Europa udaje, że to strategia
Jest taki moment w historii cywilizacji, że tak szumnie nazwę ją europejską, choć po jakości prowadzonej polityki tego nie widać, kiedy zdrowy rozsądek wychodzi po papierosy i już nie wraca. Patrząc na to, co wyprawia dziś europejska tzw. klasa polityczna, mam wrażenie, że ten moment mamy już dawno za sobą, a teraz siedzimy tylko w pustym pokoju, w którym ktoś zostawił włączone światło i kilka krzeseł. Nie opuszcza mnie przekonanie, że to, co prezentowane jest na brukselskich korytarzach i w stolicach państw, nie jest już zwykłą nieudolnością. To nie jest nawet seria błędów, a konsekwentny, uporczywy marsz w kierunku ściany i jeszcze z dumnie uniesioną głową, jakby to była jakaś wielka cywilizacyjna misja.
Nie chodzi o samą Unię Europejską jako ideę. A idea współpracy, wspólnego rynku, swobodnego przepływu towarów i ludzi, ponieważ to wszystko miało i nadal ma sens. Dlaczego, bo na początku miało jakiś i to całkiem dobry fundament. Problem niestety zaczął się tam, gdzie zamiast pragmatyzmu pojawia się ideologia, a zamiast rachunku ekonomicznego, cóż, polityczna fantazja. I właśnie ten moment obserwujemy dziś, kiedy politycy uznali, że rzeczywistość można przegłosować, a fizykę i ekonomię zastąpić deklaracją.
Nie można, jak słusznie wiele osób zauważa, powiedzieć wprost tego, co się ciśnie na usta, bo język publiczny ma swoje granice, a pewne słowa, choć dobitne, oddające stan umysłów pozbawionych synaps, są kuszące, są jak młotek, czyli skuteczne, ale prymitywne. Tyle że trudno uciec od wrażenia, że mamy do czynienia z poziomem decyzyjnym, który momentami przypomina eksperyment społeczny, w którym usadzone na stołkach jednostki, siedzą i patrzą, co się stanie, jeśli władzę odda się ludziom kompletnie oderwanym od realiów gospodarki?
Weźmy ten sztandarowy przykład, więc transformację energetyczno-transportową. Idea piękna jak stado aniołów – zero emisji, czyste powietrze, przyszłość zielona jak irlandzkie wzgórza. Tylko że ktoś zapomniał sprawdzić wcześniej, jaki będzie tej fantazji rachunek. Ktoś zapomniał zapytać, kto za to zapłaci i, co ważniejsze, czy Europa w ogóle ma narzędzia, by tę wizję zrealizować bez samookaleczenia.
Dla przykładu można wziąć moją ulubioną w ostatnich latach gospodarkę, więc chińską, a na dodatek ceny samochodów elektrycznych i spalinowych z Europy i ich odpowiedników z Chin, a to nie jest detal, to jest punkt zapalny całej tej układanki. Nagle więc okazuje się, że Europa, która chciała być liderem zielonej rewolucji, stała się chłopcem do bicia i to potężnym kijem, a na dodatek drogim w obsłudze i coraz mniej konkurencyjnym. Chińskie auta elektryczne są tańsze i to nie „trochę tańsze”. One są często drastycznie tańsze przy porównywalnej, a najczęściej wyższej jakości technologicznej. Dlaczego? Bo tam ktoś potraktował przemysł poważnie. Tam państwo działa jak narzędzie, a nie jak ideologiczny teatr. Subsydia są celowe, łańcuchy dostaw zabezpieczone, surowce kontrolowane, a produkcja zoptymalizowana, więc to nie jest magia, a plan.
Najwcześniej z letargu obudziły się Stany Zjednoczone, czego efekt możemy oglądać od początku drugiej kadencji Donalda Trumpa, ale zaznaczyć trzeba, że nie chcą konkurować z Chińczykami na niwie przemysłowej. Amerykanie poszli na sprawdzian ekonomiczny, więc krok po kroku odcinają Pekin od komponentów energetycznych, blokują łańcuchy dostaw i stają na drodze ich rozwoju. Co to może oznaczać? Chyba tylko tyle, że ich przemysł przegrał z chińskim, a jakoś utrzymać się na powierzchni trzeba.
Europa tymczasem robi coś odwrotnego. Najpierw narzuca regulacje, które podnoszą koszty produkcji, a potem dokłada kolejne obciążenia, w tym środowiskowe, podatkowe, biurokratyczne. Następnie dziwi się, że przemysł zaczyna uciekać, że fabryki się zamykają, że inwestycje płyną gdzie indziej, a na końcu ogłasza „pakiet ratunkowy”, który jest w praktyce kolejną warstwą papierologii.
To trochę jak gaszenie pożaru benzyną i zdziwienie, że ogień tylko rośnie. Dodam też, że przecież można było zrobić coś dokładnie odwrotnego, a tymczasem w całej Unii Europejskiej nikt nie powiedziałby ani słowa, a może nawet znalazłoby się paru takich, którzy wychwalaliby pod niebiosa „tęgie głowy” z Brukseli. Jak? Otóż wystarczyło uruchomić proces myślowy i wykonać ruch, który przyjdzie do głowy każdemu człowiekowi z dwiema synapsami. Zostawiamy paliwa kopalne, ale jednocześnie dajemy unijnemu społeczeństwu alternatywę, więc tańszy prąd ze słońca i wiatru, tanie jak barszcz samochody elektryczne, a także system zachęt, czyli płacimy za sortowanie śmieci, oddawanie butelek i ograniczanie zużycia energii.
