Kiedy lewactwo ujada, czyli elementarna wiedza jest towarem deficytowym
„Jak komuchy ujadają, to znaczy, że mają strach u dupy”. Tak mawiała moja babcia, kiedy jeszcze komuniści mieli się całkiem dobrze, a ich polityczni następcy nie zdążyli jeszcze wymyślić sobie nowych nazw. Nie było też kolorowych sztandarów i kolejnych teorii o tym, jak urządzić świat, najlepiej oczywiście bez pytania o zdanie tych, którzy mieliby w nim żyć.
Czasy się zmieniły. Komuchów szlag trafił, ale zastąpiło ich lewactwo, choć niektóre przyzwyczajenia pozostały zadziwiająco trwałe. Nadal jest przekonanie o własnej nieomylności, nadal jest potrzeba pouczania wszystkich dookoła, nadal jest alergia na odmienne zdanie i nadal występuje ta sama przypadłość, że im mniej wiedzy, tym więcej pewności siebie. Można by nawet powiedzieć, że współczesna polityczna odmiana tej przypadłości doczekała się własnej specjalizacji. Jest nią publiczne wypowiadanie się na tematy, o których nie ma się zielonego pojęcia.
Oczywiście, żyjemy w demokracji, więc każdy może mieć poglądy, jakie mu się podobają. Każdy może być zwolennikiem Unii Europejskiej, jej przeciwnikiem, entuzjastą kolejnych dyrektyw, bo i tak ich nie rozumie, a może być nawet człowiekiem, który na sam widok unijnej flagi dostaje politycznej wysypki. Wolność słowa obejmuje również ludzi, z którymi się nie zgadzamy. Problem zaczyna się jednak wtedy, kiedy ktoś próbuje zastąpić argumenty wyzwiskami, a własną niewiedzę przedstawia jako polityczną mądrość.
Ostatnio, kolejny raz natknąłem się na komentarze, w których części europosłów zarzuca się, że skoro są przeciwnikami Unii Europejskiej, to dlaczego w ogóle zasiadają w Parlamencie Europejskim? Przyznam, że za każdym razem, kiedy czytam takie pytanie, mam ochotę zapytać jego autora, czy przypadkiem nie pomylił demokracji z klubem wzajemnej adoracji. Spróbuję to jednak wyjaśnić łopatologicznie, żeby nie było później pretensji, że ktoś nie zrozumiał.
Wiecie dlaczego komunistyczne rządy w Polsce utrzymywały się tak długo? Jednym z najważniejszych powodów było to, że Polska Zjednoczona Partia Robotnicza kontrolowała system polityczny i nie dopuszczała do rzeczywistej rywalizacji politycznej. Sejm Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej nie był miejscem, w którym władza musiała codziennie mierzyć się z silną, niezależną opozycją. Był przede wszystkim instytucją legitymizującą system, który sam sobie wyznaczał granice dopuszczalnej krytyki.
I teraz uwaga, bo dochodzimy do rzeczy, która najwyraźniej przerasta niektórych internetowych ekspertów od demokracji.
Jeżeli ktoś uważa, że Unia Europejska wymaga zmian, że jej instytucje przekraczają swoje kompetencje, że centralizacja władzy poszła za daleko, albo że określone decyzje Komisji Europejskiej są szkodliwe, to właśnie dlatego powinien mieć możliwość reprezentowania takich poglądów w Parlamencie Europejskim. Przeciwnicy obecnego kierunku integracji nie mają przecież obowiązku siedzieć w domu i pisać listów do świętego Mikołaja. Mają za to prawo startować w wyborach, zdobywać mandaty i korzystać z demokratycznych instrumentów kontroli władzy.
Bo, co właściwie proponują internetowi obrońcy europejskiej demokracji? Żeby w Parlamencie Europejskim zasiadali wyłącznie ludzie zachwyceni jego działalnością? Żeby wszyscy zgodnie klaskali, kiedy Ursula von der Leyen przedstawia kolejną zieloną wizję europejskiej przyszłości? Żeby nikt nie zadawał niewygodnych pytań, nie podważał decyzji i nie przypominał, że instytucje europejskie również podlegają krytyce? Przecież to byłaby demokracja w wydaniu, które znamy z podręczników historii. Tyle że zamiast portretów partyjnych przywódców mielibyśmy flagi z gwiazdkami, a zamiast jedynie słusznej linii partii – jedynie słuszny europejski kierunek.
