Dobrowolne obnażanie, czyli o ekshibicjonizmie, który polubiliśmy
Jeszcze nie tak dawno ekshibicjonizm kojarzył się jednoznacznie, więc z naruszeniem granic, z czymś wstydliwym, niepokojącym, wręcz patologicznym. Było to zachowanie, które budziło sprzeciw, zażenowanie i pytanie, co musi dziać się w człowieku, że odczuwa przymus obnażania się przed innymi? Dziś to samo zjawisko nie tylko przestało szokować, ale zostało oswojone, ucywilizowane i elegancko opakowane w interfejs mediów społecznościowych. Zmieniła się forma, lecz istota pozostała ta sama, a to przemożna potrzeba pokazywania siebie światu.
Wystarczy kilka minut spędzonych na Facebooku, Instagramie czy TikToku, by zobaczyć współczesny katalog prywatności wystawionej na widok publiczny. Ktoś pokazuje śniadanie, ktoś nową kanapę, a ktoś nowy samochód, a ktoś inny relacjonuje trening, zakupy, wizytę u fryzjera, wyjazd na weekend, chorobę, kłótnię z partnerem, a nawet wizytę w szpitalu. Żyjemy w czasach, w których samo przeżywanie już nie wystarcza. Dzisiaj trzeba jeszcze przeżycie udokumentować, opublikować i poczekać na reakcję widowni. Nie także ma znaczenia, czy jest to talerz makaronu, nowy telefon, remont łazienki czy poranna kawa. Wszystko staje się treścią, wszystko nadaje się do pokazania, więc granica pomiędzy tym, co prywatne, a tym, co publiczne, została rozmyta niemal całkowicie. Zaraz, może nawet nie tyle rozmyta, ile dobrowolnie zatarta.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że ten proces przebiegł niemal bez oporu. Nie było wielkiej debaty o tym, gdzie kończy się naturalna potrzeba dzielenia się codziennością, a zaczyna kulturowe uzależnienie od bycia widzianym. Nie było momentu refleksji, w którym społeczeństwo powiedziałoby: „chwileczkę, może poszliśmy za daleko”. Wręcz przeciwnie, im więcej pokazujemy, tym bardziej jest to premiowane, bo algorytmy nagradzają widoczność, odbiorcy nagradzają odsłonięcie, a internet nagradza tych, którzy nie zostawiają niczego dla siebie.
W ten sposób stworzyliśmy świat, w którym prywatność stała się walutą. Im więcej odsłonimy, tym większa szansa na uwagę, natomiast sama uwaga stała się dziś jedną z najcenniejszych wartości. Dla wielu ludzi „być” oznacza „być zauważonym” i jeśli czegoś nie wrzuciłeś do sieci, niemal jakby to się nie wydarzyło. To z kolei prowadzi nas do zjawiska, które jeszcze niedawno nazwalibyśmy po imieniu, czyli do społecznego ekshibicjonizmu. Oczywiście nie chodzi o prosty moralizm w stylu: „kiedyś ludzie byli skromniejsi, a dziś są próżni”, bo każda epoka ma swoje narzędzia autoprezentacji. Dawniej rolę mediów społecznościowych pełniły salony, plotki, rodzinne albumy czy lokalne społeczności. Ludzie zawsze chcieli być dostrzegani i doceniani, ale różnica polega na skali, intensywności i bezwstydzie.
Nigdy wcześniej człowiek nie miał tak łatwego narzędzia do codziennego wystawiania własnego życia na pokaz. Dziś wystarczy telefon, kilka zdjęć i dostęp do internetu. Nigdy wcześniej nie było też tak wielkiej społecznej presji, by nieustannie opowiadać światu o sobie. Media społecznościowe stworzyły kulturę permanentnej ekspozycji. Nie pokazujemy już wyjątkowych chwil, my pokazujemy wszystko. Nie celebrujemy ważnych momentów, transmitujemy codzienność, a to nie jest już pamiętnik, lecz scena – nie rozmowa, lecz spektakl.
W tym spektaklu każdy odgrywa rolę, czyli jedni rolę ludzi sukcesu, inni rolę idealnych rodziców, jeszcze inni rolę wiecznie szczęśliwych podróżników, ekspertów od życia, domowych kucharzy albo perfekcyjnych partnerów. Media społecznościowe stały się tym samym teatrem autoprezentacji, w którym kulisy przestały istnieć. Problem jednak zaczyna się wtedy, gdy w tym publicznym widowisku przestajemy dostrzegać granice, zwłaszcza wtedy, gdy na scenę wciągamy tych, którzy nie mogą wyrazić zgody, a najbardziej widocznym przykładem są dzieci. Kilka lat temu przez media przetoczyła się fala kampanii społecznych przestrzegających rodziców przed publikowaniem zdjęć swoich dzieci. Mówiono o prywatności, bezpieczeństwie, cyfrowym śladzie, zagrożeniach ze strony przestępców czy zwykłej nieodpowiedzialności. Był moment, gdy wydawało się, że ten przekaz zadziałał. Rodzice zaczęli ograniczać publikacje, ostrożniej dobierali kadry, częściej zasłaniali twarze dzieci. Wydawało się, że rozsądek zwycięża, ale była to tylko chwilowa refleksja.
Dzisiaj znowu internet pełen jest zdjęć dzieci. Od pierwszego USG, przez poród, pierwszą kąpiel, pierwsze kroki, pierwszy dzień w przedszkolu, aż po codzienność dokumentowaną niemal bez przerwy. Rodzice publikują twarze swoich dzieci, ich emocje, sukcesy, porażki, choroby, a czasem nawet najbardziej intymne momenty życia rodzinnego. Robią to często bez złej woli, ponieważ kieruje nimi duma, radość, chęć podzielenia się szczęściem. Problem jednak w tym, że dobre intencje nie unieważniają złych skutków.
Dziecko nie jest trofeum do pokazania światu. Nie jest dodatkiem do internetowego wizerunku rodzica. Nie jest narzędziem budowania zasięgów ani walutą emocjonalną, a jednak coraz częściej właśnie tak jest traktowane. Rodzice, publikując kolejne zdjęcia, często nie zadają sobie prostego pytania: czy mam prawo budować cyfrową obecność drugiego człowieka bez jego zgody? Bo przecież to właśnie robią, tworzą publiczną historię życia dziecka, zanim ono samo nauczy się mówić.
To jest moralnie wątpliwe, nawet jeśli społecznie akceptowane.
Można oczywiście argumentować, że niewinne zdjęcie z rozpoczęcia roku szkolnego nie stanowi zagrożenia. Być może samo w sobie nie, ale problemem nie jest pojedyncze zdjęcie, a jest nawyk odsłaniania wszystkiego. Żyjemy w świecie, który nie jest bezpieczny. W internecie są ludzie chorzy, stwarzający zagrożenia, obsesyjni, są też przestępcy, którzy wykorzystują każdą pozostawioną informację. Są ludzie, którzy potrafią z pozornie niewinnych publikacji złożyć kompletny obraz życia dziecka – szkołę, miejsce zamieszkania, plan dnia, rodzinne zwyczaje.
I to nie jest paranoja, a element ostrożności, bo rodzic ma obowiązek chronić dziecko nie tylko fizycznie, ale także cyfrowo. Jeśli nie potrafi zachować tej ostrożności, bo potrzeba publikacji jest silniejsza od odpowiedzialności, to znaczy, że coś poszło nie tak. A poszło nie tak dużo wcześniej. Zanim zaczęliśmy publikować dzieci, nauczyliśmy się publikować samych siebie. Nauczyliśmy się uzależniać poczucie wartości od reakcji innych. Nauczyliśmy się mierzyć znaczenie wydarzeń liczbą polubień. Nauczyliśmy się żyć tak, by dało się to pokazać.
