Przyszły rok zmieni Europę?
Wiele rzeczy może wydarzyć się przez dwanaście miesięcy. Możemy mieć nowe wojny, nowe kryzysy, nowe rządy, nowe sojusze i nowe podziały. Możemy mieć polityczne trzęsienie ziemi albo przeciwnie – kolejne miesiące pozornego spokoju, pod którym będzie narastało napięcie. Jednak to, co może przynieść przyszły rok, będzie ważyło dla Starego Kontynentu na długie lata. Może bowiem wskazać drogę na przyszłość, drogę, którą Europa pójdzie przez kolejne dekady.
Dlatego właśnie jestem zdania, że rok 2027 może okazać się znacznie ważniejszy, niż wielu ludzi jest dzisiaj gotowych to przyznać. Sprawa nie jest zerojedynkowa, bo nie do końca chodzi o to, kto zwycięży w wyborach w tym czy innym państwie, ale jakiej Europy właściwie chcemy? Czy nadal będziemy pogrążać się w ekonomicznej zapaści, kryzysie demograficznym, politycznym chaosie i utracie poczucia własnej, europejskiej tożsamości? Czy może zaczniemy odbudowywać to, co przez wieki tworzyły narody Europy, a chodzi o ich państwa, kulturę, gospodarkę, tradycję i poczucie odpowiedzialności za własną przyszłość?
Nie można przy tym twierdzić, że Europa zawsze była jednością. Byłoby to zwyczajnym kłamstwem, bo przecież przez setki lat byliśmy wszystkim, tylko właśnie nie jednością. Wojny, zatargi między sąsiednimi państwami, najazdy, walka o granice i próby dominacji jednych nad drugimi, to wszystko było właściwie stałym elementem historii kontynentu.
Ale jest jedna rzecz, o której warto pamiętać, że te wojny, choć często krwawe i wyniszczające, jednak rozgrywały się przede wszystkim wewnątrz europejskich granic. Europejczycy bili się z Europejczykami, państwa walczyły o wpływy na naszym kontynencie, więc to nasi królowie, cesarze, a później politycy próbowali przesuwać granice. Były oczywiście także najazdy z zewnątrz i próby podporządkowania Europy obcym potęgom, ale i z tym również sobie radziliśmy. Wspomnijmy tylko Jagiełłę pod Grunwaldem i Sobieskiego pod Wiedniem – to nie są wyłącznie nazwiska z podręczników historii. To symbole momentów, w których Europa potrafiła się bronić, kiedy zagrożone były jej państwa, jej mieszkańcy i jej dorobek cywilizacyjny.
Później kontynent trochę się uspokoił. Oczywiście tylko trochę, bo zawsze pojawiali się ludzie, którzy uważali, że ich państwo powinno być większe, silniejsze i ważniejsze od wszystkich pozostałych. Pamiętajmy więc o Napoleonie, ale również o Hitlerze, Stalinie, Ceaușescu – i nie po to, aby porównywać współczesną Europę do czasów różnego typu totalitaryzmów. Po to, aby pamiętać, że historia Starego Kontynentu jest historią zarówno wielkich osiągnięć, jak i wielkich katastrof. Europa już niejednokrotnie uważała, że osiągnęła polityczną stabilizację na zawsze. Ale za chwilę znowu się przekonywała, że „na zawsze” w polityce oznacza czasem zaledwie kilka lat.
Przetrwaliśmy również komunizm, przetrwaliśmy podział Europy na dwie wrogie sobie części, pamiętamy jeszcze żelazną kurtynę i system, który próbował wmówić milionom ludzi, że wolność jest luksusem, na który nie mogą sobie pozwolić. A potem przyszedł rok 1989 i lata kolejne i mur runął, a wydawało się wówczas, że rozpoczynamy zupełnie nową epokę. Tę z połączoną, zjednoczoną i szczęśliwą Europą.
Wolność, która miała nas uszczęśliwić
Tylko że wraz z wolnością przyszło coś jeszcze. Konsumpcja, hedonizm i przekonanie, że skoro możemy wszystko, to właściwie wszystko powinniśmy robić. Przez kolejne dekady coraz częściej powtarzano Europejczykowi, że najważniejszy jest on sam, jego komfort, jego przyjemność, jego potrzeby i jego prawo do natychmiastowego zaspokojenia własnych pragnień.
Nie mam nic przeciwko wolności, jest wręcz przeciwnie – lubiłem i lubię tę wolność z lat dziewięćdziesiątych i początku dwutysięcznych. Problem natomiast pojawił się wtedy, kiedy wolność została oderwana od odpowiedzialności, bo ta nasza wolność bez odpowiedzialności, bardzo szybko zaczyna przypominać samowolę. Nie każdy zdaje sobie jednak sprawę, że samowola jest z kolei wygodnym narzędziem dla polityków.
Przez lata europejskie społeczeństwa były przekonywane, że kolejne ograniczenia są w rzeczywistości kolejnymi formami wolności. Że kolejne regulacje są ochroną, a coraz głębsza ingerencja państwa jest konieczna dla naszego bezpieczeństwa. Mówiono i mówi się nam teraz, że instytucje wiedzą lepiej, co jest dla nas dobre, a to tutaj dochodzimy do polityki. W mojej ocenie wieloletnie rządy europejskiej centrolewicy doprowadziły do sytuacji, w której zaczęto odwracać role. Zamiast chronić europejską tradycję, rozpoczęto ją coraz częściej negować i przedstawiać jako przeszkodę. Zamiast wzmacniać poczucie wspólnoty narodowej, coraz częściej próbowano przekonywać ludzi, że narodowość jest czymś drugorzędnym i w zasadzie niepotrzebnym – reliktem przeszłości.
Obywatel miał być w tej szczęśliwej bezgranicznie i kulturowo zmiksowanej Europie przede wszystkim konsumentem. Miał pracować, miał kupować i miał płacić podatki. Nie zadawać zbyt wielu pytań, bo te są zbędne. Miał też oczywiście głosować, najlepiej na tych samych ludzi. Miał się też uczyć, ale bez nacisku, czyli wiedza była wybiórcza, przychylna władzy, a na dodatek ograniczona. Dlaczego? Bo człowiekiem, który nie może pochwalić się skomplikowanym umysłem, zajęty jest konsumpcją, wygodą i własnymi przyjemnościami, znacznie łatwiej zarządzać niż tym, który pamięta historię, zna własne prawa i potrafi powiedzieć władzy: nie.
Wojna, której nie nazwano wojną
W ten sposób rozpoczęła się kolejna europejska wojna. Nie trzecia wojna światowa, nie wojna pomiędzy Francją a Niemcami, nie konflikt militarny. To – w mojej ocenie – wojna ideologiczna, ale nie na koncepcje, bo to wojna, w której po jednej stronie pojawił się cały poparty siłami porządkowymi aparat państwa i rozbudowane instytucje, a po drugiej zwykły obywatel Europy.
Kiedy hedonizm i radykalnie rozumiana wolność obyczajowa zaczęły budzić sprzeciw nawet części ludzi, którzy wcześniej popierali bardzo szeroki zakres swobód, pojawiła się reakcja. Wtedy zaczęto mocniej zwalczać tych, którzy nawoływali do powrotu do wcześniejszego porządku, czyli tego z pewnymi moralnymi zasadami. Pandemia COVID-19 była momentem przełomowym, nie twierdzę, że sama pandemia została „stworzona” jako polityczny projekt, chociaż więcej niż wszystko na to wskazuje. Mówię natomiast, że pandemiczny kryzys pokazał, jak ogromne możliwości kontroli nad społeczeństwem może otrzymać władza, kiedy ludzie uwierzą, że wyjątkowe okoliczności usprawiedliwiają wyjątkowe działania.
Zamknięto ludzi w domach, ograniczono działalność gospodarczą, wprowadzono rozmaite restrykcje, a przez wiele miesięcy ogromna część społeczeństwa podporządkowywała się decyzjom władz, ponieważ uważała, że wymaga tego sytuacja. I właśnie tutaj pojawia się pytanie, którego nie wolno zamiatać pod dywan: Jak daleko władza może wejść w nasze życie, zanim uznamy, że już leży w naszym łóżku? To pytanie pozostaje aktualne nawet, a może przede wszystkim dzisiaj, więc długo po zakończeniu pandemii.
Migracja i pytanie o własny dom
Niedługo później Europa stanęła przed kolejnym problemem – masową migracją, ale i tutaj również muszę powiedzieć rzecz niepopularną. Europa może przyjmować ludzi potrzebujących pomocy, może przyjmować uchodźców, może prowadzić otwartą politykę migracyjną, jeżeli ma ku temu przesłanki. Ona może nawet uznać, że potrzebuje części imigrantów ze względów gospodarczych, ale żadna z tych rzeczy nie oznacza, że Europejczycy mają obowiązek zrezygnować z prawa do decydowania, kto, na jakich zasadach i w jakiej liczbie może zamieszkać na ich kontynencie!
Tymczasem przez lata słyszeliśmy, że masowa migracja będzie wyłącznie „wartością dodaną”. Mieli przyjeżdżać lekarze, inżynierowie, specjaliści i ludzie gotowi natychmiast wejść na europejski rynek pracy. Oczywiście do Europy przybyli również ludzie wykształceni, pracowici i doskonale integrujący się ze społeczeństwami, do których trafili. Nikt rozsądny nie powinien tego kwestionować, ale właśnie dlatego trzeba zadawać pytania o proporcje.
Ile osób rzeczywiście odpowiadało profilowi, który „władcy marionetek” przedstawiali Europejczykom? Ile znalazło zatrudnienie? Ile korzysta z systemów socjalnych? Ile integruje się z lokalnymi społecznościami? I wreszcie: czy Europa prowadzi politykę migracyjną, czy też polityka migracyjna przez nieudolność władz, zaczęła prowadzić Europę?
To pytanie, żeby wyjaśnić niepewność, nie jest rasistowskie. To pytanie o państwo, o jego granice, jego możliwości, o jego i nasze bezpieczeństwo, o mieszkania, szkoły, służbę zdrowia i rynek pracy. Kiedy w największych europejskich miastach narasta problem bezdomności, kiedy brakuje mieszkań, kiedy systemy publiczne są przeciążone, nie można udawać, że problem nie istnieje tylko dlatego, że ktoś w Brukseli uznał, że jest politycznie niewygodny.
Europa, której już nie poznajemy
Spójrzmy na Londyn, popatrzmy na Paryż, rzućmy okiem na Berlin, a i przyjrzyjmy się Rzymowi. To są wielkie europejskie stolice, ale coraz częściej stają się również symbolami problemów, których europejskie zdegenerowane własnym rozpasaniem elity – przez lata nie chciały dostrzegać. Czy nie stały się znakiem naszych czasów, a pod rządami, choć muszę dodać – głównie centrolewicy – bezdomność, problemy mieszkaniowe, presja na usługi publiczne, nielegalna migracja, problemy z integracją, rosnące koszty życia, i coraz większe poczucie części mieszkańców, że państwo przestaje odpowiadać przede wszystkim za nich. Pomyślmy więc: Czy te zjawiska powstały same? Czy wywołali je Europejczycy?
Nie chodzi o to, aby każdego migranta traktować jak zagrożenie, to byłaby głupota, bo rzecz idzie o coś znacznie prostszego. Państwo musi przede wszystkim odpowiadać przed własnymi obywatelami. Natomiast Europa musi wreszcie odpowiedzieć na pytanie, czy chce być wspólnotą narodów, czy projektem politycznym, w którym coraz mniej miejsca pozostaje dla nich samych.
Przecież kiedy Polacy opowiadali się w referendum za wejściem do Unii Europejskiej, nie głosowali za likwidacją Polski. Nie głosowali za odebraniem sobie prawa do decydowania o własnym państwie. Nie głosowali za tym, żeby ktoś w Brukseli mówił im, jak mają ogrzewać dom, czym mają jeździć, ile mogą produkować i jakie regulacje mają przyjmować. Głosowaliśmy za Europą! Właśnie dlatego warto dziś zadać kolejne pytanie, czy obecna Unia Europejska nadal jest tą Europą, do której chcieliśmy wejść?
