Jak TikTok rozwiązał kryzys mieszkaniowy szybciej niż rząd, ekonomia i zdrowy rozsądek razem wzięte
Rząd to debile, bo ludziom nie powiedział – i nie jest to żadna metafora ani dziennikarska przesada, tylko teza empiryczna, którą, niczym Newton jabłkiem, potwierdziła pewna tiktokerka, objawiając światu rozwiązanie problematyki bezdomności. Jednym zdaniem, bez specjalnych komisji, bez analiz, bez raportów za miliony euro. Jedno zdanie, proszę państwa, i po sprawie. Można się rozejść, świat naprawiony, problem zamknięty.
Jak wiadomo, do polityki idą ludzie, którzy nic nie umieją, którym nie wyszło i, którzy generalnie są ćwierćinteligentami. Nie mówię tego złośliwie, a to raczej obserwacja terenowa, coś jak watching wildlife, tylko zamiast saren mamy ministrów. Można to udowodnić na pewnym przykładzie, a konkretnie na sytuacji mieszkaniowej, która przypomina bardziej survival niż cywilizację. Jednak spokojnie, bo na scenę wchodzi ona, cała w różach i purpurze, czyli specjalistka z TikToka, z rozwiązaniem tak prostym, że aż człowiek się zastanawia, czy to my jesteśmy głupi, czy rząd, który jeszcze na to nie wpadł, a może bezdomni lub rzeczywistość.
Jak wiadomo, TikToka śledzę z uwagą, bo wiedzy mało przydatnej tam od groma, ale za to można się pośmiać. To jest takie współczesne targowisko próżności i głupoty w jednym, gdzie co drugi film to albo wróżka przewidująca twoją przyszłość na podstawie fusów z herbaty i humoru kota, albo chłop, co szpadel złamał i teraz tłumaczy, że to „test wytrzymałości materiału”. A jak już algorytm się rozkręci, to dorzuci jeszcze tutorial, jak zrobić z twarzy obraz Picassa, bo jakaś młodociana chce wyglądać jak dziwka z katalogu „Halloween forever”. Standard, czyli internetowy bigos.
Siedzę więc, skroluję to chińskie medium społecznościowe, czerpię pełnymi garściami z technologii, jaką przygotował mi świat, a i jakoś algorytm, który mnie śledzi, się nie popisał, bo chłam proponuje niemożebny. Już mam przestawić się na inny rodzaj rozrywki, więc może sudoku, może patrzenie w ścianę, aż tu nagle… dziewczę urocze, z serca Irlandii, pojawia się na ekranie telefonu.
Mina poważna, twarz skupiona, brwi lekko ściągnięte, jakby właśnie odkrywała sens życia albo przynajmniej wzór na szczęście. Bezradności intelektualnej nie widać, ale to tylko trailer, bo po chwili otworzyła niestety usta i się zaczęło. Wówczas dziewczynina jęła mówić o bezdomności. Temat ciężki, temat ważny, temat, który faktycznie powinien poruszyć człowieka. I ją rusza, co widać, słychać i czuć. Ale nie, ona nie narzekała, że domu nie może sobie kupić, bo jest sprzedawczynią w Tesco albo nie stać jej na wynajęcie pokoju za 800 € w poddublińskiej miejscowości, z której autobus do centrum stolicy jest dwa razy na dzień. Nie, nie, ona poszła szerzej, wyżej, ambitniej.
Dziewczę zajęło się więc polityką mieszkaniową, a tu właśnie zaczyna się kabaret, choć może bardziej dramat.
Chwali rząd, bo ten buduje jakoby domy, gdzie, jak, dla kogo, to już detale, nie bądźmy drobiazgowi. Problem bezdomności ją drażni, a i zrzuca winę za brak dachu nad głową na tych, którzy akurat takiego nie mają. Bo przecież jak ktoś jest bezdomny, to zapewne dlatego, że tak lubi. Taki life style, prawie jak joga, tylko bardziej w wersji hardcorowej.
Ale to jeszcze nic, bo przecież można mieć swoje zdanie, nawet głupie, nawet absurdalne, toć to przecież irlandzka demokracja, wolność słowa, te sprawy. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś z tym zdaniem idzie krok dalej, więc do wniosków, a potem jeszcze dalej – do rozwiązań.
