Pokolenie Z w czasach realnego komunizmu w Polsce
Wyobraźmy sobie, że algorytm historii robi aktualizację systemu i generacja Z budzi się nie w apartamencie lub lofcie, lecz w M-3 na siódmym piętrze wielkiej płyty. Na klatce pachnie kapustą i papierosami marki „Klubowe”. Winda nie działa od 1979 roku, ale za to ktoś przykleił ogłoszenie: „Oddam pralkę Franię, stan dobry, do odbioru własnego”. I to jest dopiero początek tutorialu.
Jest rok 1983. Kartki na mięso, cukier, benzynę, w sklepie spożywczym półki jak minimalistyczna instalacja artystyczna, czyli bez problemu kupić można ocet, musztardę i konserwę „turystyczną”, a kiedy „rzucają” papier toaletowy, wieść rozchodzi się szybciej niż dzisiaj viral na TikToku. Tyle że zamiast serduszek, podniesionych w górę kciuków, są łokcie w żebrach, a zamiast komentarzy – lista społeczna. Stoisz. Czekasz. Nie wiesz, czy wystarczy. To nie metafora, to ówczesna codzienność.
Internet? Abstrakcja. Telefon? Stacjonarny, jeden na kilka mieszkań, a czasem na całą klatkę i żeby zadzwonić z „budki”, trzeba mieć żeton, a także cierpliwość. Żeby załatwić sprawę, trzeba kogoś znać, bo PRL był krajem, w którym „znajomości” były walutą twardszą niż złotówka. Nie miałeś kontaktów? Miałeś problem.
Na mieszkanie czekało się latami, a czasami nawet zdobywało poświęconym czasem, więc dekadą oczekiwania w spółdzielni. Samochód? Marzenie na talon. Malucha produkowała Fabryka Samochodów Małolitrażowych i był jak dzisiejszy elektryk z dopłatą, czyli obiektem westchnień i zazdrości. A kiedy już stał pod blokiem, pół osiedla wiedziało, kto go ma i za ile „załatwił”, bo przesunięcie się o kilka miejsc w kolejce często oznaczało łapówkę. Telewizja? Dwa programy i najczęściej śnieg na ekranie, choć to było niekiedy ciekawsze niż ramówka. W grudniu 1981 roku pojawia się Wojciech Jaruzelski i ogłasza stan wojenny. Godzina milicyjna. Czołgi na ulicach. Telefony odcięte. Nagle nawet te dwa programy przestają być oczywiste. Wolność słowa? Zostaje w szufladzie cenzora i w domowym zaciszu.
A teraz przenieśmy w to wszystko generację, która żyje w rytmie powiadomień.
Pierwszy tydzień to szok kulturowy. Brak Google’a oznacza brak natychmiastowej odpowiedzi. Trzeba iść do biblioteki, wypożyczyć książkę lub encyklopedię, a i zdarzało się, że trzeba było zamówić, bo w bibliotece też były kolejki, więc się czeka i oddaje w terminie. Zero „scrollowania”, za to dużo przewracania kartek. Miało to jednak dobre strony, samo czytanie książek, bo wówczas rośnie koncentracja, a cisza nie jest błędem systemu, tylko tłem.
Drugi tydzień to pojawiająca się frustracja. Nie ma wyboru. Jest to, co jest. Jedna marka proszku do prania. Jedne dżinsy, jeśli w ogóle są. Moda? Kreatywność z tego, co uda się zdobyć. Przeróbki, szycie, kombinowanie. Dzisiejsza estetyka „vintage”, wtedy była zwykłą koniecznością.
Trzeci tydzień, czyli adaptacja. Tu zaczyna robić się ciekawie, bo generacja Z jest szybka, sieciowa, kolektywna, a w PRL-u też wszystko działało sieciowo – tylko offline. Informacja rozchodziła się pocztą pantoflową, że „w Pewexie mają kawę”, że „na bazarze jest mięso spod lady” i to był analogowy X, tylko z realnym ryzykiem.
Władza próbowała kontrolować narrację, ale pod powierzchnią wrzało. Drugi obieg, bibuła, kasety magnetofonowe z zakazaną muzyką. Młodzi ludzie drukowali ulotki, słuchali zachodniego radia, organizowali niezależne koncerty, a gdy rodzi się pod przewodnictwem Lecha Wałęsy Solidarność, to nie jest tylko związek zawodowy. To jest energia społeczna. Bunt. Nadzieja. I tu dochodzimy do sedna. Czy obecny styl życia pozwoliłby tym młodym konsumpcjonistom przetrwać? Nie, w formie, którą pamięta pokolenie bommerów, czyli moje, z całą pewnością skończyłoby się to załamaniem psychicznym, a wówczas nie można było iść na sesję do psychologa i zapić tego matchą.
Komfort rozleniwia, natychmiastowość rozbraja cierpliwość, ale młodość ma jedną cechę, która nie starzeje się nigdy: zdolność do buntu i adaptacji.
Bez aplikacji do zamawiania jedzenia nauczyliby się gotować z tego, co jest. Bez smartfonów – wróciliby do spotkań twarzą w twarz. Bez streamingu – tworzyliby własną kulturę. Człowiek jest wówczas bardziej „open source”, niż mu się wydaje. System może ograniczać, ale kreatywność przecieka przez beton.
Nie romantyzuję tu jednak czasów niedoboru, bo brak papieru toaletowego to nie metafora duchowej ascezy, a zwykły brak papieru. Brak wolności to nie klimat retro, bo był to wówczas realny ciężar. Generacja Z przyzwyczajona do mówienia wprost, szybko weszłaby w konflikt z systemem, który nie znosił jawności i może właśnie dlatego część z nich odnalazłaby się w opozycji szybciej niż w kolejce po schab.
Prawda jest prosta: przetrwanie nie zależy od modelu telefonu, tylko od kręgosłupa. PRL uczył cierpliwości, sprytu i wspólnoty, natomiast ten dzisiejszy świat uczy elastyczności, technologii i globalnego myślenia. Jedno i drugie to zestaw narzędzi, ale gdy półki świecą pustkami, czy to w sklepie mięsnym 1984 roku, czy w magazynie logistycznym z 2026 – liczy się to samo: umiejętność dostosowania i trzymania razem.
I niezależnie od tego, co myślimy o młodszych pokoleniach, to człowiek, wbrew wszystkiemu nawet ten z pokolenia Z ma zadziwiającą zdolność aktualizowania własnego systemu operacyjnego bez dostępu do Wi-Fi. Ale trzeba ich postawić przed faktem dokonanym, bo dobrowolnie tego nie zrobią. Tak całkiem na marginesie, po co mieliby to robić? Wtedy byłoby to cofaniem postępu, co nie ma żadnego sensu, więc niech żyją po swojemu, choć czasami, mogliby spojrzeć na to, jak żyli ich starzejący się rodzice i dziadkowie.
Bogdan Feręc
Fot. CC BY 4.0 Dupont66
