Permanentna opozycja, czyli polityczny cud przemiany
Tak się zastanawiam, dlaczego każdy poseł może być ideałem polityka, gdy jest w opozycji, a kiedy dostanie się w struktury rządzące, od razu zaczyna się przeobrażenie i ów ideał sięga bruku. Nie mam na myśli konkretnych osób, a wszystkie posłanki oraz posłów, którzy przewijają się przez nasze życie, bo wystarczy przecież popatrzeć na tę całą „klasę” polityczną, aby ujrzeć ich „cudowną” przemianę.
To zresztą fenomen godny badań naukowych. Gdyby polska, czy też irlandzka, a nawet europejska polityka zainteresowała kiedyś biologów, zapewne odkryliby nowy gatunek motyla. Nie takiego zwykłego, który z gąsienicy przeobraża się w pięknego owada. Nie, bo w polityce, ten proces przebiega odwrotnie. Najpierw mamy politycznego pawia, który rozkłada ogon obietnic, błyszczy kolorami pomysłów i śpiewa obywatelom najpiękniejsze pieśni o dobrobycie. Potem przychodzą wybory, kilka posiedzeń komisji, dwa bankiety, trzy narady i nagle z pawia zostaje nieco ospały gołąb, którego głównym zajęciem jest gruchanie: „To nie takie proste”.
Gdy taka z takim siedzi w ławach opozycyjnych, tryska pomysłami. Rozwiązania problemów trapiących kraj sypią się z nich jak trociny z rozprutego worka. Znają odpowiedzi na wszystko. Jak obniżyć ceny energii? Proste. Jak zwiększyć płace? Jeszcze prostsze. Jak naprawić służbę zdrowia? Wystarczy chcieć. Jak usprawnić państwo? Wystarczy nie kraść.
Patrząc na ich wystąpienia można odnieść wrażenie, że Polska lub Irlandia są jedynymi krajami na świecie, które nie zostały jeszcze uratowane wyłącznie dlatego, że akurat oni nie siedzą przy odpowiednim stole. A ci oni mogliby nawet kupować prąd na Temu, żeby tylko obywatele mieli tenże tańszy w swoich gniazdkach. Wiadomo przecież, że dla opozycji wszystko jest możliwe. Elektrownie można zbudować w weekend. Szpitale postawić do wtorku. Mieszkania rozdawać niczym próbki degustacyjne kiełbasy w markecie. Deficyt budżetowy znika samym spojrzeniem, a inflacja ucieka za granicę, gdy tylko parlamentarzysta zmarszczy groźnie czoło podczas konferencji prasowej.
Tylko że to działa w wybranym okresie, więc w chwili, kiedy pomysłodawca nie ma możliwości sprawczych, czyli nie jest w rządzie, a przynajmniej nie stał się jeszcze maszynką do głosowania vel popierania gabinetowych pomysłów w parlamencie.
W pewnym momencie dzieje się coś przedziwnego, gdy ugrupowanie, które taki rzutki poseł, czy tam „posełka” reprezentuje, wchodzi w struktury tworzące rząd. Wówczas kreatywność zanika, inwencja przenosi się na kierunek uśpienia, a inteligencja przechodzi w stan głębokiego zaniku.
To prawdziwy cud współczesnej polityki.
Nie znam drugiego środowiska zawodowego, w którym ludzie traciliby pamięć w takim tempie. Człowiek jeszcze wczoraj wygłaszał płomienne tyrady o konieczności ograniczenia wydatków publicznych, a dziś głosuje za nowymi wydatkami. Wczoraj walczył z biurokracją. Dziś tworzy trzy nowe urzędy i pięć nowych departamentów. Wczoraj przekonywał, że państwo powinno być skromne. Dziś odkrywa nagle, że do spraw koordynacji koordynatorów potrzebny jest jeszcze pełnomocnik koordynatora do spraw koordynowania. To trochę jak obserwowanie człowieka, który przez lata walczył z otyłością, a po zdobyciu lodówki postanowił zamieszkać w cukierni.
Do tego wszystkiego okazuje się, że słowa, jakie przypomina się ówczesnej opozycji, nie miały miejsca, nie były jakoby wypowiedziane, a przynajmniej media zajmują się nadinterpretacją, żeby nie powiedzieć, że są „gupie” i nie „rozumiom”, co taki opozycyjny parlamentarzysta miał na myśli.
To z kolei oznacza, że polityczna amnezja jest zjawiskiem równie powszechnym, jak deszcz w listopadzie.
Archiwalne nagrania pokazują jedno, cytaty pokazują drugie, choć internet pamięta wszystko, ale polityk wie lepiej. Twierdzi więc z powagą profesora filozofii, że jego słowa zostały wyrwane z kontekstu. Później natomiast okazuje się, że cały kontekst trwał czterdzieści minut, ale to również nie pomaga, więc wówczas pojawia się klasyczna formuła obronna.