I ona poszła z gracją, z odwagą, z pewnością siebie godną francuskiego generała przed bitwą pod Waterloo.
Ja, głupi, nawet nie wiedziałem, że to wszystko jest tak proste, że można jednym zdaniem ustawić mieszkaniową Irlandię do pionu, że zakończyć bezdomność w góra trzy miesiące, bo tyle średnio trwa cały proces decyzyjny. Trzy miesiące, czyli mniej niż semestr, mniej niż dieta cud, mniej niż sezon „Love Island”. Otóż, bierzcie i słuchajcie tego wszyscy. Wy politycy, wy z wypowiedzeniami najmu, zagrożeni bezdomnością, a nawet już sami bezdomni, bo to do was skierowane zostało.
Uwaga, zapisujcie, bo to złoto!
Przyznam, że w pierwszym momencie przestałem wierzyć swoim uszom i znajomości języka angielskiego. Może coś źle zrozumiałem? Może to jakiś dialekt? Może ironia, której nie wyczułem? Więc „cofnąłem film do tyłu”, a potem jeszcze raz i jeszcze, jak nie przymierzając student przed egzaminem, który próbuje wmówić sobie, że odpowiedź „B” jednak ma sens.
Ale nie, ona to powiedziała i nie była w swojej wypowiedzi sarkastyczna, ani nawet nie chciała się wyśmiewać. Ton był dokładnie taki sam jak wcześniej. Poważny, pewny, jakby właśnie odkryła Amerykę, tylko bez statku i bez mapy. Co ciekawe, brzmiało to nawet jak myśl światła, więc, żeby nie przedłużać, nie budować napięcia, choć przyznam, że Hitchcock by się nie powstydził, pozwólcie, że ją zacytuję:
– Jeżeli ktoś nie ma mieszkania i jest bezdomny, to nie musi nim być. Wystarczy, że kupi sobie dom.
Kurtyna! Napisy końcowe, owacje na stojąco.
Tylko gdzieś w tle płacze ekonomia, socjologia i zdrowy rozsądek, bo oto jesteśmy świadkami czegoś pięknego. Czystej i nieskażonej inteligencją myśli. Myśli, która nie została zanieczyszczona przez wiedzę, doświadczenie ani refleksję. Myśli, która jest jak świeży śnieg – biały, dziewiczy i kompletnie bezużyteczny, gdy zimą chcesz dojechać do pracy.
To jest ten moment, kiedy człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego rząd wygląda tak, jak wygląda, a tiktokerzy mają zasięgi. Bo skoro takie pomysły krążą sobie swobodnie w przestrzeni publicznej i zbierają lajki, to dlaczego rząd tego nie chce wykorzystać i naprowadzić ludzi? Są po prostu głupi. Podobnie jak bezdomni, bo przecież nie można się nie zgodzić z tezą tej panienki, że jak kupią sobie dom, to przestaną być bezdomnymi.
Skoro jednak rozwiązanie jest tak banalne, to może idźmy dalej. Bezrobocie? Niech ludzie znajdą pracę. Choroby? Niech przestaną chorować. Inflacja? Niech ceny spadną. Wojny? Niech się wszyscy przytulą do siebie i powiedzą „sorry”.
Świat według TikToka jest prosty, piękny i kompletnie odklejony od życia, a jednak – i tu jest ten gorzki żart – to działa. Nie w sensie rozwiązywania problemów, ale w sensie narracji, bo łatwiej jest powiedzieć, że ktoś jest sam sobie winien, niż przyznać, że system nie działa. Łatwiej jest rzucić hasło „kup se dom”, niż zmierzyć się z rzeczywistością, w której dom kosztuje więcej niż życie.
I tak sobie myślę, siedząc z tym telefonem w ręku, że może to nie jest tylko śmieszne, może to jest trochę przerażające, bo jeśli pokolenie wychowane na skrótach myślowych zaczyna wierzyć, że problemy społeczne da się rozwiązać jednym zdaniem, to jesteśmy o krok od świata, w którym polityka będzie wyglądała jak komentarze pod filmem. Krótko, głośno i bez sensu, ale hej – przynajmniej będzie viral.
A bezdomni? No cóż. Niech sobie kupią domy.
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI
