Brukselska utopia uderza w rzetelne budownictwo: Jak absurdalna dyrektywa „Made in Europe” sparaliżuje inwestycje
Irlandia mówi, że unijna biurokracja po raz kolejny udowadnia, że żyje w całkowitym odrealnieniu od rzeczywistości. W imię ideologicznych haseł o „autonomii strategicznej” i protekcjonizmie gospodarczym, Bruksela próbuje przeforsować przepis „Made in Europe”, który zmusić ma europejskie firmy do kupowania wyłącznie lokalnych komponentów.
Efekt? Przepis, zamiast zbudować europejską potęgę, po raz kolejny doprowadzi do katastrofy, uderzając bezpośrednio w sektor budowlany, infrastrukturę i zwykłych obywateli czekających na własny dom lub mieszkanie
Sam pomysł budowania niezależności w obliczu globalnych zawirowań na papierze wygląda ładnie, ale w praktyce stanowi klasyczny przykład stawiania wozu przed koniem. Urzędnicy UE wpadli na pomysł, by zakazać sprowadzania kluczowych materiałów spoza Wspólnoty, ignorując tym samym fakt, że europejski przemysł po prostu nie jest w stanie wyprodukować ich w wymaganych ilościach.
Doskonałym przykładem tego absurdu jest stan infrastruktury w Irlandii, gdzie spółka ESB Networks wystosowała ostry alarm do rządu. Firma ta odpowiada za podłączanie nowych budynków do sieci elektrycznej. Skąd bierze transformatory i kable? Z rynków globalnych, bo w Europie ich brakuje lub ich produkcja jest znikoma. Jeśli Bruksela zakręci kurek z dostawami zewnętrznymi, nowo wybudowane osiedla staną się pustostanami bez prądu, a realizacja planów budowlanych wyleci w powietrze.
„Przepisy te stanowią bezpośrednie ryzyko dla naszej zdolności do budowania w tempie niezbędnym do wspierania budownictwa mieszkaniowego, gospodarki i działań na rzecz klimatu” – ostrzega wprost ESB Networks.
Problem nie dotyczy wyłącznie kabli i transformatorów. Zależność od dostawców zewnętrznych obejmuje fundamentalne surowce, bez których nowoczesne budownictwo nie istnieje. Jak zauważa prof. Tom Phillips z UCD, krytycznym punktem zapalnym jest chociażby stal oraz podzespoły do ciężkich urządzeń. Europejskie hutnictwo i przemysł wytwórczy od lat są dociskane unijnymi normami emisji i drastycznymi cenami energii, a teraz te same instytucje wymagają od nich skokowego zwiększenia produkcji z dnia na dzień. To logiczna bzdura.
Europa nie posiada zasobów ani mocy przerobowych, aby natychmiast zastąpić globalne łańcuchy dostaw. Wprowadzenie sztywnych nakazów w trybie natychmiastowym doprowadzi do:
- Gwałtownego skoku cen materiałów budowlanych – ograniczona podaż w Europie wywinduje ceny stali i miedzi do niebotycznych poziomów.
- Wydłużenia czasów realizacji inwestycji – czas oczekiwania na europejskie komponenty wydłuży się z miesięcy do lat.
- Pogłębienia kryzysu mieszkaniowego – budowa domów i mieszkań zwolni do ślimaczego tempa, co uderzy w najuboższych i młode rodziny.
- Choroby kaskadowej w gospodarce – brak nowej infrastruktury i opóźnienia w energetyce zablokują rozwój przemysłu i transformację energetyczną.
Analitycy rynku przemysłowego mówią otwarcie, że zamiast bezmyślnie pchać unijne projekty legislacyjne na „rympał”, Unia Europejska musi wreszcie zacząć opierać się na twardych danych, a nie ideologicznych wizjach. Przejście na lokalne dostawy nie może nastąpić poprzez odcięcie dopływu surowców, zanim nie powstanie realna, sprawna alternatywa produkcyjna na terenie UE. Proces ten wymaga lat przemyślanych inwestycji i stopniowego wdrażania, a nie bezdusznego rozporządzenia podpisanego za biurkiem w Brukseli.
*
Czy ja już mówiłem, że unijni politycy to debile? O ile dzisiaj jeszcze nie, właśnie to czynię.
Bogdan Feręc
Źr. News Talk
Fot. CC ad acta