Nie wiem, czy autorzy takich komentarzy zdają sobie sprawę, jak bardzo kompromitują własne rozumienie demokracji, a nawet własnych przedstawicieli w PE. Można być zwolennikiem Unii Europejskiej i jednocześnie uznawać prawo do jej krytykowania. Można popierać integrację europejską, ale sprzeciwiać się jej nadmiernej centralizacji. Można uważać, że współpraca państw jest potrzebna, a nie zgadzać się z konkretnymi decyzjami unijnych urzędników. To naprawdę nie wymaga doktoratu z politologii. Wystarczy odrobina rozsądku.
Druga sprawa jest jeszcze ciekawsza. Otóż niektórzy z tych samych komentatorów zarzucają europosłom, że nie dość, iż krytykują Unię Europejską, to jeszcze biorą za to pieniądze. I tutaj zaczyna się prawdziwy festiwal intelektualnych mokrych kapiszonów. Czyta człowiek, przeciera oczy i zastanawia się, czy przypadkiem nie trafił na zbiorową debatę absolwentów szkoły politycznego niedouczenia.
Przykro mi, ale zanim publicznie wypisze się podobne rewelacje (czytaj: bzdury), warto czasami zajrzeć do dokumentów. Nie trzeba nawet daleko szukać. Wystarczy sięgnąć po Decyzję Parlamentu Europejskiego nr 2005/684/WE, Euratom z 28 września 2005 roku, przyjmującą Statut Posłów do Parlamentu Europejskiego.
W Artykule 9 ustęp 1 zapisano jednoznacznie:
„Posłowie mają prawo do odpowiedniego wynagrodzenia, które zapewnia ich niezależność”.
I proszę bardzo. Dokument dostępny, przepis istnieje, a jego treść nie wymaga interpretacji dokonywanej przez specjalistę od politycznych emocji. Wynagrodzenie europosła nie jest nagrodą za miłość do Komisji Europejskiej i pochwały pod adresem Ursuli von der Leyen, nie jest premią za głosowanie zgodnie z oczekiwaniami większości i nie stanowi zapłaty za entuzjastyczne przyjmowanie kolejnych pomysłów brukselskich urzędników. Jest związane z wykonywaniem europarlamentarnego mandatu. Natomiast jego ustawowym uzasadnieniem jest między innymi, zapewnienie niezależności posłów.
A niezależność oznacza również możliwość krytykowania instytucji, w których się zasiada. Także wtedy, kiedy ta krytyka jest niewygodna, ostra, a czasami wręcz bezlitosna.
Gdyby zastosować logikę internetowych mędrców, należałoby uznać, że parlamentarzysta powinien otrzymywać wynagrodzenie wyłącznie wtedy, kiedy zgadza się z większością. W takim przypadku nie mielibyśmy już parlamentu, lecz coś w rodzaju zbioru łapówkarzy, w którym każdy zna swoją rolę i wie, kiedy należy otworzyć usta. A przecież właśnie po to istnieją parlamenty, żeby ścierały się w nich różne poglądy. Opozycja nie jest niepożądanym dodatkiem do demokracji. Jest jej jednym z fundamentów. Jeżeli ktoś tego nie rozumie, powinien poważnie zastanowić się nad tym, czy rzeczywiście jest zwolennikiem demokracji, czy może jedynie zwolennikiem demokracji pod warunkiem, że wszyscy myślą tak samo jak on.
I tutaj dochodzimy do sedna całej sprawy. Nie mam pretensji do ludzi, którzy kochają Unię Europejską. Ich prawo. Niech kochają, niech bronią, niech wywieszają flagi, a nawet niech organizują sobie wieczorki poetyckie ku czci unijnej integracji. Naprawdę nic mi do tego. Mam natomiast problem z ludźmi, którzy własną niewiedzę próbują sprzedawać, jako moralną wyższość. Z tymi, którzy nie znają podstawowych przepisów, ale z niezwykłą pewnością siebie lub głupotą, pouczają innych, jak powinni wykonywać swoje obowiązki. Z tymi, którzy nie odróżniają krytyki instytucji – od odrzucenia demokracji i najwyraźniej uważają, że prawo do reprezentowania obywateli przysługuje wyłącznie osobom posiadającym odpowiednie poglądy.
To nie jest obrona europejskich wartości. To jest zwyczajna intelektualna ciasnota, ubrana w europejskie barwy.
