Micheál Martin – Przebudzenie
Są polityczne przemówienia, które pachną odwagą, ale są też takie, które pachną desperacją. Wystąpienie Micheála Martina podczas jubileuszowego Ard Fheis Fianna Fáil należało zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Premier Irlandii odkrył nagle, że mieszkania są za drogie. Naprawdę, szef gabinetu to właśnie powiedział, a zrobił to po latach eksplodujących czynszów, rekordowej bezdomności, po ucieczce z kraju setek młodych ludzi i rodzin gnieżdżących się w dziecięcych pokojach u rodziców. Trudno to mówić bez choćby elementu drwiny w głosie, ale premier doznał politycznego objawienia, niczym człowiek, który budzi się w płonącym domu i triumfalnie oznajmia, że temperatura faktycznie zrobiła się nieco niepokojąca.
Martin powiedział, że „dla wielu koszty są nadal zbyt wysokie”. „Nadal”, to słowo jest tu majstersztykiem politycznej bezczelności, jakby kryzys mieszkaniowy był drobną niedogodnością pogodową, która przeciągnęła się o kilka tygodni. Tymczasem w rzeczywistości Irlandczycy od lat żyją w kraju, gdzie własny dach nad głową stał się luksusem przypominającym wygraną na loterii. Dublin dawno przestał być europejską stolicą możliwości, a zaczął przypominać ekskluzywny klub dla tych, którzy odziedziczyli majątek albo pracują w Big Techu za sześciocyfrowe pensje.
Premier chwali się natomiast, że od 2020 roku wybudowano 177 tysięcy mieszkań. Problem polega na tym, że zwykli ludzie nie żyją w zestawieniach rządu. Żyją w rzeczywistości, gdzie cena najmu pokoju potrafi pożreć połowę pensji, a młode małżeństwa oglądają domy tak, jak dzieci oglądają wystawy sklepów z zabawkami przed świętami, wiedząc, że i tak ich nie będzie stać.
Oczywiście pojawił się też obowiązkowy polityczny unik. Premier wspomniał o rosnącej populacji i migracji, sugerując, że to dodatkowe obciążenie dla systemu mieszkaniowego. Tyle że to wygodna półprawda. Kryzys nie zaczął się dlatego, że nagle ktoś odkrył Irlandię na mapie świata, on rozpoczął się wtedy, gdy kolejne rządy, również te prowadzone przez Fianna Fáil, traktowały mieszkalnictwo jak produkt inwestycyjny, a nie podstawowe prawo obywatela. Przez lata pozwalano funduszom inwestycyjnym skupować nieruchomości hurtowo, pompowano ceny i sprzedawano społeczeństwu bajkę, że „rynek sam to ureguluje”. Uregulował i to tak skutecznie, że tysiące ludzi pracujących na pełen etat nie może dziś pozwolić sobie na normalne życie.
Martin próbuje teraz grać rolę człowieka zatroskanego, mówi o budowie 10 tysięcy mieszkań socjalnych rocznie. Brzmi to imponująco, dopóki człowiek nie przypomni sobie, że ten pożar trwa od dawna, a rząd dopiero teraz szuka wiadra z wodą. To trochę tak, jakby kapitan Titanica po uderzeniu w górę lodową wygłosił przemowę o konieczności poprawy jakości szalup ratunkowych.
W tle całego Ard Fheis (kongres ugrupowania) unosiło się zresztą coś więcej niż tylko kryzys mieszkaniowy. Unosił się strach partii, która widzi spadające poparcie, fatalne sondaże przed wyborami uzupełniającymi i rosnącą frustrację społeczną. Dlatego nagle wszyscy mówią językiem „zwykłych ludzi”. Minister edukacji obiecuje niższe opłaty studenckie. Inni ministrowie zapewniają o wsparciu rodzin, osobach z niepełnosprawnościami i pracujących obywatelach. Polityczny festiwal troski ruszył pełną parą, choć szkoda tylko, że przez lata ten sam establishment był głuchy na alarmy społeczne.
Najbardziej ironiczne jest jednak to, że Micheál Martin przedstawia dziś siebie niemal jako reformatora systemu, który sam współtworzył. To polityczny recykling w najczystszej formie, bo najpierw można ignorować problem przez lata, potem stanąć przed kamerami i ogłosić, że sytuacja wymaga pilnych działań. Jakby premier odkrył własny kraj dopiero po przebudzeniu z bardzo długiego snu.
Irlandczycy, ale też inni mieszkańcy wyspy słyszeli już wiele przemówień o „wyzwaniach”, „presji” i „potrzebie działania”. Problem w tym, że rachunków nie płaci się przemówieniami, a bezdomności nie rozwiązuje jubileuszowe partyjne samozadowolenie. Ludzie nie potrzebują kolejnego politycznego przebudzenia, oni potrzebują mieszkań. Teraz, nie za dekadę.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Fot. Kadr z nagrania RTE
