Szpitalny parking, czy źródło dochodu? Jak publiczny system ochrony zdrowia drenuje kieszenie
System ochrony zdrowia ma z założenia nieść pomoc, wsparcie i poczucie bezpieczeństwa osobom znajdującym się w najtrudniejszych momentach życia. Tymczasem w realiach państwowej opieki medycznej, obok stresu towarzyszącego chorobie czy skomplikowanemu leczeniu, pacjenci oraz ich bliscy zmuszeni są mierzyć się z dodatkowym, drastycznie rosnącym obciążeniem finansowym.
Opłaty za parkowanie przy placówkach medycznych przestały być jedynie narzędziem porządkowania ruchu drogowego, a stały się ukrytym podatkiem nakładanym na ludzi, którzy nie mają możliwości wyboru. Porażająca skala wzrostu przychodów z tego tytułu jednoznacznie wskazuje, że publiczna ochrona zdrowia odnalazła w przyszpitalnych placach postojowych wyjątkowo dochodowe źródło dochodu, ignorując społeczny koszt tego procederu.
Z danych opublikowanych przez Zarząd Służby Zdrowia (Health Service Executive) wyłania się obraz systemowej opresji fiskalnej.
Tylko w 2025 roku użytkownicy szpitali publicznych oraz dobrowolnych zostawili w parkomatach rekordową sumę 17,76 miliona euro. Porównanie tej kwoty z wynikiem z 2021 roku, kiedy przychody wynosiły 7,39 miliona euro, wskazuje na gigantyczny, aż 140-procentowy wzrost w ciągu zaledwie czterech lat. Jeżeli spojrzymy na okres od początku 2020 roku, okaże się, że łączna kwota pobrana od pacjentów i ich rodzin osiągnęła astronomiczny poziom 73,5 miliona euro.
Tym samym tłumaczenie tego wzrostu wyłącznie powrotem do normalnej dynamiki po pandemii, brzmi nieszczerze w zderzeniu z faktem, jak dramatycznie te opłaty rzutują na budżety domowe.
Brak jednolitej, ogólnokrajowej strategii doprowadził do całkowitej uznaniowości w ustalaniu cenników przez poszczególne dyrekcje szpitali, które można nazwać też zarządcami parkingów. Obecnie aż 36 szpitali pobiera opłaty postojowe, przy czym rozrzut stawek bywa drastyczny – od bezpłatnych parkingów w zaledwie dziewięciu placówkach, po maksymalną stawkę dzienną dochodzącą do 17 euro w Szpitalu Uniwersyteckim St. Vincent’s w Dublinie. Dla osób poddających się długotrwałemu leczeniu onkologicznemu, pacjentów z chorobami przewlekłymi czy rodzin regularnie odwiedzających hospitalizowanych krewnych, konieczność uiszczania tak wysokich opłat przekształca się w uporczywy ciężar finansowy.
Pieniądze są więc wyciągane bezpośrednio z kieszeni osób, które znajdują się w skrajnej presji emocjonalnej i zdrowotnej.
Reakcja władz na tę narastającą patologię obnaża jednocześnie głęboką bezradność i brak woli politycznej. Zamiast natychmiastowych obniżek lub wprowadzenia jasnych zasad, dyrekcja HSE zapowiedziała przeprowadzenie kolejnego przeglądu opłat. Co istotne, analogiczne opracowanie powstało już w 2018 roku i nie przyniosło żadnej trwałej poprawy. Fakty te stanowią z kolei miażdżący akt oskarżenia wobec nieudolności decydentów, którzy od lat tolerują drenaż finansowy najsłabszych. Zwoływanie kolejnych grup roboczych i zasłanianie się analizowaniem „potencjalnych niezamierzonych konsekwencji”, takich jak obawa przed zajmowaniem miejsc przez osoby postronne, służy jedynie grze na zwłokę.
*
Ochrona zdrowia opłacana z podatków mieszkańców Irlandii, nie może stawiać barier cenowych u samego progu placówek medycznych. Pobieranie opłat parkingowych w obecnym kształcie wypacza przecież ideę powszechnego i równego dostępu do świadczeń medycznych. Rozwiązanie tego problemu nie wymaga ośmioletnich rozważań ani kolejnych biurokratycznych raportów, lecz natychmiastowej decyzji o wprowadzeniu sztywnych limitów cenowych oraz rozszerzeniu bezpłatnego dostępu dla osób wymagających stałej opieki.
Kontynuowanie obecnej polityki to nic innego, jak ciche przyzwolenie na podratowanie szpitalnych budżetów kosztem portfeli pacjentów, którzy łożą niemałe kwoty na lecznictwo publiczne.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Fot. CC N Chadwick
