Urlop, którego jeszcze nie było. Czyli czas najwyższy, żeby trochę nic nie robić – "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii

Urlop, którego jeszcze nie było. Czyli czas najwyższy, żeby trochę nic nie robić

Rozpoczął się właśnie rok szkolny, wszyscy wrócili z urlopów, wakacyjnych wyjazdów, rodzinnych wypraw, plaż, gór, jezior i wszelkiego rodzaju miejsc, w których człowiek może przez kilka dni udawać, że telefon nie istnieje. I właśnie wtedy uświadomiłem sobie rzecz dość osobliwą, że przecież ja przez całe wakacje pracowałem.

Nawet tego specjalnie nie zauważyłem. Ot, wstaje człowiek bladym świtem, robi kawę, sprawdza wiadomości, coś napisze, coś przygotuje, gdzieś zadzwoni, pojawi się program, trzeba przygotować kolejny materiał, potem jeszcze jeden tekst, a wieczorem człowiek mówi sobie: „Dobrze, dzisiaj już naprawdę koniec”. Po czym oczywiście okazuje się, że jeszcze tylko zerknie na jedną rzecz. A skoro już zerknął, to może coś poprawi. A jeżeli już poprawił, to przy okazji coś napisze. I tak mijają dni, potem tygodnie, aż nagle przy jednym z programów na antenie Radia Wnet poczułem, że coś jest nie tak.

Dopadło mnie zmęczenie, zniechęcenie i jakaś taka niemoc połączona z niechęcią do pracy. Na szczęście szybko się z tego otrząsnąłem, ale jedna myśl nie dawała mi spokoju. Kołatała się po głowie i nie pozwalała myśleć o niczym innym – przecież ja właściwie nie miałem urlopu. Owszem, był krótki odpoczynek wiosną. Były też trzy dni latem, kiedy można było powiedzieć, że człowiek trochę się obijał. Tyle że nawet wtedy zawsze znalazło się coś do zrobienia. Jakiś szybki tekst, wiadomość, telefon, sprawa, która „przecież zajmie tylko pięć minut”, a wszyscy znamy te pięć minut. To najbardziej pracowite pięć minut w życiu człowieka, czyli zaczyna się niewinnie, a kończy po dwóch godzinach.

Właśnie wtedy dotarło do mnie, że człowiek może bardzo łatwo pomylić życie z pracą. Szczególnie kiedy pracę wykonuje się w domu, a jest też czymś, co zwyczajnie lubi się robić. Wtedy nie ma wyraźnej granicy. Nie wychodzisz z biura, nie zamykasz drzwi, nie zostawiasz komputera na biurku i nie mówisz: „Do zobaczenia jutro o ósmej”. Praca potrafi wejść człowiekowi do kieszeni razem z telefonem. A telefon, jak wiadomo, jest stworzeniem niezwykle wymagającym. Nie śpi, nie odpoczywa i nigdy nie mówi: „Daj spokój, człowieku, przecież są wakacje”.

Dlatego chyba każdy czasami powinien zrobić coś zupełnie nieproduktywnego. Po prostu nic, więc nie napisać, nie dzwonić, nie sprawdzić, nie poprawiać, nie przeczytać. Usiąść i popatrzeć przed siebie. To brzmi banalnie, ale w świecie, w którym niemal każdą chwilę próbujemy czymś wypełnić, zwyczajne „nicnierobienie” staje się niemal luksusem.

Zacząłem więc planować wyjazd. Pomyślałem, że skoro wakacje się skończyły, to ja zrobię sobie swoje. I miała być totalna laba. Żadnych wielkich planów, żadnych ambitnych przedsięwzięć, żadnego biegania z miejsca na miejsce. Po prostu odpoczynek, tyle że życie, jak zwykle, miało własny scenariusz. Człowiek może sobie zaplanować urlop, a los siada przy biurku, bierze czerwony długopis i zaczyna nanosić poprawki. Tak właśnie z planów wyjazdu w cieplejsze rejony Europy pozostały plany. Miało być jakieś wybrzeże, słońce, morze, palmy, a najlepiej jeszcze taki widok, przy którym człowiek natychmiast zapomina, jaki jest dzień tygodnia.

Zamiast tego będzie Polska, choć właściwie trudno narzekać, bo nareszcie – po dwóch niemal latach, pojawiło się coś, czego szukałem. Dom.

