Ambasada, która najwyraźniej nie zauważyła, że istnieją prawa
Tym razem piszę jako kolaborant, bo ośmielam się mieć inne zdanie od promowanego przez szefa naszej, aż trudno to powiedzieć, dyplomacji, ale skoro muszę się z nim zadać, niechaj słowa samego ministra Radosława – zwanego Radkiem Sikorskim – wskażą, z kim mają do czynienia.
Nie do końca rozumiem, jak można być tak głęboko skrzywionym mentalnie, ale najwyraźniej nasza placówka dyplomatyczna postawiła sobie za cel, by to utajone w dużej części schorzenie, ujawniło się w stopniu wysokim. Symptomy widoczne były już wcześniej, choć, jak niektórzy wiedzą, nie powiem i nie napiszę publicznie czegoś, bez uprzedniego sprawdzenia. W dziennikarstwie istnieje bowiem pewna staroświecka zasada, że najpierw sprawdzamy, później publikujemy. W administracji publicznej, a może obecnie bardziej w tej przypominającej siermiężną gomułkowską, najwyraźniej funkcjonują czasami zasady alternatywne. Od pewnego czasu docierały do mnie sygnały, że Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej w Dublinie w najprostszy z możliwych sposobów ignoruje, czy też mówiąc otwartym tekstem, olewa Polonię, o ile oczywiście nie należy się do ścisłego grona bałwochwalców, akolitów lub w prostej linii klakierów. Jeżeli ktoś nie bije pokłonów, nie przyklaskuje i ośmiela się zadawać pytania, najwyraźniej może zostać zakwalifikowany do kategorii mniej pilnych – z adnotacją nieważnych. Tym samym zdobycie tego ufortyfikowanego w przepisy i zasady tumiwisizmu bastionu, staje się niemożliwe, co oznacza tylko tyle, że listy, mogą być palone, jeszcze przed ich przeczytaniem.
Wtedy nawet oficjalna korespondencja może sobie spokojnie czekać, i czekać, i jeszcze trochę poczekać. Tak przynajmniej można wnioskować z mojego doświadczenia.
Nie będę jednak opierał tego tekstu wyłącznie na zasłyszanych historiach. Mam bowiem coś znacznie bardziej interesującego – dokumentację korespondencji. Dokładnie 13 września bieżącego roku wysłałem pocztą elektroniczną prośbę o udzielenie informacji publicznej. W wiadomości jasno określiłem zakres mojego zainteresowania. Dołączyłem dwa pełne dokumenty, w różnych formatach, żeby przypadkiem po stronie odbiorcy nie pojawił się argument, że czegoś nie można otworzyć, odczytać albo zrozumieć, choć jest to wielce możliwe.
Krótko mówiąc, zrobiłem absolutnie wszystko, co należało uczynić po stronie pytającego i pozostało czekać. Czekałem.
Po drodze zaliczyłem urlop, więc z dwóch tygodni, jakie na odpowiedź mają oficjalne czynniki, zrobił się miesiąc. A miesiąc, w moim rozumieniu, nawet dla urzędników Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej w Republice Irlandii powinien być czasem wystarczającym, aby przynajmniej zauważyć, że ktoś, coś tam napisał – do niezwykle ważnego urzędu. Ja oczywiście rozumiem, że nie każdy może charakteryzować się przepustowością myślową na poziomie sieci 5G. Nie mam również pretensji o to, że urzędnik może potrzebować dłuższej chwili na zapoznanie się z dokumentami. Nie po to przecież zostaje się urzędnikiem, żeby petenta załatwić sprawnie, a jakby tego było mało – zgodnie z jego oczekiwaniami. Gotów przecież taki pomyśleć, że ambasadzki urzędnik jest, co nie daj Boże, dla niego.
Ale pamiętajmy, że mówimy tu o równym miesiącu, a nie o 14 dniach i właśnie w tym momencie zaczyna się problem, chociaż nie mój. Sprawa nie dotyczy prywatnej korespondencji dwóch osób, które pokłóciły się o miejsce w tramwaju. Nie chodzi też o zaproszenie na popołudniową herbatkę, czy pytanie o narkotykowe wyczyny jakiegoś dygnitarza na ministerialnym raucie. Chodzi o informację publiczną. Chodzi o dokumenty. Chodzi o publiczne pieniądze. I wreszcie, chodzi o najważniejszą instytucję państwa polskiego, która, że użyję tego nieadekwatnego słowa, „funkcjonuje” w Republice Irlandii między innymi po to, by reprezentować interesy Rzeczypospolitej Polskiej oraz pozostawać w kontakcie z Polonią, którą nawiasem mówiąc, ma też reprezentować i ją wspierać – jakby się ktoś tam nie domyślił.
Trudno więc nie zadać prostego pytania: gdzie właściwie jest problem? Czy jest nim sam fakt zadania pytania? Czy może problemem jest osoba, która to pytanie zadała? A może problem polega na tym, że nie jestem dziennikarzem, który będzie grzecznie czekał, aż ktoś łaskawie przypomni sobie o obowiązku odpowiedzi? Jestem dziennikarzem – czy to się komuś podoba, czy też nie. I to jest chyba moment, w którym warto przypomnieć rzecz zgoła banalną, że ignorowanie dziennikarza nie powoduje, że sprawa znika. Powoduje zazwyczaj dokładnie coś przeciwnego.
