Pociąg do wyłudzeń, czyli jak Irish Rail robi mnie na dystans (i to dosłownie!)
Kolejarze to oszuści. Mówię to z pełną odpowiedzialnością człowieka, który spędził w pociągach na Zielonej Wyspie wystarczająco dużo godzin, by zyskać status niemal etatowego mebla w wagonie drugiej klasy. Jeśli myślicie, że irlandzka kolej, a znana dumnej lokalnej społeczności jako Iarnród Éireann, służy do przewożenia ludzi z punktu A do punktu B w przewidywalnym czasie, to jesteście w głębokim błędzie. Służy ona głównie do trenowania cierpliwości, przeprowadzania eksperymentów socjologicznych oraz, jak się niebawem okaże, wyrafinowanego naciągania nieświadomych pasażerów na grube centy.
Jechałem ostatnio pociągiem, a jak wiadomo, Irish Rail rozkład jazdy potrafi traktować dość swobodnie. Wyobrażenie dyrekcji o terminowości jest elastyczne niczym świeża guma do żucia, więc będąc w połowie trasy pomiędzy Galway a Cork złapaliśmy opóźnienie 20 minut. Standard. Klasyka gatunku i tego kraju. Nie wynikało ono z niechęci do pracy przez maszynistę, przynajmniej tak utrzymywał, ogłaszając przez pokładowy system nagłośnienia. Natomiast sam głos z „megafonu” miał ten charakterystyczny, wyzbyty jakichkolwiek emocji ton człowieka, który codziennie obwieszcza katastrofę i zdążył się już do niej przyzwyczaić. Stwierdził był jednak, że przez chwilę musimy postać w szczerym polu, bo czekamy na inny pociąg, który mknie po tym samym torze.
Oczywiście sprawa poważna, bo jeden tor, dwa pociągi, więc mogłoby dojść do kolizji, a tego raczej nikt sobie nie życzy. Wszyscy na pokładzie wyrazili milczącą aprobatę dla faktu, że maszynista nie zamierza taranować nadjeżdżającego z przeciwka stalowego kolosa. Po około 30 minutach, gdy nadal staliśmy w tym samym szczerym polu, przez wagon przemknąć chciał chyłkiem człowiek od sprawdzania biletów, a zapatrzony był w dal składu, jakby szukał wzrokiem horyzontu zdarzeń. Szukał tam zapewne sensu własnej egzystencji, sensu istnienia irlandzkich kolei, a może chociażby śladu dymu z parowozu na horyzoncie. Po kolejnych pięciu minutach minęła nas zawalidroga, a my ruszyliśmy i koła zaczęły połykać kolejne kilometry.
Co jednak mnie zaskoczyło, owo połykanie nie było jakoś specjalnie napastliwe, więc może bardziej wlekliśmy się, niż miało to cechy wspólne ze sprawną jazdą. Wyglądało to raczej tak, jakby lokomotywa cierpiała na zadyszkę albo po prostu maszynista uznał, że widoki za oknem są zbyt urokliwe, by psuć je nadmierną prędkością. Warto tu zaznaczyć, że przez kolejne odcinki trasy przejechaliśmy sprawnie, nie było już nieplanowanych postojów, ale przed samym Cork, gdy miałem już prawie wysiadać z typowej czterogodzinnej podróży zrobiło się niemal pięć.
Przed końcem podróży moja cierpliwość uległa ostatecznemu wyczerpaniu. Zapytałem więc błąkającego się po pociągu „kanara”, dlaczego mamy całą godzinę opóźnienia. Ten zadumał się, wskazał ruchem głowy na okno wagonu i z miną filozofa stęknął, że przecież jest gorąco i szyny się rozciągają, więc i trasa jest dłuższa. Uśmiechał się, abym pojął jego dowcip, a następnie odszedł w siną, schłodzoną klimatyzacją dal wnętrza pociągu.
Mówisz, że się rozciągają, więc nie ze mną takie numery, czyli dałeś kolejowy człeku materiał do przemyśleń.
Wysiadłem na stacji, załatwiłem swoje sprawy i rozpocząłem podróż powrotną, bo wieczór się zbliżał. Gdy odjechaliśmy ze stacji, miałem czas, aby zastanowić się nad słowami kolejarza, a wówczas przyszło mi na myśl, że przecież pociągi powinny jeździć szybciej zimą, bo metal wtedy się kurczy i przybliża Galway do Dublina. Akurat tę trasę znam doskonale, bo co jakiś czas odwiedzam Studio 37 Radia Wnet, czyli materiał do badań mam pełny. Przemierzam tę żelazną ścieżkę z regularnością szwajcarskiego zegarka, choć z precyzją irlandzkiego pociągu. Ze stolicy zachodniego wybrzeża do miasta stołecznego, jak podaje przewoźnik, jest 208 kilometrów. Super, bo ta odległość jest właściwie niezmienna, o ile nie brać pod uwagę słów kolejarza żartownisia.