Nie apartament. Nie nowoczesna willa z wielkimi przeszkleniami, basenem i garażem na trzy samochody, bo i tak ich nie mam. Nie miejsce, w którym sąsiad zagląda przez okno do kuchni, bo jego taras znajduje się dokładnie trzy metry od mojego. Szukałem czegoś zupełnie innego. Skromnej posiadłości na uboczu, najlepiej gdzieś na głębokiej prowincji. Niewielkiego domku, ale z dużym podwórkiem. Najlepiej jeszcze z ogrodem, kawałkiem ziemi, z drzewami, z przestrzenią, gdzie można rano wyjść przed dom z kubkiem kawy i przez kilka minut słyszeć szum liści i śpiewające ptaki.

Znalazł się i ma wszystko to, czego chciałem. Drewniane podłogi. Piece kaflowe. Stare, szerokie drewniane drzwi. Strych pełen zakamarków, takich, które od razu uruchamiają wyobraźnię i to wszystko stoi na potężnej działce, której większa część została kilkadziesiąt lat temu obsadzona sosnami. Do tego sad, budynki gospodarcze większe od samego domu i sławojka. A przecież sławojka na wsi to rzecz niemalże obowiązkowa.

Podejrzewam, że młodsze pokolenie może nie wiedzieć, o czym mówię. Dlatego wyjaśniam: sławojka to, mówiąc najprościej, dziura w ziemi, nad którą stoi drewniana budka. Chociaż chyba lepiej będzie powiedzieć – obejrzyjcie sobie początek „Shreka”. Tam właśnie Shrek siedzi sobie w swojej sławojce i czyta książkę. Wtedy wszystko stanie się jasne.

Tak więc zamiast palm będzie las. Zamiast hotelowego basenu będzie studnia, bo też jest. Zamiast bufetu all inclusive będzie własny sad, a zamiast drinka z parasolką może być kawa wypita na drewnianym ganku. I wiecie co? To mi się podoba znacznie bardziej niż wakacje pod palmami.

Oczywiście przede mną remont. I to nie taki, który można załatwić w jeden weekend. Generalny remont oznacza tutaj dokładnie to, co oznacza, bo trzeba będzie zrobić właściwie wszystko. Ale właśnie w tym tkwi pewien urok. Chciałbym, żeby ten dom pozostał typowym wiejskim domem – moim prywatnym ranczem. Bez przesadnego modernizowania i odbierania mu charakteru. Drewniany stół, drewniane łóżka, drewniana podłoga, naturalny kolor drewna. Trochę prostoty, trochę historii i dużo tego, czego współczesnym domom często brakuje – charakteru. Ranczo pełną gębą.

Oczywiście trochę nowoczesności też się pojawi. Dom jest murowany, z grubymi ceglanymi ścianami, ale warto będzie go porządnie ocieplić, by później styropianowe mury dostały żółty kolor, a dach barwę czerwieni. Trzeba będzie wymienić okna, strych przerobić na studio do pracy i pokoje gościnne.

A później…

Później będzie można pomyśleć o panelach słonecznych, żeby mieć ciepło, bo kominek będzie, ale na specjalne okazje.

Budynki gospodarcze też trzeba wyremontować i nadać im nowe zastosowanie, ale nie wszystko będzie nowe. Murowana wędzarnia zostanie i to nie byle jaka, bo ma prawie siedemdziesiąt lat i działa. Takich rzeczy się nie wyrzuca. Takie rzeczy się zachowuje.

Zostanie również piec chlebowy, bo skoro człowiek przeprowadzi się kiedyś na wieś, to przecież nie po to, żeby każdego ranka jechać na rowerze do sklepu po bułki. Chleb powinien pachnieć w całym domu. Tak przynajmniej sobie wyobrażam ten mój przyszły, spokojniejszy kawałek świata bez miast, rozmów, codziennego stukania w klawiaturę i udowadniania, że politycy to jednak inteligencją nie grzeszą.

Może kiedyś rzeczywiście tam zamieszkam na stałe. Może któregoś dnia uznam, że wystarczy mi już miejskiego pośpiechu, telefonów, wiadomości, programów, terminów i nieustannego poczucia, że coś jeszcze trzeba zrobić. Ale jeszcze nie teraz, na razie przede mną remont, praca i wiele innych spraw.

A jednak coś się zmieniło. Sama świadomość, że jest miejsce, do którego będzie można wrócić, daje człowiekowi pewien rodzaj spokoju. Można być tysiące kilometrów dalej, można mieszkać i pracować gdzie indziej, można codziennie zajmować się zupełnie innymi sprawami, ale gdzieś z tyłu głowy pozostaje myśl, że czeka na nas własny kawałek ziemi. Drzewa. Stary dom. Drewniane drzwi. Piec. Sad. I cisza.

Może więc ten wyjazd, który początkowo miał być po prostu urlopem, okaże się czymś więcej. Nie będzie to jeszcze przeprowadzka. Nie będzie to wciąż wielki powrót na ojczyzny łono. Będzie to raczej pierwszy krok, a przy okazji chyba bardzo potrzebny odpoczynek, bo nadszedł już najwyższy czas, żebym również od siebie trochę odpoczął. Nie od ludzi, nie od życia i nie od tego, co robię. Po prostu od ciągłego obowiązku robienia czegokolwiek. Człowiek nie jest maszyną, nie musi cały czas produkować, odpowiadać, pisać, analizować i być dostępny. Czasami trzeba usiąść pod drzewem, zrobić sobie kawę, napalić w piecu, a czasami trzeba po prostu patrzeć, jak zachodzi słońce. I nic ma z tego nie wynikać, czyli właśnie dlatego może być takie potrzebne.

Czy więc wkrótce wybieram się na urlop? Wygląda na to, że tak. Czy będę odpoczywał? Mam nadzieję. Czy uda mi się niczego nie robić? Tego nie mogę obiecać nawet sobie. Bo przecież będzie dom, który trzeba dokładnie obejrzeć. Będzie ziemia, którą trzeba dotknąć własną stopą. Będą budynki, które będą chciały, żeby znowu pojawiła się ręka gospodarza. Będzie las, który trzeba „oddziczyć”. Będzie sad, który zapewne natychmiast zacznie podpowiadać, co można w nim jeszcze posadzić, czyli, mówiąc krótko, „nicnierobienie” może okazać się bardzo pracowite.

Ale tym razem będzie to chyba urlop zupełnie innego rodzaju, bez pośpiechu, bez zegarka, bez konieczności natychmiastowego odpowiadania, za to z naturą. Może właśnie tego potrzebuję, może każdy z nas tego potrzebuje. Bo urlop nie musi oznaczać luksusowego hotelu, samolotu, plaży i zdjęcia stóp wystawionych w kierunku turkusowego morza. Urlop może być również starym domem na końcu drogi, zapachem sosnowego lasu, skrzypieniem drewnianej podłogi i porankiem, w którym największym problemem będzie decyzja, czy najpierw zrobić kawę, czy zajrzeć do kurnika.

A jeśli przy okazji człowiek przypomni sobie, że świat istnieje również poza komputerem i ekranem telefonu, to chyba można uznać taki urlop za wyjątkowo udany. Dlatego chyba czas na mnie najwyższy, chociaż jeszcze nie mówię, że będzie to jutro. Jeszcze nie mówię, że rzucam wszystko. Jeszcze nie zapowiadam, że przeprowadzam się na wieś. Na razie po prostu jadę odpocząć.  Przy okazji chyba uda mi się trochę zwolnić, posiedzieć w ciszy, popatrzeć na sosny i przez kilka dni nie myśleć o tym, co trzeba zrobić jutro, wtedy może się okaże, że właśnie tego brakowało mi najbardziej. Bo czasami człowiek nie potrzebuje kolejnego planu, a potrzebuje przerwy od planowania.

I chyba właśnie takiej przerwy powoli zaczynam szukać. A reszta? Reszta może poczekać. Nawet praca. Przynajmniej przez chwilę.

Gdybym jednak po dwóch tygodniach nie wrócił, piszcie na adres: Więzienie Ciężkie – Sikawa. Lecę do Polski, a tam przecież narobiłem sobie wrogów, więc szef grupy trzymającej kulawą władzę może uznać ze swoim służalczym ministrem, że należy mnie nauczyć rozsądku.😉

Obywatel ziemski – Bogdan Feręc

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
ZNAJDŹ NAS:
Rząd marnuje milion
"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.

"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.