Bo się szwendają

Tak się zastanawiam, dlaczego do urzędu Rzeczypospolitej Polskiej w Irlandii nie może wejść człowiek z tzw. ulicy, skoro takiej możliwości nie odmawia się rodakom w Polsce, a i do każdego irlandzkiego, nie muszę mieć przepustki.

Wchodząc na stronę „E-konsulat”, znajdzie się informację, właściwie pierwszą, czyli najważniejszą, że do urzędu się nie wejdzie, o ile nie zapowie, nie zaplanuje, nie zarezerwuje i nie poprosi o wizytę.

Wiadomość brzmi:

Dbając o bezpieczeństwo Państwa i pracowników, zachowując najwyższe standardy obsługi uprzejmie informujemy, iż do urzędu będą wpuszczane wyłącznie osoby umówione*. W urzędzie obowiązuje limit osób, które mogą przebywać jednocześnie w lokalu, stąd prosimy o punktualne przychodzenie na umówione wizyty.

Wychodzi więc na to, że gdyby nagle przyparła nas potrzeba wiedzy w zakresie wyrobienia np. paszportu, to już u drzwi stanie mi na drodze strażnik tej jaskini urzędniczej polskości i sprawdzi, czy aby na pewno jestem umówiony i czy mogę to udowodnić. O ile tak się nie stanie, pośle nas do diabła, bo przecież wykonywać obowiązki służbowe urzędnicy muszą, a tu przyjdzie jakiś i pytania zadawać będzie.

Oczywiście można też domniemywać, że usłyszymy, iż wszelkie informacje znajdują się na stronie internetowej, co oznacza, że to najlepsze źródło informacji, ale życie lubi przecież robić sobie z nas żarty i czasami sprawa nie wygląda tak prosto, jak w oczach urzędniczej machiny.

Nie mogę też wyjaśnić sobie, dlaczego to bezpieczeństwo urzędników jest podkreślone? Czy były napaści, ktoś słowem lub czynem znieważył, a może Konsulat działa, jak mu się podoba, co wywołuje krytykę, a tej urzędnicy przyjąć nie chcą? Jak też Konsulat dbać ma o moje bezpieczeństwo, a zagrożony się nie czuję, więc może dzieją się tam jakieś straszne rzeczy, więc i trzeba mnie chronić, żeby nic mi się w urzędzie nie stało.

Rozumiem ilość osób w lokalu, gdyż tlen zużywają, a Konsulat znajduje się przy jednej z głównych ulic Dublina, więc to hałas i spaliny, a dodatkowo „te petenty”, co to wiecznie czegoś chcą, a większą grupę trudniej spacyfikować.

Aaaa i o zegarku muszę pamiętać, bo jak się spóźnię, to będzie problem, więc muszę się ściśle trzymać ram czasowych. Co będzie, jak minie umówiona godzina, bo np. jadę z Galway, a na drodze był wypadek i dwie godziny jazdy rozciągnęły się do trzech? Usłyszę, że jestem niepunktualny i „następny proszę”?

Tak na koniec, to z tymi standardami też nie szalejmy, bo internety w Irlandii pełne są opisów, jak traktuje się Polaków w naszych, jak by na to nie patrzeć urzędach.

No i wciąż się zastanawiam, wejść czy nie wejść, oto jest pytanie.

P.S.

*W tym zdaniu brakuje przecinka.

Bogdan Feręc

Udostępnij i skomentuj w mediach społecznościowych po przeczytaniu tekstu:
ZNAJDŹ NAS:
To nie koniec lata
Guinness produkować