Jeżeli wcześniej tuzy dyplomacji z 5 Ailesbury Road w Dublinie mogły się domyślać, że nie zostawię tej sprawy bez reakcji, to teraz oficjalnie informuję, że właśnie tak się stanie. Nie dlatego, że mam szczególną ochotę prowadzić jakąś wojnę z ambasadą. Nie dlatego, że budzę się rano z pytaniem: „Komu dzisiaj uprzykrzyć życie?”. Powód jest znacznie prostszy. Jeżeli obywatel Rzeczypospolitej Polskiej, dziennikarz, czy choćby przedstawiciel Polonii albo zwykły człowiek z ulicy, zwraca się do instytucji państwowej z pytaniem dotyczącym informacji publicznej, a w dodatku państwa, którego jest kwirytą, to oczekuje odpowiedzi. Nie fanfar, nie czerwonego dywanu i nie osobistego spotkania z ambasadorem lub jego marnym substytutem. Po prostu odpowiedzi. To naprawdę nie jest wymaganie z gatunku fizyki kwantowej, której, jak tuszę, pracownicy ambasady i tak nie ogarniają. Jeżeli jest inaczej, to proszę również o informację publiczną w tej kwestii.
Właśnie dlatego, czyli z powodu braku odpowiedzi, przygotowuję pismo do Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Warszawie. Przedstawię w nim pełną informację dotyczącą sposobu, w jaki – według mojej dokumentacji i przebiegu korespondencji, czy ściśle mówiąc, jej braku, placówka pozostająca pod kontrolą polskiego resortu spraw zagranicznych, traktuje korespondencję dotyczącą informacji publicznej, a także przedstawiciela prasy, co poświadcza np. dorobek w tym zakresie, choć nie tylko, ale legitymacją prasową nie lubię wymachiwać na prawo i lewo.
Nie zamierzam przy tym ograniczać się do publicystycznego narzekania. Ponowię swój wniosek o udzielenie odpowiedzi, chcę bowiem tę sprawę wyjaśnić do końca. Bo bardziej niż chętnie dowiem się, jak wydawane są środki publiczne, które trafiają do naszych przedstawicielstw dyplomatycznych. Jakie wytyczne przekazane zostały naszym tzw. dyplomatom, aby ignorowali oficjalne zapytania od redakcji. To przecież nie są prywatne pieniądze ambasadora, konsula ani żadnego innego urzędnika pozostającego w służbie publicznej. To pieniądze podatników, a skoro są takimi, to istnieje również interes publiczny w tym, aby można było zadawać pytania dotyczące ich wydawania.
To chyba jedna z tych „oczywistych oczywistości”, których nie trzeba specjalnie tłumaczyć. A może jednak trzeba? Nie wiem.
Być może w którymś z ministerialnych podręczników istnieje już nawet specjalny rozdział dotyczący tego, jak długo należy nie odpowiadać Feręcowi, zanim sprawa przestanie być problemem administracyjnym, a zacznie wizerunkowym. Jeżeli taki podręcznik istnieje, bardzo chętnie go zobaczę, może również w ramach informacji publicznej.
I tutaj dochodzimy do kwestii najważniejszej. Czy skończę na tym, że napiszę kolejny felieton, że ambasada mnie olała, popłaczę w poduszkę i zacznę kolejny dzień? Śmiem wątpić. Nie chodzi już wyłącznie o jedną wiadomość, jedną odpowiedź czy jeden dokument. Chodzi o standard funkcjonowania administracji państwowej poza granicami kraju. Chodzi o sposób traktowania ludzi, którzy próbują uzyskać informacje od instytucji, a w stu procentach finansowanej ze środków publicznych. Chodzi także o to, czy polska placówka dyplomatyczna, która nie jest prywatnym folwarkiem, uważa, że kontakt z Polonią jest jej obowiązkiem, czy może jedynie zbędnym i niechcianym elementem jej działalności, a chodzi także o potencjalne trwonienie pieniędzy odebranych Polakom w formie danin.
Nie twierdzę jeszcze, że znam odpowiedź, ale zamierzam ją poznać, a jeżeli ktoś w ambasadzie jest zdania, że najlepszym sposobem rozwiązania problemu jest jego przemilczenie, to mam dla niego wiadomość raczej mało optymistyczną. Milczenie nie zamyka sprawy. Milczenie ją otwiera. Czasami otwiera znacznie szerzej, niż ktokolwiek początkowo sądził. Dlatego sprawa będzie kontynuowana i najpierw korespondencja, później Ministerstwo Spraw Zagranicznych, a następnie – jeżeli okaże się to konieczne – szeroka, bo polska opinia publiczna. Polskie społeczeństwo emigracyjne, ale również to w ojczyźnie, ma prawo przecież wiedzieć, jak działają instytucje działające w jego imieniu. Także te, które, mniej lub bardziej sprawnie operują, choć są daleko od Warszawy i także wtedy, kiedy tym właśnie instytucjom najwyraźniej się wydaje, że nikt nie patrzy.
Patrzy – i tym razem będzie patrzył bardzo dokładnie. Co ciekawe, problem nie jest widoczny wyłącznie w Republice Irlandii, a tylko wstępne ustalenia pokazały, że jest on w skali przynajmniej Europejskiej.
Bogdan Feręc
Graf. Utworzona przez SI