To właśnie jest istota cyfrowego ekshibicjonizmu – życie podporządkowane ekspozycji. Nie chodzi już tylko o komunikację, ale o nieustanne wystawianie siebie na ocenę. Każdy post jest zaproszeniem do osądu. Każde zdjęcie jest prośbą o potwierdzenie: „zobaczcie mnie”, „docencie mnie”, „potwierdźcie, że moje życie ma znaczenie”. Brzmi brutalnie, ale często właśnie tak to działa. Najbardziej przewrotne jest to, że wielu ludzi uważa to za naturalne. Uznaliśmy za normalne, że obcy ludzie wiedzą, co jemy, gdzie śpimy, z kim jesteśmy, dokąd jedziemy i jak wygląda nasze dziecko. To, co jeszcze niedawno byłoby uznane za przesadę, dziś uchodzi za codzienność.
W dodatku ten proces sam się napędza. Im więcej pokazują inni, tym większa presja, by również coś pokazać. Powstaje zbiorowa spirala odsłaniania, bo prywatność zaczyna wyglądać podejrzanie. Kto nie publikuje, ten jakby znikał, choć przecież człowiek ma prawo do niewidocznego życia. Ma prawo do chwili, której nie fotografuje. Do sukcesu, którego nie ogłasza. Do szczęścia, którego nie monetyzuje społecznie. Ma prawo do prywatności nie dlatego, że coś ukrywa, lecz dlatego, że intymność jest częścią godności.
Tymczasem dziś wielu ludzi dobrowolnie rezygnuje z tej godności w zamian za chwilową uwagę.
To nie jest tylko problem estetyczny, a bardziej cywilizacyjny i społeczeństwo, które nie rozumie wartości prywatności, staje się społeczeństwem powierzchownym. Zaczyna bardziej cenić obraz niż treść, ekspozycję niż przeżycie, reakcję niż refleksję. W takim świecie dzieci od początku uczą się, że życie jest przedstawieniem, że każda chwila może być materiałem do publikacji, że wartość przeżyć mierzy się reakcją widzów.
To bardzo groźna lekcja, bo jeśli wszystko jest na pokaz, to nic nie jest naprawdę nasze.
Nie twierdzę, że rozwiązaniem jest całkowite odrzucenie mediów społecznościowych. Problem nie leży w narzędziu, ale w skali i bezrefleksyjności jego użycia. Można korzystać z internetu rozsądnie. Można dzielić się fragmentami życia, nie wystawiając całego życia na widok publiczny. Można zachować granice, tyle że granice wymagają świadomości. Ta natomiast wymaga odwagi, by powiedzieć sobie, iż nie wszystko musi być pokazane. Nie każda chwila wymaga publiczności. Nie każda emocja potrzebuje widowni. Nie każda radość potrzebuje aprobaty.
W czasach, w których wszyscy krzyczą „patrzcie!”, największym aktem dojrzałości może być zachowanie czegoś dla siebie. To właśnie dziś jest prawdziwą wolnością, bo wolnym nie jest ten, kto może wszystko pokazać. Wolny jest ten, kto nie musi.
I może właśnie od tego powinniśmy zacząć odzyskiwanie zdrowego rozsądku, na początku od przypomnienia sobie, że prywatność nie jest ciężarem, ale wartością. Że granice nie są ograniczeniem, ale ochroną. Że nie wszystko, co można opublikować, warto publikować. Jeśli tego nie zrozumiemy, będziemy coraz bardziej obnażeni, choć nie fizycznie, lecz mentalnie. Będziemy oddawać innym kolejne kawałki własnej prywatności, własnej intymności, własnej autonomii, aż w końcu nie zostanie nic, co byłoby naprawdę nasze. A wtedy okaże się, że w pogoni za widzialnością utraciliśmy coś znacznie cenniejszego, czyli zdolność bycia sobą bez publiczności.
Bogdan Feręc
Photo by Thought Catalog on Unsplash