Rok 2027 może być punktem zwrotnym
Zajmijmy się więc 2027 rokiem, który zbliża się wielkimi krokami i może być bardzo ważny dla nas wszystkich, bo dla Europejczyków, dla Polaków, dla tych, którzy nadal wierzą w Unię Europejską, ale też dla tych, którzy chcą ją reformować i dla tych wszystkich, którzy uważają, że obecny model integracji poszedł zdecydowanie za daleko. Jeżeli wciąż jesteście ludźmi, którzy chcą prawdziwej wolności dla zwykłego człowieka, jeżeli chcecie, żeby władza rzeczywiście liczyła się z obywatelami, niezależnie od Waszych wewnętrznych przekonań politycznych, być może przyszedł czas, żeby powiedzieć: STOP.
Jednak to słowo nie oznacza, że chcemy zniszczyć Europę, chcemy zlikwidować wszystko, co w niej stworzono i odrzucić współpracę. To jedno słowo to po prostu: STOP dalszemu odbieraniu obywatelom wpływu na ich własne życie.
Mówię to jako człowiek, który sam przeszedł pewną polityczną drogę. To może być trudne do przyjęcia dla osób o centrowych i lewicowych przekonaniach, ale pamiętajcie: mówi to człowiek, który był lewakiem. Człowiek, który przez lata był również zwolennikiem Unii Europejskiej i popierał wiele działań Brukseli. W tej swoistej deklaracji ważne jest, że nie zmieniłem poglądów dlatego, że ktoś kazał albo zapłacił mi, bym został konserwatystą.
Zmieniłem moje zdanie dlatego, że zacząłem widzieć coraz większą różnicę między tym, co obiecywano Europejczykom, a tym, co faktycznie otrzymali, co my otrzymaliśmy.
Czy władza boi się wyborów?
Dzisiaj europejska wojna polityczna już się toczy, chociaż nie jest to wojna karabinów, to wojna o głosy, o media, o narrację, o instytucje, o wpływy, o zachowanie możliwości rządzenia, a przede wszystkim o odpowiedzialność za wcześniejsze decyzje. Jeżeli nastąpi polityczna zmiana i konserwatyści rzeczywiście zaczną przejmować władzę w kolejnych państwach, mogą rozpocząć się audyty, śledztwa i rozliczenia decyzji poprzednich ekip. I bardzo dobrze. Jednak ponownie zaznaczę, że nie powinno to oznaczać dla politycznych przeciwników – automatycznego wsadzania do więzień. Demokracja nie może działać na zasadzie: „my wygrywamy, więc wy idziecie za kraty”.
Jeżeli jednak ktoś rzeczywiście popełnił przestępstwo, powinien odpowiadać przed sądem. Niezależnie od tego, czy nosił garnitur ministra, czy roboczą kurtkę. Niezależnie też od tego, czy siedział w parlamencie w Brukseli, Paryżu, Berlinie czy Warszawie. Im wyższa funkcja, tym większa odpowiedzialność. Właśnie dlatego rozliczenia powinny odbywać się w sądach, a nie na ulicach.
To bardzo ważne rozróżnienie, bo jeżeli konserwatywna zmiana ma coś Europie przynieść, nie może być kolejną rewolucją, która tylko zamieni jedną ideologiczną władzę na drugą. Ma przywrócić zasadę, że prawo jest ponad politykiem.
Zielony Ład, gospodarka i rachunek, który ktoś musi zapłacić
Jednym z największych pól konfliktu będzie gospodarka, ponieważ Europejczycy płacą coraz więcej, za energię, za mieszkania, transport, żywność i usługi. Tymczasem europejskie przedsiębiorstwa mają konkurować z gospodarkami, które często nie ponoszą porównywalnych kosztów regulacyjnych. Wprowadzono Zielony Ład, kolejne mechanizmy klimatyczne i regulacje, które miały uczynić Europę bardziej „zieloną” i odporną na wstrząsy energetyczne. Tylko że między szlachetnym hasłem a rachunkiem za jego realizację istnieje ogromna różnica.
Kto za to płaci? Bo ostatecznie zawsze ktoś płaci i jeżeli płaci przedsiębiorstwo, podnosi ceny. Jeżeli to podnosi ceny, płaci konsument. Jeżeli natomiast firma nie wytrzymuje presji kosztów, zwalnia ludzi albo przenosi produkcję. A kiedy produkcja znika z Europy, możemy sobie pogratulować, że nasze statystyki emisji wyglądają pięknie, podczas gdy produkty, które my kupujemy powstają gdzie indziej, więc kto nie zarabia? Europa!
To powinien wiedzieć każdy, że to, co dzieje się na naszym jeszcze kontynencie, nie jest już polityką gospodarczą. Bardziej teraz wygląda na zwyczajną politykę księgową, bo przenosimy problem emisji CO2 za granicę i ogłaszamy sukces.
Jeżeli jedna kostka domina się przewróci
Dlatego uważam, że jeżeli zniknie choćby jeden element obecnej politycznej układanki, cała ta misternie budowana przez lata konstrukcja, może zacząć się rozpadać. Nie dlatego, że Europa jest słaba, a właśnie dlatego, że Europa jest zmęczona. Ona jest męczona rosnącymi kosztami, tymi wszystkimi regulacjami, polityczną poprawnością, a nawet poczuciem, że o coraz większej liczbie rzeczy nie można już nawet normalnie rozmawiać. Zmęczona jest także politykami, którzy zamiast odpowiadać na pytania, zaczynają pouczać obywateli.
I dlatego tak ważne będą przyszłoroczne wybory, choć nie tylko w Polsce.
Francja, Włochy, Niemcy – tam może rozstrzygnąć się europejska przyszłość
Polska oczywiście jest dla nas najważniejsza, ale nie będzie wyznacznikiem dla całej Europy, o to akurat zadbał nasz obecny rząd. Znacznie większe znaczenie mogą mieć Francja, Włochy, Hiszpania czy Niemcy. Zmiana kierunku politycznego w tych państwach może doprowadzić do przebudowy całych europejskich struktur. Nie trzeba nawet, żeby wszystkie nagle skręciły zbyt daleko w prawo i wystarczy, że dwie największe stolice powiedzą Brukseli: ani kroku dalej.
Wtedy rozpocznie się prawdziwa dyskusja o przyszłości Unii Europejskiej, a pierwsze sygnały politycznej zmiany można już dostrzec w różnych częściach Europy. Wyniki kolejnych wyborów pokazują, że partie dotychczas spychane na margines zdobywają coraz większą część elektoratu. Przykładem może być choćby AfD, której zwolennikiem nie jestem i nie mam potrzeby udawać, że jest inaczej. Jednak polityka nie polega na tym, żeby zauważać wyłącznie tych, których lubimy.
AfD może być dla europejskich elit papierkiem lakmusowym, choć nie dlatego, że ma rację we wszystkim, nawet nie dlatego, że należy jej kibicować. Powód jest inny, czyli jej rosnące poparcie pokazuje skalę społecznego niezadowolenia. A jeżeli politycy nie chcą słuchać umiarkowanych głosów społecznego sprzeciwu, nie powinni być później zaskoczeni, kiedy społeczeństwo zaczyna wybierać głosy znacznie bardziej radykalne.
Historia zna ten mechanizm i zna go bardzo dobrze. Przypomnijmy sobie, jak do władzy doszedł np. Hitler. To jest właśnie ten mechanizm, a właśnie w Niemczech się powtarza. Oczywiście nie mówię, że ponownie pojawią się na ulicach Berlina brunatne koszule, co nie zmienia faktu, że mechanizm jest taki sam.
Polska nie potrzebuje powrotu do przeszłości
Na koniec wróćmy na nasze podwórko. Polska i 2027 rok. Czy będzie to bratobójcza batalia o przyszłość kraju? Poniekąd tak, ale będzie to również bardzo ważny moment dla nas wszystkich. I też, nie dlatego, że jakieś ugrupowanie może wrócić z politycznej banicji. Będzie ważny dlatego, że zdecydujemy, jaką Polskę chcemy mieć za kilka lat – i jaką Polskę zostawimy naszym dzieciom.
