Dziesięć tysięcy powodów, by nic nie robić
Myśl za rządem nie chodzi, ona raczej krąży wokół, jak satelita bez paliwa, czyli niby jest wysoko, niby widać wszystko z góry, ale z tej perspektywy nic się nie da załatwić. Gabinet Micheála Martina sprawia wrażenie, jakby każda decyzja była dla niego aktem heroizmu, a każda prosta kalkulacja, zamachem na stabilność państwa.
Kryzys bezdomności jest tu najlepszym dowodem. Temat ciężki, medialnie nośny, idealny na tysiąc konferencji prasowych z poważnymi minami, a jednocześnie temat, który można by zamknąć w kilkanaście miesięcy i doprowadzić do końca szybciej niż remont przeciętnej irlandzkiej drogi.
Dziesięć tysięcy mieszkań. Zatrzymajmy się na chwilę przy tej liczbie, bo ona ma w sobie coś niemal poetyckiego. Dziesięć tysięcy, bo nie dziesięć milionów, to też nie „systemowy problem późnego kapitalizmu”, nie „złożona kwestia strukturalna”, tylko konkret, że to dziesięć tysięcy drzwi, które można otworzyć. W kraju, który buduje trzydzieści tysięcy mieszkań rocznie. Czyli, mówiąc brutalnie, wystarczyłoby przez jeden rok udawać, że bezdomność jest ważniejsza niż excusowe raporty i PR-owe slajdy.
Jednak rząd nie lubi rzeczy, które da się zrobić szybko. Szybkie sukcesy są podejrzane. Trudno je rozwlec na cztery kadencje i sześć strategii, bo bezdomność świetnie nadaje się do wiecznego wywiadu w stylu „pracujemy nad rozwiązaniami”. Pracują tak intensywnie, że efekty są niewidzialne gołym okiem. Oczywiście od razu słyszymy kontrargumenty, że to kosztuje, że to skomplikowane, że nie każdy sobie poradzi, że trzeba programów wsparcia, analiz, konsultacji, białych ksiąg i jeszcze jednej komisji, najlepiej złożonej z ludzi, którzy nigdy nie szukali mieszkania na wolnym rynku.
Tyle że rzeczywistość jest mniej filozoficzna. Większość osób przebywających w zakwaterowaniu awaryjnym pracuje, płaci podatki, wstaje rano, wysyła dzieci do szkoły, a wieczorem wraca do pokoju w hotelu, który nigdy nie miał być domem. To nie są ludzie „poza systemem”, a wyrzuceni z rynku najmu, który zamienił się w betonową pustynię z cenami z innej planety.
I nie, nikt rozsądny nie domaga się willi, tarasów ani widoku na zatokę. Mówimy o mieszkaniach na miarę potrzeb, czyli skromnych, funkcjonalnych i takich, które pozwalają normalnie żyć, a nie tylko przetrwać do następnej kontroli socjalnej.
Najzabawniejsze albo najbardziej tragiczne jest to, że nawet czysto cynicznie rząd mógłby na tym wygrać. Wyobraźmy sobie ten horror, że nagle, tysiące ludzi wychodzi z bezdomności, spadające statystyki, efekt staje się realny. Media milkną, opozycja nie umie nic powiedzieć i szuka nerwowo nowego tematu. Do tego internet ma o jeden powód mniej, by codziennie obrzucać polityków błotem, czyli katastrofa wizerunkowa dla hejterów.
Co może być nawet interesujące, zaczyna wyglądać to nawet na sukces, niech będzie, że wizerunkowy, ale ten jest chyba dla rządu zbyt ryzykowny, bo sukces rodzi pytania. Skoro dało się tu, to czemu nie gdzie indziej? Skoro można było policzyć do dziesięciu tysięcy, to może da się policzyć także inflację, zdrowie publiczne albo transport? I tak dochodzimy do sedna. To nie jest problem stricte braku pieniędzy, mieszkań czy możliwości. To problem deficytu wyobraźni i odwagi intelektualnej. Nie oczekuję cudów, nie żądam rewolucji gospodarczej ani nowego irlandzkiego snu o potędze. Chciałbym, tylko żeby rząd w końcu udowodnił, że potrafi zrobić jedną prostą rzecz dobrze.
Dziesięć tysięcy mieszkań. Tylko tyle i aż tyle. Dla obecnego gabinetu to jednak liczba magiczna, taka, przy której myśl o działaniu natychmiast się gubi, a odpowiedzialność znów odkładana jest na później. Na jutro. Na nigdy.
Bogdan Feręc
Photo by Clay LeConey on Unsplash