Ale zaraz, zaraz! Przeprowadźmy mały eksperyment myślowy. Skoro pan filozof w kolejowym mundurze rzucił tak światłym konceptem fizycznym, postanowiłem podejść do sprawy całkowicie naukowo. Przecież, a to sprawdziłem dokładnie, gdyż z pomocą przyszła mi niezwykle sztuczna inteligencja, skoro metal ma tę właściwość, że na chłodzie się kurczy, w okresie od grudnia do końca lutego, tory z Galway do Dublina są krótsze, czyli już tylko sam czas przejazdu powinien się zmienić. Tak się jednak nie dzieje i jeśli nie ma na trasie żadnego postoju, czas podróży jest dokładnie taki sam.
Zarząd Irish Rail najwyraźniej zakłada, że pasażerowie to bezmyślna masa, która po kupieniu biletu traci zdolność do analizy zjawisk termodynamicznych. Ale nie ze mną te numery!
Jest jeszcze jedna kwestia, bo skoro zimą tory są krótsze, dlaczego płacę za 208 kilometrów, a nie za sporo mniej? Dlaczego, u diabła, ma być tolerowana sytuacja, w której kupuję usługę na określoną długość trasy, a otrzymuję towar skurczony, wręcz wybrakowany i niezgodny z umową?!
Jak to policzyłem? Jest nawet wzór na kurczenie kolejowej szyny, więc ta wraz ze spadkiem temperatury o 1 stopień Celsjusza, skraca się 0,0012 mm na każdy metr. Fizyka nie kłamie! Fizyka nie bierze łapówek i nie spóźnia się na stację! Tym samym 1 kilometr torowiska skróci się o 36 centymetrów, jeżeli porównać temperaturę z dnia mojej podróży, a było wówczas 30 stopni Celsjusza, do tej zimowej, kiedy jest 1 stopień. Idąc dalej, zimą, każdy kilometr nie ma już 1000 metrów, a 999 metrów i 64 centymetry.
Zastosujmy więc działanie na liczbach i przemnóżmy standardowy dystans przez „stratę” długości: 208 x 36 cm = 7488 cm. Teraz zamieniamy centymetry na metry, tak dla wygody, a niektórzy może nawet pamiętają, że jeden metr to 100 cm. Tym samym 7488 : 100 = 74,88 metra.
Właśnie otrzymaliśmy wynik, czyli zimą, Dublin „przybliża” się do Galway o 74 metry i 88 centymetrów. Może inaczej, sam Dublin się nie przybliża, bo Irlandia to generalnie skała, a ta się raczej na zimnie nie kurczy, więc on zostaje na miejscu, ale skracają się tory.
No i proszę bardzo! Mamy to na papierze! Twarde dane, niepodważalne wyliczenia, matematyczny dowód na bezczelne krojenie z kasy pasażerów! Dlatego idąc tokiem rozumowania kolejarza, zapytuję dyrekcję Irish Rail, dlaczego mnie oszukujecie zimą i okradacie z pieniędzy za nieprzejechanie prawie 75 metrów?
To nie jest sprawa małej wagi. Czy gdybym przyszedł do sklepu i poprosił o metr parówek, a rzeźnik odciąłby mi 92 centymetry, twierdząc, że w sklepie jest chłodno i wędlina się skurczyła, to miałbym pokornie zapłacić pełną cenę i jeszcze mu podziękować? No nie! Podniósłbym raban na całe hrabstwo! A w Irish Rail taka praktyka to chleb powszedni!
Oczywiście zaraz mogę usłyszeć tłumaczenie, że jak przyjdzie mi fantazja pojechać pociągiem do Dublina latem, to droga się wydłuża, a za to Iarnród Éireann nie kasuje mnie więcej. Ale nie trzeba było wysyłać do sprawdzania biletów filozofa, to i ja bym się nie czepiał. Sam wywołał wilka z lasu! Sam otworzył tę „puszkę z Pandorą” kolejowej fizyki stosowanej!
Sprawa jest absolutnie ewidentna i nie zamierzam puścić jej płazem. Zróbmy więc podsumowanie moich zimowych podróży, bo moja wyrozumiałość ma swoje nieprzekraczalne granice. Oddajcie mi moje pieniądze za 450 metrów! Ostatniej zimy jeździłem w obie strony do Dublina 3 razy, więc… Bilet w jedną stronę kosztuje 17 € i sobie sami obliczcie ile przepłaciłem, a ja kasę chcę mieć na koncie. Nie przyjmuję voucherów, nie przyjmuję darmowej kawy z kolejowego wózka, ani uśmiechów kontrolerek biletów z silnym „tapirem” na głowie. Żądam przelewu na konto! I radzę dyrekcji Irish Rail pospieszyć się z przelewem, zanim przyjdzie kolejna zima, tory znów się skurczą, a moje roszczenia urosną do rozmiarów państwowego długu Irlandii!
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI
