Ambasada Pictures przedstawia: „Zapraszamy do Polski”, czyli dyplomacja na planie filmowym
Jako wielbiciel twórczości naszej ambasady, z dużą radością przyjąłem nagranie opublikowanego, i to kolejnego już filmu, który tym razem traktuje o Polsce, bo przecież to nasza ambasada, więc wypadało uradować oczy. Człowiek z wiekiem ma różne przyjemności, więc jedni hodują storczyki, inni oglądają mecze trzeciej ligi okręgowej, a ja z zainteresowaniem śledzę filmową twórczość polskiego przedstawicielstwa dyplomatycznego. Każdy ma jakieś hobby i nie zamierzam się z tego tłumaczyć.
Ostatnio, a przyznaję się bez wymuszania zeznań, raczej krytycznie oceniałem produkcje filmowe przedstawicielstwa dyplomatycznego z 5 Ailesbury Road, bo „moim zdaniem, według mnie, kilka niedociągnięć” było, ale Siara zapewne by powiedział: „a gdzie tu są dociągnięcia”. Trudno odmówić tej diagnozie pewnej celności, ponieważ poprzednie realizacje przypominały bardziej obowiązkowe nagrania z balu w zakładzie pogrzebowym – niż materiały promocyjne, które mają do czegokolwiek zachęcać.
Zostawmy jednak te nieprzyjemne chwile, bo zauważyłem w nowym projekcie, że nasz charge d’affaires coraz lepiej czuje się przed kamerą, a jak tak dalej pójdzie, to może po zakończeniu misji załapie się na rolę w nowej wersji „Wiedźmina”, czy nawet „Bruneta wieczorową porą”. Nie wykluczam także kariery w reklamie.
Nie będę sobie przypisywał zasług, że to po moich uwagach Pan Artur Michalski stał się specjalistą od krótkich form telewizyjnych, ale muszę powiedzieć, że nie mam się do czego przyczepić. To zdanie kosztuje mnie naprawdę sporo. Prawie tyle, ile urzędnika przyznanie, że petent miał rację, ale skoro należy pochwalić, to trzeba to robić, niezależnie od wszystkiego. Wiem, to aż dziwne, że w ogóle napisałem te słowa, bo pisać dobrze o szefie ambasady to nie w moim stylu, ale szukam i szukam, oglądam ósmy raz i…
…prawie nic.
Na szczęście prawie robi różnicę, więc już miałem napisać, że muszę odszczekać moje słowa, iż aktora marnego przysłał polski MSZ, ale jednak coś znalazłem.
Pan Michalski, jako człowiek, który biegle włada językiem polskim i angielskim, ma też w zanadrzu niezwykle sprawne posługiwanie się językiem rosyjskim, ale i może konwersować po rumuńsku, a zaskoczył mnie tymi umiejętnościami, więc odrzuciłem resztę i skupiłem się na angielszczyźnie. Nie, nie żebym zaraz wytykał błędy językowe, bo ich nie ma, ale chodzi o ogólny wyraz artystyczny. Dlaczego? Ponieważ język to jedno, a ekranowa charyzma to już drugie. Można mówić perfekcyjnie, a jednocześnie sprawiać wrażenie człowieka, który właśnie recytuje instrukcję obsługi odkurzacza Zelmer.

Ja rozumiem, że przyszły rozkazy z Warszawy, aby się każdy szef placówki, czy tam ambasador, o ile Polska jeszcze gdzieś takich posiada, nagrał i zapraszał do odwiedzin w naszej ojczyźnie. Rozkaz jest rozkaz i w administracji państwowej z tymi się nie dyskutuje, tylko szuka odpowiedniego kadru oraz sprawdza, czy kamera nagrywa.
Ten nakaz akurat nasz charge d’affaires postanowił wykonać, więc ustawił się na atrakcyjnym tle i zaczął mówić. Uśmiechał się, aby nadać kreowanej postaci łagodności, co oceniam bardzo dobrze, ręką, a nawet dwoma poruszał, bo ma dwie, jak na szefa misji dyplomatycznej przystało, a nawet ruch sceniczny wdrożył, czyli gibał się na różne strony, więc mogę powiedzieć, że ożył chłop i chwała mu za to. Widać postęp i to nie taki symboliczny, który dostrzega wyłącznie autor scenariusza, ale rzeczywisty. Nie ukrywam, że oglądało się to znacznie przyjemniej niż wcześniejsze produkcje, co też cieszy.
Odbiorca nie zerka podczas filmu nerwowo na zegarek, nie zastanawia się, czy film nareszcie się skończy, tylko z ciekawością czeka, co będzie dalej i to jest sukces.
Jednak ten cukierkowy obraz przysłanego tu dygnitarza muszę zburzyć, bo Pan Michalski za cholerę nie zachęcił mnie do odwiedzenia Polski. I tu właśnie pojawia się problem natury marketingowej, bo nawet sam charge d’affaires, choćby najlepiej przygotowany, nie zawsze jest najlepszą reklamą kraju. Jeżeli już, a nie wiem, czy pomysł powstał w murach Ministerstwa Spraw niezwykle Zagranicznych, czy może resortu turystycznego, jednak niechże zrobi to osoba z jakimś przyjemniejszym fizis. Proszę się nie obrażać, ale jakaś dziewczynka w stroju ludowym, chyba bardziej by do mnie przemawiała, bo powiedzmy sobie szczerze, ludzie w naszym wieku to mogą zachęcać jedynie do kolejnej wizyty w gabinecie lekarskim, czy też reklamować Geriavit Strong.😉
To nie jest złośliwość. To zwykła znajomość praw marketingu. Świat reklam od dawna wie, że sprzedaje się emocje, krajobrazy i uśmiechy. Trudno oczekiwać, aby dyplomata, nawet kompetentny, nagle zmienił się w influencera. Choć patrząc na tempo zmian w mediach społecznościowych, nigdy nic nie wiadomo.
Oczywiście powodem takiej właśnie decyzji, czyli nagrania zaproszenia, mogły być zarządzone oszczędności w wydatkach, bo wynajęcie rzeczonej dziewczynki w stroju ludowym kosztuje. Może nie aż tyle, co lekarz z jednego z warszawskich szpitali, ale pewnie też by coś tam wzięła, by mowę strzelić na planszy narodowej tle. Wiadomo, budżet państwa ma swoje ograniczenia, a jeśli można zaangażować własnego urzędnika, to księgowy od razu oddycha spokojniej, bo dodatkowych kosztów ów nie generuje.
Nie generuje?😎
Mimo tych drobnych uwag naprawdę uważam, że kierunek jest dobry. Wreszcie widać próbę pokazania Polski w sposób przyjazny i zachęcający. Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że można było zrobić to lepiej. Ja też należę do tej grupy, ale tym razem muszę przyznać, że krytykowanie na siłę byłoby zwyczajnie nieuczciwe.
Na zakończenie zaznaczę, jakby się ktoś nie zorientował, to jednak chwaliłem, choć bardziej w swoim stylu. W całej rozciągłości popieram też tę akcję, z radością udostępniam, zachęcam do udostępniania linku do nagrania i robię to dlatego, że Polska nie jest doceniana turystycznie, a to duży błąd.
Jeżeli natomiast mamy przyciągać świat do odwiedzenia naszego kraju, to róbmy to jak najczęściej. Mamy góry, morze, jeziora, miasta z historią, kuchnię, która potrafi pogodzić z życiem nawet największych pesymistów, i ludzi, którzy – pomimo zamiłowania do narzekania – potrafią być fantastycznymi gospodarzami. Skoro więc ambasada postanowiła dorzucić swoją cegiełkę do promocji Polski, to pozostaje jedynie życzyć, aby kolejne odcinki były jeszcze lepsze.
A ja? Cóż… znowu je obejrzę. Oczywiście wyłącznie w celach recenzenckich, bo może wówczas nadarzy się okazja, aby napisać coś krytycznego.😁
I żeby na kolejnej mapie moja Łódź była, a Warszawę dajmy nieco w bok.😛
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI
Fot. Ambasada RP w Dublinie
