Felieton o Agnieszce
Mam taką koleżankę, która wpada w odwiedziny od czasu do czasu, niekiedy mówię, że zbyt często, bo jednak siada i patrzy przez ramię, co akurat piszę, ale za każdym razem pyta, czy piszę coś o niej? Wiele razy tłumaczyłem, że lepiej dla niej będzie, aby moja ocena pozostała tajemnicą, jednak wciąż nastaje i się doczekała. Nie wiem, czy po przeczytaniu jeszcze kiedyś mnie odwiedzi, ale to w końcu na jej prośbę.
Agnieszka jest jak poranek w listopadzie, niby zwyczajny, szary, lekko dżdżysty, może nawet tajemniczy, a jednak pełen tej trudnej do uchwycenia obietnicy, że zaraz wydarzy się coś ważnego, że zza chmur spojrzy słońce. Na pierwszy rzut oka bije od niej spokój, ale nie ten wymuszony, upozowany, jakby na potrzeby fotografii, lecz spokój prawdziwy, taki, który bierze się z harmonii człowieka z samym sobą. Jej spojrzenie jest pewne, ale nie ostentacyjne, miękkie, ale nie słabe. To takie rzadkie połączenie delikatności i siły, które sprawia, że człowiek patrzy dłużej, próbując odczytać coś więcej niż tylko obraz wykreowany na potrzeby chwili.
Nie krzyczy swoją obecnością, nie potrzebuje kwiatów pod nogami ani reflektorów, bo ona wchodzi w codzienność miękko, jednak zostawia ślad twardszy niż niejeden, kto hałasuje znacznie bardziej. Są przecież ludzie, którzy przypominają sztuczne ognie, więc błyszczą krótko, ale za to efektownie. Agnieszka jest raczej jak ogień w kominku, czyli może i niepozorny, lecz to przy nim chce się zostać.
Na dodatek, a w czasach, kiedy wszyscy próbują być „kimś”, Agnieszka po prostu jest sobą, co dziś można odczytać, jako akt niemal rewolucyjny. W epoce plastikowych uśmiechów, życiorysów pisanych pod lajki i emocji sprzedawanych jak promocja w supermarkecie, autentyczność stała się towarem luksusowym. Agnieszka tego nie sprzedaje, ona natomiast tym żyje i trochę nim jest. Nie udaje mądrzejszej, piękniejszej, lepszej niż wskazuje rzeczywistość i nie potrzebuje budować pomnika z pozorów, bo stoi na fundamencie charakteru.
A jej charakter to rzecz dziś niedoceniana, bo łatwiej nam przecież imponować stylem niż zasadami. Łatwiej mówić niż robić, łatwiej zmieniać maski niż zachować twarz, a jednak Agnieszka należy do tych, którzy rozumieją starą prawdę, że człowiek jest wart tyle, ile warte jest jego słowo. To brzmi staroświecko, może nawet niemodnie, ale właśnie w tym starym stylu kryje się siła, bo świat pędzi, trendy się zmieniają, opinie wirują jak chorągiewki na wietrze, a ludzie tacy jak ona przypominają, że są jeszcze rzeczy trwałe.
Nie chodzi o to, że Agnieszka jest idealna, nie jest i wad ma wiele, a na dodatek ideały są nudne, papierowe, trochę martwe. Wartość człowieka ujawnia się przecież nie w braku wad, ale w sposobie, w jaki je niesie. W jej upartości jest odwaga, a w jej wrażliwości, siła. W jej milczeniu pojawia się nieraz więcej prawdy niż w cudzych przemowach i z całą pewnością nie jest bohaterką opiewaną w poematach, tylko kobietą z krwi i kości – dlatego właśnie może zaglądać przez moje ramię, jak akurat pracuję.
Patrząc na Agnieszkę, łatwo dojść do wniosku, że wielkość zawsze wygląda spektakularnie, jednak nie, bo to akurat są pozory, które bardziej przeznaczone są dla świata, niż dla ludzi z jej kręgu znajomych. Czasem objawia się to w codziennych gestach, w lojalności, gdy wygodniej byłoby odejść; w cierpliwości, gdy wszystko prowokuje do gniewu; w serdeczności, która niczego nie kalkuluje. To są rzeczy, których nie widać na pierwszym planie, ale to one naprawdę budują świat.
Może właśnie dlatego Agnieszka jest tak ważna, bo przypomina, że człowieczeństwo nie polega na błyszczeniu, lecz na dawaniu ciepła. Że siła nie musi być brutalna, a dobroć człowieka nie jest słabością, że można być kimś znaczącym, nie robiąc wokół siebie zgiełku, choć przyszłoby to jej z dużą łatwością. I może w tym jest cała tajemnica, że Agnieszka nie próbuje być wyjątkowa, a mimo to jest. W świecie pełnym ludzi, którzy chcą być zauważeni, ona po prostu pozostaje prawdziwa. A prawda, choćby cicha, zawsze świeci najmocniej.
Bogdan Feręc
Photo by Shoham Avisrur on Unsplash
