do którego przyjechali kilkanaście lat temu, nie jest już tym samym miejscem.
Ważne jest jednak, że to, co wydarzyło się w Wielkiej Brytanii, staje się dziś punktem odniesienia dla Irlandii. Na Zielonej Wyspie również widać rosnącą skalę migracji. Państwo potrzebuje pracowników, więc otwiera się na napływ nowych ludzi. To zrozumiałe, bo gospodarka rozwija się dynamicznie, a lokalny rynek pracy nie jest w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb. Jednak coraz więcej mieszkańców Irlandii zaczyna zadawać pytanie, czy państwo wyciąga wnioski z doświadczeń brytyjskich. Duża część mówi, że Irlandia zmierza ku swojej kulturowej zagładzie, a państwo nie dba o to, by zatrzymać Irlandczyków w domu. Obawy nie dotyczą samego przyjazdu pracowników, ponieważ Irlandczycy akceptują migrację, jeśli wspiera ona rozwój gospodarczy. Niepokój pojawia się wtedy, gdy migracja zaczyna generować skutki, których państwo nie kontroluje, czyli presję na mieszkania, wzrost wydatków publicznych, napięcia społeczne oraz szybkie zmiany kulturowe.
Szczególnie istotna staje się kwestia łączenia rodzin migrantów, którzy pojawiają się z państw tak odległych, iż wiąże się z przebyciem połowy świata, by dotrzeć do swojej ojczyzny. W odbiorze społecznym to właśnie ten mechanizm może uruchomić proces znany z Wielkiej Brytanii, czyli szybki wzrost obciążeń socjalnych i zmianę struktury lokalnych społeczności. Irlandczycy patrzą na doświadczenia sąsiadów i obawiają się powtórki z kraju ich niegdysiejszych okupantów. Równolegle zmienia się sytuacja Polonii w Irlandii. Przez lata kraj ten był atrakcyjnym kierunkiem emigracji, bo dawał wyższe zarobki, stabilność i możliwości rozwoju, a dziś, coraz częściej słyszy się o powrotach. Powodem są nie tylko rosnące koszty życia, ale też zmieniająca się struktura społeczna i malejące poczucie opłacalności emigracji.
Widać to nie tylko w statystykach, ale też w codziennych rozmowach. Na forach internetowych coraz częściej pojawiają się pytania o warunki powrotu do Polski, transport dobytku czy formalności związane z zakończeniem pracy za granicą. Takie sygnały często wyprzedzają oficjalne dane, więc najpierw zmieniają się nastroje, dopiero później statystyki potwierdzają trend.
W podobnym tonie wypowiadają się firmy transportowe obsługujące przewozy między Irlandią a Polską. Coraz częściej mówią o większym ruchu w kierunku Polski niż odwrotnie. To drobny, ale znaczący wskaźnik nastrojów migracyjnych.
Jeżeli spojrzeć na całą sytuację z pewnej perspektywy, warto zadać pytanie: dlaczego Polacy wracają?
Czy decyduje ekonomia? Wysokie koszty życia, horrendalne czynsze i presja finansowa z pewnością mają znaczenie. Ale równie ważne wydają się kwestie społeczne, bo ta widoczna już zmiana otoczenia, spadek komfortu życia, poczucie braku stabilności, głównie mieszkaniowej oraz przekonanie, że emigracja nie daje już przewagi, którą dawała dekadę temu. Być może najważniejsze jest to, że Europa wchodzi dziś w nową fazę migracji. Jeszcze niedawno migracja była przedstawiana niemal wyłącznie jako korzyść gospodarcza. Dziś coraz wyraźniej widać, że jej skutki są znacznie bardziej złożone. Jeśli państwo nie potrafi zachować równowagi między potrzebami rynku pracy a stabilnością społeczną, zaczynają pojawiać się napięcia, które odczuwają wszyscy, bo zarówno obywatele, jak i migranci.
Wielka Brytania stała się więc dla całego kontynentu ostrzeżeniem, natomiast Irlandia stoi dziś przed wyborem: albo wyciągnie wnioski z doświadczeń sąsiadów, albo za kilka lat będzie mierzyć się z podobnymi problemami.
A Polacy? Polacy, jak zwykle, reagują pragmatycznie. Jeśli bilans korzyści przestaje się zgadzać, pakują walizki. Bez ideologii, bez wielkich deklaracji. Po prostu wybierają miejsce, w którym życie daje większą stabilność. I być może właśnie to jest najważniejszy sygnał ostrzegawczy dla państw opierających rozwój na migracji, bo kiedy zaczynają wyjeżdżać ci, którzy dotąd byli filarem rynku pracy, oznacza to, że system traci równowagę.
Domykając klamrą ten felieton, od co najmniej dziesięciu lat obserwuję kolejne fale powrotów Polaków z Irlandii. Były trzy wyraźne etapy, a pierwszy rozpoczął się w okolicach pandemii, więc tuż przed nią i po jej zakończeniu, a następnie pojawiła się kolejna fala, związana z przejęciem władzy w Polsce. To właśnie ten moment zastanawia mnie najbardziej, czy był to rzeczywiście tak zwany efekt Tuska, czy może życie w Irlandii stało się już wtedy na tyle trudne, że coraz więcej osób zaczęło rozważać wyjazd?
Kolejna, trzecia fala rozpoczęła się ubiegłej jesieni, gdy fora dyskusyjne zaroiły się od pytań o powrót do kraju. Co istotne, liczba takich głosów wcale dziś nie maleje. Czy zatem z niedawnych około 86 tysięcy Polaków mieszkających w Irlandii pozostanie nas w przyszłym roku jeszcze mniej? Wszystko wskazuje na to, że tak. Już teraz pozwolę sobie oszacować, że na Zielonej Wyspie wartość ta spadnie do około 75 tysięcy osób posiadających polski paszport.
Bogdan Feręc
Photo by Kevin Olson on Unsplash