Najzabawniejsze jest jednak to, że wszystkie potrzebne odpowiedzi znajdują się w dokumentach Unii Europejskiej, której tak gorliwie bronią. Wystarczy otworzyć odpowiedni akt prawny, przeczytać kilka zdań i spróbować je zrozumieć. Nie trzeba do tego ani specjalnych znajomości, ani partyjnej legitymacji, ani nawet dostępu do tajnych archiwów Komisji Europejskiej. Wystarczy umiejętność czytania ze zrozumieniem. Wiem, że w niektórych środowiskach może to być wymaganie wygórowane, ale przecież zawsze można spróbować.
Dlatego mam dla wszystkich tych, którzy z takim zapałem pouczają europosłów, jedną radę, więc zanim zaczniecie publicznie udowadniać, że ktoś nie ma prawa zasiadać w Parlamencie Europejskim, sprawdźcie najpierw, jakie prawa przysługują parlamentarzystom. Zanim zaczniecie rozliczać ich z pobierania wynagrodzenia, przeczytajcie Statut, który reguluje tę kwestię. A zanim ogłosicie, że krytykowanie Unii Europejskiej jest sprzeczne z jej demokratycznymi zasadami, spróbujcie zrozumieć, czym właściwie jest demokracja.
Chociaż, szczerze mówiąc, nie róbcie tego.
Nie sprawdzajcie, nie czytajcie, nie zaglądajcie do przepisów. Piszcie dalej. Wypisujcie swoje mądrości, pouczajcie, oskarżajcie i z zapałem udowadniajcie, że nieznajomość prawa jest doskonałym fundamentem do prowadzenia publicznych dyskusji. Bo dzięki temu nadal będę miał materiał do felietonów. Będę mógł pokazywać, jak wygląda polityczne zadufanie połączone z elementarnym brakiem wiedzy. A to, trzeba przyznać, jest połączenie wyjątkowo wdzięczne literacko.
Moja babcia, choć była to prosta, to jednak mądra kobieta, więc jej słowa, że „kiedy komuchy ujadają, to znaczy, że mają strach u dupy”, jakże dobrze przystają do naszych czasów, bo…
Dzisiaj powiedziałbym tylko, że kiedy współczesne lewactwo zaczyna ujadać na widok demokratycznej opozycji, warto sprawdzić, czy przypadkiem nie pomyliło Parlamentu Europejskiego z politbiurem. Demokracja nie polega na tym, że wszyscy mają mówić to samo. Polega na tym, że nawet człowiek, którego poglądów nie znosimy, ma prawo powiedzieć nam prosto w oczy, że się mylimy. I właśnie tego niektórym najwyraźniej najbardziej dzisiaj brakuje. Nie pieniędzy, nie funduszy europejskich i nie kolejnych dyrektyw. Brakuje im elementarnego zrozumienia zasad, na których opiera się system, którego tak zaciekle bronią.
Prywatnie dodam, że jednak staram się być w stosunku do polityków i rodzaju przekazywanych inforamcji wyważony, choć niezależnie od tego, próbujecie mnie zmieszać z błotem. To marne wysiłki, ponieważ mam twardą skórę. A przecież, jeżeli będę chciał faktycznie komuś zrobić nieprzyjemność, wiadomości mogę pisać na kilka sposobów.
Mogę więc napisać, że po wczorajszej Radzie Bezpieczeństwa Narodowego, Tusk został zmiażdżony przez prezydenta. Prezentując swoją bezsilność wobec autorytetu Karola Nawrockiego, zaproponował głowie państwa spotkanie w cztery oczy. Jego gest należy odczytywać, jako nieudolną próbę wyjścia z całej sytuacji z resztką politycznej twarzy.
Ale mogę też napisać, że po spotkaniu w Pałacu Prezydenckim, co było wynikiem zwołanej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, Pan premier Donald Tusk zaproponował obniżenie temperatury sporu i wyciągnął w kierunku prezydenta rękę w postaci propozycji prywatnego spotkania. Szef gabinetu chciałby podzielić się z prezydentem swoimi racjami, i omówić najważniejsze dla kraju kwestie. Gest ten ocenia się pozytywnie, ale też opisuje, jako pierwszy krok w stronę normalizacji stosunków pomiędzy dużym, a małym Pałacem. Opozycja uznała, że premier Donald Tusk wykazał się głębokim zrozumieniem dla powagi sytuacji, choć nie szczędziła mu gorzkich słów.
To jest dokładnie ta sama informacja, jednak wydźwięk obu jest diametralnie różny.
Bogdan Feręc
Fot. Nie jest dziełem AI
Fot. CC Maram ali ahmed