„To była metafora.”
Jeżeli metafora nie działa, pada:
„To był skrót myślowy.”
Jeżeli i to zawiedzie:
„Zostaliśmy źle zrozumiani.”
A jeśli sytuacja robi się naprawdę trudna, pozostaje już tylko niezawodne:
„Patrzmy w przyszłość.”
Politycy uwielbiają patrzeć w przyszłość. Zwłaszcza wtedy, gdy przeszłość biegnie za nimi z megafonem i archiwalnym nagraniem.
Tak niestety nie jest, bo politycy to kłamcy i zależy im tylko na jednym – dopchać się do koryta, wstawić swoich znajomych i rodzinę na dobrze płatne stanowiska w radach nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa, ale też wepchnąć na jakieś stołki w podrzędnych urzędach gminnych, by doić państwową kasę do granic przyzwoitości. Oczywiście każdy polityk będzie święcie przekonywał, że jego kuzyn został zatrudniony wyłącznie dzięki kompetencjom, a już zupełnym przypadkiem jest, że jego owe kompetencje odkryto akurat po wygranych wyborach.
To także niezwykłe, jak wielu wybitnych specjalistów pojawia się w rodzinach polityków dokładnie w dniu ogłoszenia wyników. Wcześniej byli niewidoczni niczym rzadkie gatunki ptaków, a po wyborach wyrastają jak grzyby po deszczu. Nagle okazuje się, że szwagier jest ekspertem od energetyki, brat od transportu, ciotka od cyfryzacji, a kuzyn, który do tej pory handlował używanymi felgami, posiada unikalne kwalifikacje do zasiadania w radzie nadzorczej strategicznej spółki przemysłu gumowego.
Przypadek? Oczywiście. Tak samo jak przypadkiem zawsze najbardziej oburzeni nepotyzmem są ci, którzy jeszcze nie zdążyli zatrudnić własnych krewnych.
Wychodzi więc na to, że aby klasa polityczna taka mogła się nazywać, cała, bez żadnego wyjątku powinna być w permanentnej opozycji. I tu dochodzimy do pomysłu być może szalonego, ale czy bardziej szalonego od niektórych ustaw? Mam wątpliwości. Wyobraźmy sobie więc państwo, w którym wszyscy politycy są w wiecznej opozycji. Każdy codziennie zgłasza genialne projekty. Każdy walczy o obywatela. Każdy punktuje błędy konkurencji. Każdy prześciga się w pomysłach na oszczędności, reformy i rozwój.
Rząd zaś powinni tworzyć ludzie z ulicy, więc z przypadku. Pani z warzywniaka zostałaby ministrem finansów. Kierowca autobusu odpowiadałby za infrastrukturę. Emerytowany hydraulik prowadziłby energetykę, a bibliotekarka zajęłaby się edukacją. Brzmi absurdalnie? Być może, ale czy ktoś potrafi z całkowitą pewnością zagwarantować, że efekty byłyby gorsze?
Może przynajmniej ci ludzie nie mieliby za sobą dwudziestu lat treningu w składaniu obietnic bez pokrycia. Wiedzieliby za to, ile kosztuje masło, jak wygląda rachunek za prąd i ile kosztuje wizyta u mechanika. A to już więcej kontaktu z rzeczywistością niż można znaleźć w niejednej parlamentarnej sali. Wtedy te wszystkie świątynie tworzenia prawa działałyby sprawnie, a może nawet jakieś myśli twórcze by się tam pojawiały, któż to może wiedzieć. Bo największym paradoksem współczesnej polityki jest to, że najbardziej błyskotliwi politycy siedzą zazwyczaj w opozycji, a gdy tylko dostaną władzę, nagle zaczynają zachowywać się tak, jakby ktoś wymienił im baterie na zużyte.
Dlatego od lat obserwujemy ten sam spektakl. Jedni odchodzą, drudzy przychodzą. Jedni krytykują, drudzy się tłumaczą. Potem zamieniają się miejscami i odgrywają dokładnie te same role. Zmieniają się sztandary, logotypy, hasła wyborcze i kolory krawatów, ale nie zmienia się tylko jedno. Przekonanie klasy politycznej, że obywatel ma pamięć złotej rybki.
A obywatel siedzi przed telewizorem, patrzy na ten niekończący się serial i zastanawia się, czy właśnie ogląda nowy sezon, czy może kolejny raz powtórkę odcinka, który zna już na pamięć.
Bogdan Feręc
Photo by Joakim Honkasalo on Unsplash
