Czerwona linia Kremla. Moskwa ostrzega Zachód – obce wojska na Ukrainie są nie do zaakceptowania
Federacja Rosyjska po raz kolejny i w wyjątkowo ostrym tonie sygnalizuje, gdzie przebiega granica, której nie pozwoli przekroczyć. Chodzi o obecność zachodnich wojsk na Ukrainie. Wypowiedź wiceprzewodniczącego Rady Bezpieczeństwa Rosji Dmitrija Miedwiediewa wpisuje się w coraz twardszą narrację Kremla dotyczącą architektury bezpieczeństwa w Europie i przyszłości wojny za wschodnią granicą Unii Europejskiej.
Miedwiediew napisał w serwisie X, w języku angielskim, że Rosja „nie zaakceptuje obecności żadnych wojsk europejskich ani natowskich na Ukrainie”. Podkreślił, że stanowisko to było przedstawiane „tysiąc razy” i nie uległo żadnej zmianie. Według niego rozmieszczenie jakiegokolwiek kontyngentu wojskowego, zarówno przez pojedyncze państwa europejskie, jak i przez NATO jako całość, jest dla Moskwy absolutnie nie do przyjęcia.
Wpisowi towarzyszyło nagranie wideo przedstawiające uderzenie rakietowe Oresznik w ukraińską infrastrukturę krytyczną. Ten zabieg nie był przypadkowy, a stał się czytelnym sygnałem odstraszającym, łączącym deklarację polityczną z demonstracją siły militarnej. Przekaz Kremla jest brutalny, ale wskazuje, że wszelkie próby fizycznej obecności wojsk Zachodu na Ukrainie będą traktowane jako eskalacja o najwyższym ryzyku.
Retoryka Miedwiediewa nie pozostawia miejsca na dyplomatyczne niuanse i w ostrych słowach zaatakował europejskich przywódców, oskarżając ich o dążenie do wojny na kontynencie. „Rządzący europejscy idioci chcą wojny w Europie” – napisał, po czym dodał: „No to chodź. Oto, co dostaniesz”, ponownie odsyłając do materiału wideo z ataku rakietowego. Ta wypowiedź nie może być uznana za kolejny emocjonalny wybuch byłego prezydenta Rosji, znanego z agresywnego języka. To element szerszej strategii komunikacyjnej Kremla, który w obliczu dyskusji na Zachodzie o możliwych formach wsparcia Ukrainy, w tym szkoleniach wojskowych, misjach stabilizacyjnych czy gwarancjach bezpieczeństwa, próbuje zamknąć pole manewru jeszcze na etapie debaty.
Rosja konsekwentnie przedstawia wojnę w Ukrainie jako konflikt o fundamentalne znaczenie dla własnego bezpieczeństwa. Obecność wojsk NATO lub państw europejskich na terytorium Ukrainy Kreml interpretuje nie jako misję o podłożu neutralnym, lecz jako bezpośrednie zagrożenie strategiczne. W rosyjskiej narracji byłby to krok równoznaczny z wejściem Zachodu do wojny, co nawiasem mówiąc, Kreml konsekwentnie powtarza od lutego 2022 roku.
Warto także zauważyć, że wypowiedź Miedwiediewa pojawia się w momencie, gdy w europejskich stolicach coraz częściej mówi się o długofalowych gwarancjach bezpieczeństwa dla Kijowa. Choć oficjalnie nie zapadły decyzje o wysyłaniu wojsk, sama dyskusja wywołuje nerwową reakcję Moskwy. Kreml próbuje więc z wyprzedzeniem ustawić ramy debaty, jasno definiując swoje „czerwone linie”.
Dla Europy oznacza to powrót do logiki siły, w której bezpieczeństwo nie jest budowane na kompromisie, lecz na strachu przed eskalacją. Rosja wysyła sygnał, że nie uzna żadnych półśrodków ani konstrukcji pośrednich i albo Ukraina pozostaje poza militarną obecnością Zachodu, albo, w ocenie Kremla, ryzyko rozszerzenia wojny staje się realne.
W tle tej retoryki kryje się zasadnicze pytanie o przyszły porządek bezpieczeństwa w Europie. Czy będzie on oparty na odstraszaniu i groźbach, czy na realnych gwarancjach i stabilizacji? Na razie Moskwa mówi jednoznacznie – obce wojska na Ukrainie to linia, po której przekroczeniu konsekwencje mają być bolesne i nie robi wiele, by ten przekaz złagodzić, bo i nie ma do tego podstaw.
Bogdan Feręc
Źr. TASS
Photo by Dmitry Ant on Unsplash
