Statystyczne kroplówki nie wyleczą zapaści. Ministerstwo świętuje, rynek czeka na przełom
Najnowsze dane Departamentu Mieszkalnictwa przynoszą kolejne imponująco brzmiące dane. W samym lipcu ruszyła budowa 3028 mieszkań, co przekłada się na skok o 169% w porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego. Patrząc szerzej: od początku 2026 roku wbito pierwszą łopatę pod 18 974 inwestycje mieszkaniowe, a to wynik o 152% wyższy niż w pierwszych siedmiu miesiącach 2025 roku i zarazem drugi najlepszy rezultat w historii pomiarów prowadzonych od 2014 roku. Na papierze wszystko wygląda tak, jakby aparat rządowy wreszcie rozbił strukturalny bank.
Minister mieszkalnictwa James Browne nie kryje satysfakcji, odwołując się do „pozytywnego impetu” i przypomina lata 2024–2025, w których łączna liczba rozpoczętych projektów sięgnęła 85 723 jednostek. Polityczna narracja próbuje przekonać opinię publiczną, że nakreślony w Planie Działań na rzecz Mieszkalnictwa cel, więc wybudowanie 300 000 lokali do 2030 roku, czyli średnio 50 000 rocznie, pozostaje w zasięgu ręki. Problem w tym, że optymizm rządu przypomina liczenie kurczaków przed wykluciem, a od rozgrzanych placów budowy do przekazania kluczy prowadzi bardzo długa droga.
Szorstka weryfikacja statystyk pojawia się w momencie, gdy odsączy się tę polityczną retorykę i spojrzy na liczbę faktycznie ukończonych nieruchomości. Wprawdzie ubiegły rok przyniósł 36 284 oddane lokale, co było nieco wynikiem od statystyk z ponad półtorej dekady, jednak wciąż brakuje kilkunastu tysięcy mieszkań rocznie, by osiągnąć zakładane minimum. Co więcej, dynamika oddawania inwestycji do użytku mocno faluje. Choć pierwszy kwartał tego roku zamknął się obiecującym wynikiem 7856 ukończonych domów, to już w drugim kwartale wskaźnik ten wyhamował do poziomu 8823, notując spadek w ujęciu rocznym.
Sama struktura nowych budów również odsłania ograniczenia obecnego zrywu. Z lipcowych 3028 rozpoczętych projektów ponad połowa (1612) to osiedla wielorodzinne, 1004 stanowią apartamenty, a zaledwie 412 to domy jednorodzinne. Do tego ponad jedna czwarta wszystkich lipcowych ruchów budowlanych koncentruje się w samym Dublinie.
Tymczasem potężny deficyt lokali odczuwalny jest w całym kraju, a obecne tempo przyrostu substancji mieszkaniowej ledwie nadąża za bieżącym zapotrzebowaniem, nie mówiąc o nadrabianiu wieloletnich zaległości.
Zaklinanie rzeczywistości za pomocą procentowych wskaźników nie zmieni faktu, że kryzys mieszkaniowy stał się wadą systemową. Każdy wybudowany dom jest na wagę złota, jednak obecne przyspieszenie, choć widoczne w raportach, dla przeciętnego obywatela pozostaje kroplą w morzu potrzeb.
Bez radykalnego i trwałego zwiększenia efektywności wykonawczej, rządowe zapowiedzi o 300 tysiącach mieszkań do końca dekady pozostaną jedynie obietnicami bez pokrycia w realnej tkance miejskiej.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Photo by Marek Minor on Unsplash