Tak się jednak nie stało, bo uznano, że ludzie na Starym Kontynencie są półgłówkami i łykną wszystko, co im się powie. Dla jasności: łyknęli, ale po pewnym czasie się zorientowali, że ten smak wcale nie jest taki słodki.
Najbardziej absurdalne jest to, że ta cała polityka nie tylko nie wzmacnia Europy, ale wręcz ją rozbraja. Uzależnienie od zewnętrznych dostawców, czy to energii, czy technologii, czy surowców, rośnie, a jednocześnie niszczy się własne zdolności produkcyjne. Podsumowując, to nie jest strategia, bo to jest sabotaż, tylko ubrany w eleganckie hasła i konferencje prasowe. Ktoś powie: „Ale przecież trzeba dbać o klimat”. Oczywiście, że trzeba, tylko że klimat nie poprawi się od tego, że Europa dobije własny przemysł, podczas gdy reszta świata produkuje jeszcze więcej, jeszcze taniej i jeszcze mniej ekologicznie, jak np. kraje Mercosur. To jest iluzja moralnej wyższości, która kosztuje realne miejsca pracy, realne firmy i realne pieniądze, co teraz już doskonale widać na naszym kontynencie.
W efekcie mamy wręcz groteskową sytuację, bo europejski konsument kupować ma droższe produkty, bo są „bardziej ekologiczne”, podczas gdy alternatywy z innych regionów świata są tańsze i często powstają w mniej restrykcyjnych warunkach środowiskowych, czyli emisja globalna wcale nie spada – tylko przenosi się dalej. To trochę jak sprzątanie własnego pokoju przez wyrzucanie śmieci do sąsiada i ogłaszanie sukcesu, że mamy w naszym mieście czysto.
Wracając do samochodów, to europejski przemysł motoryzacyjny był przez dekady jednym z filarów gospodarki. To była duma, kompetencja, know-how budowane przez pokolenia. Natomiast teraz, zamiast dać mu czas na adaptację, zamiast wspierać realną konkurencyjność, ktoś postanowił nacisnąć przycisk „reset” i powiedzieć: „od jutra robimy wszystko inaczej”. Efekt? Chaos, firmy nie wiedzą, w co inwestować, konsumenci nie wiedzą, co kupować, infrastruktura nie nadąża, a konkurencja z zewnątrz patrzy na to wszystko jak na wyprzedaż sezonową.
Tu właśnie dochodzimy do sedna, ponieważ to nie jest problem jednego błędu, a kontynentalny brak pokory wobec rzeczywistości. Politycy zaczęli wierzyć, że są w stanie zaprojektować gospodarkę od zera, jakby to był projekt w programie komputerowym. Tyle że gospodarka to nie slajd. To żywy organizm, który reaguje, dostosowuje się i, jeśli jest duszony, po prostu ucieka. Można oczywiście udawać, że wszystko jest pod kontrolą. Można produkować kolejne strategie, dokumenty, cele na 2030, 2040, 2050 rok, tylko że rynek działa tu i teraz i jeśli dziś Europa jest droższa, wolniejsza oraz bardziej obciążona regulacyjnie, to kapitał nie będzie czekał na realizację wizji. On już pakuje walizki.
Najbardziej gorzkie w tym wszystkim jest to, że skutki tej polityki będą odczuwalne przez dekady. Nawet jeśli jutro ktoś nagle się obudzi i powie: „przesadziliśmy, zawracamy”, to odbudowa potencjału przemysłowego zajmie lata. To nie jest kran, który można zakręcić i odkręcić. To są łańcuchy dostaw, kompetencje, ludzie, inwestycje, więc wszystko to, co buduje się powoli, a niszczy błyskawicznie.
I właśnie dlatego ton tej krytyki musi być ostry, bo sytuacja jest poważna. To nie jest akademicka dyskusja o kierunkach polityki, a realne pytanie o przyszłość europejskiej gospodarki. O to, czy Europa będzie graczem, czy tylko rynkiem zbytu dla innych, którym już się staje za sprawą – wiecie kogo.
Wyjaśnię, bo nie chodzi mi o to, żeby odrzucić zmiany, świat się zmienia i trzeba się do tego dostosować, ale dostosowanie to nie jest skok na główkę do pustego basenu. To jest proces, który wymaga rozsądku, analizy i, a może przede wszystkim, szacunku dla realiów.
Dziś tego szacunku brakuje i zamiast niego mamy ideologiczny zapał oraz polityczną pychę, a to jest mieszanka, która w historii rzadko kończyła się dobrze. Można jeszcze z tej drogi zawrócić. Można jeszcze postawić na konkurencyjność, na technologię, na realne wsparcie przemysłu zamiast tego ciągłego podduszania, ale do tego potrzebna jest jedna rzecz, której dziś najbardziej brakuje – przyznania się do błędu. Z tym jednak, jak wiadomo, politycy mają problem większy niż z jakąkolwiek transformacją.
Bogdan Feręc
Graf. Stworzona przez AI
