Czy rząd znalazł receptę na kryzys mieszkaniowy, czy tylko kolejny plaster?
Rząd zapowiada świeżą porcję nadziei dla właścicieli domów, wprowadzając ulgę podatkową w wysokości 14 tysięcy euro na nowo wybudowane domy modułowe stawiane na przydomowych ogrodach. Brzmi to jak obietnica spokojnych poranków przy kawie i dodatkowych dochodów, które nie podlegają opodatkowaniu. Do tego dochodzi plan rozszerzenia programu wynajmu pokoi, co ma zwiększyć dostępność mieszkań na wynajem w kraju, w którym znalezienie lokum bywa sportem ekstremalnym.
Zgodnie z projektem przepisów, które mają wejść w życie za kilka miesięcy, zniknie konieczność uzyskiwania pozwolenia na budowę konstrukcji modułowych do 45 metrów kwadratowych w ogrodach za istniejącymi domami. To otwiera drogę dla właścicieli posesji, którzy chcą wykorzystać swój skrawek ziemi jako miniaturową inwestycję. W teorii to czysta korzyść, ale w praktyce i jak zwykle w polityce mieszkaniowej, może się okazać, że entuzjazm zostanie szybko skorygowany przez rzeczywistość. W stolicy, gdzie podaż mieszkań od lat jest alarmująco niska, taki ruch budzi emocje. Jedni zobaczą w nim sposób na podreperowanie domowego budżetu w czasie galopujących kosztów życia. Inni zaś nową szansę, by nie spać na kanapie znajomych lub w tymczasowych kwaterach. Zwolennicy rządów obecnej koalicji mogą prezentować propozycje jako odważny krok w stronę realizacji obietnicy dostarczenia 300 tysięcy mieszkań do 2030 roku, ale przeciwnicy powiedzą, że miało być całkiem inaczej, bo domy miały być prawdziwe.
Budownictwo modułowe już wcześniej wskazywane było jako część rządowej odpowiedzi na kryzys mieszkaniowy. Dokument „Dostarczanie domów, budowanie społeczności”, okrzyknięty jednym z filarów strategii, miał przecież zapowiadać przyspieszenie inwestycji, a nie przerzucanie ciężaru na prywatne ogródki mieszkańców Irlandii. Wystarczy spojrzeć na pilotażowy projekt w Cluain Fada w New Ross, a obejmujący 22 lokale socjalne i ten kierunek wielu obserwatorów uważa za znacznie bardziej sensowny.
Tymczasem nowe propozycje pachną czymś zupełnie innym, czyli quasi-prywatyzacją budownictwa modułowego. To właściciele domów mają stać się małymi inwestorami, w nadziei, że z ich ogródków wyrośnie nowa podaż mieszkań.
Sceptycy już kręcą nosem, wskazując na przewidywalne problemy. Zagęszczenie zabudowy bez zapewnienia dodatkowych usług od energii po kanalizację, co szybko może okazać się drogą donikąd. Hałas, większy ruch, konflikty sąsiedzkie, frustracja mieszkańców osiedli, które powoli przypominają klatki na gołębie. Budowanie przyszłości polegającej na „domku w ogródku” ma w sobie coś z wizji, która bardziej pasuje do satyry niż do długofalowej strategii mieszkaniowej. Zamiast planować przestrzeń z myślą o kolejnych dekadach, rząd zdaje się wymyślać szybkie poprawki przypominające te, które stosuje się na ostatnim roku studiów, by jakoś dotrwać do egzaminu.
Mówi się, że w zarządzaniu państwem nie można czekać na rozwiązania idealne, bo te rzadko pojawiają się w odpowiednim czasie, ale równie prawdziwe jest to, że zbyt pochopne decyzje mogą przynieść więcej szkody niż pożytku. W tym przypadku po raz kolejny wygląda to tak, jakby ministrowie dali się uwieść kusząco prostemu pomysłowi, czyli zdjęcie z siebie odpowiedzialności, a przerzucenie jej na właścicieli podwórek.
Rząd przedstawi wkrótce oficjalnie swoje propozycje i będzie musiał zmierzyć się z obawami, które już dziś unoszą się w powietrzu, a ci, którzy od miesięcy szukają dachu nad głową, nie powinni jeszcze wznosić toastów.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Photo by Archidea X on Unsplash
