Trump podkręca ogień. Groźba zrównania z ziemią irańskiej infrastruktury jako karta przetargowa USA
Słowa Donalda Trumpa potrafią rozedrgać świat niczym ciężkie uderzenie w bęben wojenny, a jego najnowsza zapowiedź jest kolejną odsłoną tej politycznej symfonii, która od miesięcy przechodzi z crescendo w pełnoprawny huk armat. Prezydent Stanów Zjednoczonych zagroził, że jeśli Iran nie otworzy natychmiast Cieśniny Ormuz i nie zawrze porozumienia z USA, to amerykański „pobyt” w Iranie zakończy się dosłownym zniszczeniem elektrowni, szybów naftowych i strategicznej wyspy Kharg. To, co dla Teheranu jest arterią życia gospodarki, Trump przedstawia jako potencjalny cel do „wysadzenia w powietrze”.
Wpis na Truth Social jest utrzymany w charakterystycznym dla Trumpa stylu, czyli pompatycznym, pewnym siebie i z przekonaniem, że Stany Zjednoczone prowadzą rozmowy z „NOWYM I BARDZIEJ ROZSĄDNYM REŻIMEM”. Ot, klasyczny zabieg, czyli najpierw pogłaskać, potem postraszyć, a całość podlać tonem, który ma udowodnić, że Waszyngton trzyma wszystkie karty. Trump twierdzi, że negocjacje idą „znacznie” do przodu, ale jeśli z jakiegoś powodu porozumienie nie zostanie osiągnięte „wkrótce”, konsekwencje mają być dla Iranu druzgocące.
To nie są już tylko dyplomatyczne szpilki. Trump mówi o „całkowitym zniszczeniu” infrastruktury, którą Iran mozolnie budował przez dekady. Elektrownie, zakłady odsalania wody, wyspa Kharg – serce eksportu ropy, wszystko to pada w jednym akapicie jako potencjalne cele, „niedotykane” rzekomo tylko dlatego, że „Stany Zjednoczone były cierpliwe”.
Problem w tym, że świat widzi, co dzieje się równolegle, że pokojowe rozmowy ugrzęzły niczym stary kuter na mieliźnie, a USA wysyłają do regionu kolejne tysiące żołnierzy. W takich warunkach groźby przestają być jedynie presją negocjacyjną, a zaczynają przypominać zapowiedź operacji, której skali trudno byłoby porównać z czymkolwiek z ostatnich dekad. Trump gra na nerwach Teheranu, ale również na emocjach globalnej opinii publicznej, dobrze wiedząc, że każdy wstrząs w regionie odbija się na bezpieczeństwie energetycznym świata. Jednak, jak pokazuje obecny ton Białego Domu, nie chodzi tu o subtelność, a o pokaz siły, o narrację, w której tylko jedno mocarstwo ma prawo decydować o tym, co dzieje się w Cieśninie Ormuz.
Sytuacja eskaluje i jeżeli Trump rzeczywiście rozważa uderzenie w kluczową infrastrukturę Iranu, to świat stoi przed możliwością konfliktu o skali, która może na nowo narysować mapę Bliskiego Wschodu.
Jednocześnie, paradoksalnie, wszystko to ma być tylko presją. Groźbą, która ma „pomóc” w wypracowaniu porozumienia, więc jeśli to jest sposób prowadzenia negocjacji, to świat musi zacząć oddychać ostrożniej. Niestety, kiedy amerykański prezydent mówi o możliwości „wysadzenia w powietrze” kluczowej dla irańskiego państwa infrastruktury, choć nie tylko dla Iranu, nikt nie ma pewności, gdzie kończy się retoryka, a zaczyna realny plan działania.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Photo by Lisa Blair on Unsplash
