Złotówką po świecie, czyli globalna księgowość dla naiwnych
U Polaków jest to prawie sport narodowy, o którym rzadko się mówi, a uprawiamy go masowo, z zapałem godnym igrzysk olimpijskich. Nazywa się to „przeliczaniem na złotówki”. Wystarczy kurs walut, chwila skupienia i już wiemy wszystko o czyimś życiu. Pięć tysięcy euro czyni z człowieka króla życia. Pięć tysięcy dolarów doprowadza kogoś do finansowej nirwany, bo kalkulator pika, ego rośnie, rozum wychodzi na papierosa.
To podejście nie jest tylko uproszczone, o czym należy pamiętać, bo ono jest po prostu błędne i to na poziomie fundamentalnym, jak mylenie mapy z terytorium. Niestety pieniądz bez kontekstu i realiów jest martwy. Nie mówi nic o tym, co można za niego kupić, jak długo można za niego żyć i ile nerwów kosztuje samo jego zdobywanie.
Zarobki zawsze funkcjonują w jakimś ekosystemie, więc w Niemczech, Irlandii, Holandii czy Skandynawii 5000 euro brzmi jak sen, dopóki nie zaczniemy odejmować. Czynsz, który wsysa połowę pensji jak czarna dziura. Transport, który kosztuje tyle, że zaczynasz rozważać spacery jako filozofię życia, a opieka zdrowotna, ubezpieczenia, podatki, przedszkole, prąd, internet są kosztami, których nikt nie widzi. Każda z tych pozycji osobno wygląda niewinnie, jednak razem tworzą finansowy tor przeszkód rodem z finału zawodów płotkarskich.
W Stanach Zjednoczonych to już w ogóle inna liga absurdu. Pięć tysięcy dolarów miesięcznie w Nowym Jorku czy San Francisco nie czyni z nikogo bogacza. To raczej bilet wstępu do klasy oznaczonej napisem „radzę sobie”. Jedna wizyta u lekarza bez dobrego ubezpieczenia i nagle zaczynasz rozumieć, że amerykański sen bywa koszmarem z dopłatą. Jednak internet nie lubi liczenia kosztów stałych, on lubi kawę za złotówkę, lubi ujęcie z ręki, plastikowy kubek i podpis: „Patrzcie, jak tanio”. Tylko że ta kawa nigdy nie istnieje sama. W Szanghaju ta legendarna kawa za równowartość jednego złotego to drobny element całego rachunku. Reszta kosztów, jak jedzenie, czynsz, transport – skutecznie przywraca człowieka do pionu.
Ten trik polega na wybiórczości. Pokazuje się to, co tanie i egzotyczne, a chowa to, co drogie i codzienne, bo codzienność nie robi zasięgów. Codzienność nie tańczy do muzyki z TikTokowych trendów, bo to on właśnie wjeżdża na arenę „taniości”. Cały na biało, a raczej w filtrze „życie premium”. Krótkie filmiki stały się idealnym nośnikiem tej narracji. Polski podróżnik, polski uśmiech, zagraniczna palma. Restauracje, taksówki, street food, „tu wszystko jest tańsze niż w Polsce”. Przekaz jest prosty: za granicą żyje się lepiej, taniej i bardziej.
Tyle że to nie są emigranci. To turyści na sterydach. Dwa tygodnie, czasem miesiąc, bez płacenia podatków, bez długoterminowego czynszu, bez umów, bez stresu o przyszły miesiąc. To jest finansowa pocztówka, nie życie. Dlaczego? Cóż, z pocztówek nie da się zbudować domowego budżetu.
Najciekawsze zaczyna się po powrocie i gdy algorytm już pokochał, gdy wizerunek „bogatego podróżnika” się przykleił, wracają do Warszawy. Do kawalerki wynajmowanej za 4000 zł miesięcznie, do trzydziestu metrów wolności i widoku na śmietnik. Wracają do oszczędzania, do sprawdzania każdego paragonu, do planu: „jak przeżyć do kolejnej wypłaty”.
Wtedy nagle okazuje się, że ta złotówka znów ma znaczenie, wiemy, że trzeba ją szanować, że chleb do pasztetowej z Lidla nie jest memem, tylko strategią, ale tego etapu się nie pokazuje. Dlaczego? Ponieważ nie pasuje do narracji o sukcesie, bo bieda w Polsce po „bogatym” życiu za granicą źle się monetyzuje.
Problem z przeliczaniem na złotówki nie polega tylko na matematyce, a na mentalnym lenistwie. To próba uproszczenia świata, który uproszczony być nie chce. Każdy kraj ma własną skalę drożyzny, własne koszty ukryte, własne pułapki. Zarobki bez kosztów życia są jak pensja zapisana ołówkiem, czyli wyglądają dobrze, dopóki nie spróbujesz nimi zapłacić.
Świat nie jest tani ani drogi, jest natomiast skomplikowany, a złotówka, choć swojska i poczciwa, nie jest uniwersalnym tłumaczem rzeczywistości. Kto tego nie rozumie, ten dalej będzie wierzył, że kawa w egzotycznym kraju kosztująca złotówkę oznacza dobre życie. I dalej będzie się dziwił, dlaczego po powrocie do domu to życie znów kosztuje dokładnie tyle, ile kosztowało zawsze, a może nawet stało się droższe.
Na koniec tylko jedno, przestańmy w końcu przeliczać, przestańmy porównywać, bo dopóki nie przyjdzie nam żyć w Portugalii, Bangkoku czy Pekinie, nie będziemy o realnych kosztach wiedzieli zupełnie nic. Nawet jeżeli mówią o tym popularni influencerzy, bo to już zupełne inny poziom oderwania od rzeczywistości.
Bogdan Feręc
Photo by Jakub Żerdzicki on Unsplash