A zanim ktoś powie, że jestem starym pisowcem, odpowiem od razu: Nic bardziej mylnego. PiS już był, bardziej lub mniej udolnie rządził, miał swoją szansę. Zrobił wiele rzeczy, które oceniam źle. Popełnił błędy. W wielu sprawach zawiódł. W kwestiach europejskich również niejednokrotnie rozmijał się z prawdą albo przedstawiał rzeczywistość w sposób, który miał niewiele wspólnego z uczciwą debatą ze społeczeństwem. Dlatego nie czekam na wielki powrót starych twarzy, jest wręcz przeciwnie.
Marzy mi się odrodzona i odbudowana scena polityczna w Polsce, bez tych samych styranych kłamstwem twarzy, bez politycznych emerytów udających młodość i rozsądek. Bez ludzi, którzy nauczyli się przede wszystkim wygrywać wybory, ale zapomnieli, po co właściwie istnieje państwo.
Chcę sprawnych posłów. Chcę sprawnych senatorów. Chcę sprawnego premiera. Chcę sprawnego gabinetu. Chcę ludzi, którzy rozumieją gospodarkę, prawo, wojsko, energetykę i świat, w którym żyjemy. Ale przede wszystkim chcę ludzi, którzy pamiętają, komu służą.
Nie Brukseli. Nie Berlinowi. Nie Paryżowi. Nie własnej partii. Nie własnemu kontu bankowemu. Tylko Polsce i jej obywatelom!
To jeszcze nie jest koniec
Nie wiem, czy 2027 rok zmieni Europę, bo nikt tego dzisiaj nie wie, ale odnoszę wrażenie, że Europa znajduje się w momencie, w którym nie może już bez końca udawać, że wszystko jest w porządku. Już nie jest, bo mamy problemy gospodarcze, demograficzne, kryzys mieszkaniowy, migracyjny, mamy rosnące koszty energii, coraz większe napięcia społeczne, kryzys zaufania do polityków. Mamy także coraz większą grupę obywateli, która nie chce już słuchać, że wszystko jest winą „populistów”, „ruskich trolli”, „skrajnej prawicy” albo „nieoświeconego społeczeństwa”.
Być może problem jest znacznie prostszy, ale wcześniej zauważcie jedno, ta wyliczanka problemów, pojawiła się tuż po pandemii, politycy ją naprawiają, a ja piszę o niej od czterech już ponad lat.
Jednak na szczęście, ludzie zaczęli widzieć, że król nie ma ubrania. Dlatego przyszły rok może być przełomowy, choć nie oczekuję końca Europy, nie chcę końca europejskiej współpracy, nie chcę wojny między narodami. Chcę natomiast Europy, która przypomni sobie, czym była, więc kontynentem wielu narodów, wielu języków, wielu europejskich kultur i wielu tradycji. Kontynentem, który potrafił się różnić, a mimo to współpracować.
Chcę Europy, która nie będzie się wstydzić własnej historii, która nie będzie uważała, że tradycja jest chorobą, narodowość przeszkodą, rodzina przeżytkiem, a przedsiębiorca podejrzanym tylko dlatego, że chce zarabiać.
Chcę Europy bogatej, silnej, bezpiecznej i dumnej ze swojego dziedzictwa i chcę Polski, która będzie jej częścią, ale Polski, która będzie Polską. Tak sobie chwilami myślę, że Europa bez narodów stanie się tylko źle zarządzanym projektem administracyjnym. A przecież naród bez własnego państwa stanie się wspomnieniem.
Dlatego 2027 rok może być czymś więcej niż kolejnym rokiem wyborczym. Może być pytaniem, bardzo prostym pytaniem. Czy chcemy jeszcze decydować o własnym losie?
Jeżeli odpowiedź brzmi „tak”, to najwyższy czas przestać patrzeć na politykę jak na widowisko, bo to nie jest teatr. To nasze pieniądze, nasze mieszkania, nasze miejsca pracy, nasze bezpieczeństwo, nasze dzieci, nasza historia i nasza przyszłość.
A ta, wbrew temu, co od lat próbują nam wmówić politycy, nie jest własnością żadnej partii. Przyszłość należy do obywateli. Właśnie o tę przyszłość w 2027 roku może rozpocząć się najważniejsza europejska bitwa od dziesięcioleci.
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI
