Europa na energetycznej krawędzi. 150 $ za baryłkę?
Europa znów słyszy niepokojący dźwięk, który dobrze zapamiętała w ostatnich latach, więc szum nerwowo przeliczanych rachunków za energię i tykanie zegara, który odmierza czas do kolejnego głębokiego kryzysu energetycznego. Doniesienia z rejonu Zatoki Perskiej napływają niemal w rytmie przyspieszonego pulsu rynków, a każda wiadomość o działaniach militarnych, każda informacja o ograniczeniu wydobycia surowców natychmiast odbija się na cenach ropy i gazu. Te z kolei rosną w tempie, które jeszcze tydzień temu wydawało się scenariuszem zbyt czarnym nawet dla spodziewających się tąpnięcia analityków.
W europejskich stolicach kilkanaście dni temu dominował umiarkowany spokój i zakładano, że napięcie na Bliskim Wschodzie szybko opadnie, a rynek energii nie odczuje poważniejszego wstrząsu. Komisja Europejska przekonywała, że nie ma powodów do obaw o dostawy paliw. Dziś te słowa brzmią jak echo z innej epoki, bo ropa naftowa kosztuje już ponad 100 dolarów za baryłkę, czyli o ponad 30 dolarów więcej niż przed atakiem USA i Izraela na Iran. W Katarze pojawiają się ostrzeżenia, że jeśli konflikt nie wygaśnie w ciągu najbliższych dwóch–trzech tygodni, cena może nawet przebić poziom 150 dolarów. Taki scenariusz dla europejskiej gospodarki byłby ciosem, który odczują zarówno przemysł, jak i zwykli konsumenci.
Jeszcze poważniejszy problem kryje się jednak w przypadku gazu, ponieważ Katar, drugi na świecie producent LNG, wstrzymał całkowicie dostawy gazu skroplonego, a wszystko z powodu zagrożenia dla transportu w tamtym regionie. Oznacza to przerwanie eksportu także do Europy, a efekcie już w ubiegłym tygodniu ceny gazu na europejskich giełdach skoczyły o 67 procent. W poniedziałek notowania znów poszły w górę o niemal 15 procent, przekraczając poziom 61 euro za megawatogodzinę.
To jednak może być dopiero początek kłopotów, bo w świecie LNG obowiązuje zasada, że gaz płynie tam, gdzie płaci się najwięcej. Azja od lat jest głównym odbiorcą katarskiego gazu i dziś może okazać się dla Europy bezlitosnym konkurentem. Tamtejsze gospodarki gotowe są przebijać oferty cenowe europejskich importerów, by zabezpieczyć własne potrzeby energetyczne.
Pierwsze sygnały tej walki już widać i według danych firmy Kpler kilka gazowców zmieniło kurs i zamiast do europejskich terminali popłynęło w stronę azjatyckich portów. To tylko pojedyncze przypadki, ale na rynku energii takie sygnały działają jak zapowiedź burzy. Katarski minister energii Saad Al-Kaabi nie pozostawia zresztą wielu złudzeń. Nawet jeśli konflikt zakończyłby się natychmiast, powrót do normalnego poziomu produkcji LNG i wznowienie eksportu może potrwać tygodnie, a nawet miesiące.
Analitycy Morgan Stanley ostrzegają natomiast, że jeśli przerwa w dostawach z Kataru potrwa dłużej niż miesiąc, globalny rynek gazu szybko wpadnie w deficyt. Alternatywni dostawcy – tacy jak Trynidad czy Algieria, jedynie częściowo mogą zrekompensować brak katarskiego surowca. Europa znalazłaby się wtedy w sytuacji znanej z niedawnej przeszłości, więc będzie zmuszona do kupowania energii po każdej cenie, by utrzymać działanie przemysłu i systemów grzewczych.
W tej układance są natomiast gracze, którzy na kryzysie mogą zarobić, bo wysokie ceny gazu i ropy oznaczają większe dochody dla eksporterów surowców poza Zatoką Perską. Skorzystają na tym przede wszystkim amerykańscy producenci LNG, którzy już dziś zwiększają sprzedaż na Stary Kontynent. Pośrednio zyskuje również Rosja, bo im droższe paliwa na światowych rynkach, tym większe wpływy do rosyjskiego budżetu z eksportu surowców.
Bruksela próbuje zachować zimną krew i Komisja Europejska zapowiedziała kolejne spotkanie Grupy Koordynacyjnej do spraw dostaw ropy oraz gazu, ale realna siła europejskiej polityki energetycznej w takich momentach jest ograniczona. Jeśli konflikt na Bliskim Wschodzie będzie się przedłużał, a kluczowa dla transportu surowców Cieśnina Ormuz pozostanie zablokowana i pod kontrolą Iranu, uspokajające komunikaty z Brukseli mogą okazać się tylko dyplomatyczną formą zaklinania rzeczywistości.
***
Energetyka rzadko wybacza złudzenia i gdy na mapie świata zapala się ognisko wojny w miejscu, przez które przepływa znacząca część globalnej energii, gospodarki oddalone o tysiące kilometrów zaczynają drżeć. Europa, która dopiero co próbowała odzyskać równowagę po poprzednich wstrząsach energetycznych, znów stoi przed widmem głębokiego kryzysu. Tym razem jego epicentrum znajduje się nad wodami Zatoki Perskiej, ale fale mogą uderzyć bardzo blisko europejskich fabryk, domów i rachunków za ogrzewanie.
Bogdan Feręc
Źr. Independent/Al Jazeera
