Europa płaci za własną politykę. Ropa nieznacznie tanieje, ale rachunek dopiero przyjdzie – "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii

Europa płaci za własną politykę. Ropa nieznacznie tanieje, ale rachunek dopiero przyjdzie

Na światowych rynkach ropy wydarzyło się w piątek coś, co w normalnych czasach mogłoby zostać uznane za dobrą wiadomość. Cena surowca spadła i ropa Brent zeszła w okolice 104–105 dolarów za baryłkę, a WTI znalazła się w pobliżu 100 dolarów. Problem polega jednak na tym, że trudno nazwać to uspokojeniem rynku, skoro w całym tygodniu ropa podrożała o prawie 9 procent.

To trochę tak, jakby ktoś po trzech dniach biegu pod górę zatrzymał się na chwilę i powiedział: „Proszę bardzo, właśnie zwolniłem”. Rynek ropy nie wygląda więc dzisiaj na rynek spokojny. Wygląda natomiast na taki, który próbuje sobie wmówić, że sytuacja może jeszcze wrócić do normy, choć kolejne informacje z Bliskiego Wschodu robią wszystko, aby temu zaprzeczyć. Właśnie dlatego piątkowego spadku cen nie należy jeszcze tłumaczyć jako początku końca problemu. Jest i będzie wręcz przeciwnie.

Ropa tanieje, ale benzyna jeszcze tego nie wie

Każdy kierowca zna ten mechanizm. Kiedy ropa drożeje, ceny paliw na stacjach potrafią reagować błyskawicznie. Kiedy z kolei ropa tanieje, nagle okazuje się, że trzeba poczekać, aż „rynek się dostosuje”. Oczywiście istnieją ku temu powody, wiec paliwo sprzedawane dzisiaj na stacji nie zostało wyprodukowane tego samego dnia. Są zapasy, kontrakty, koszty transportu, rafinacji, ubezpieczenia, podatki i marże. Wszystko to jest prawdą, ale dla zwykłego człowieka prawda jest znacznie prostsza.

Tankuje samochód, płaci i widzi rachunek.

Jeżeli ropa utrzyma się powyżej 100 dolarów za baryłkę, problem nie skończy się na dystrybutorze. Droższy olej napędowy oznacza droższy transport. Droższy transport oznacza droższe towary. Droższe paliwo lotnicze oznacza droższe bilety. Droższy gaz oznacza droższą produkcję energii, nawozów, chemikaliów, stali, szkła i całej masy innych produktów.

Energia jest bowiem wyjątkowo złośliwym towarem. Kiedy drożeje, nie pozostaje w jednej rubryce rachunku, bo przenosi się na niemal wszystkie pozostałe.

Zatoka Perska przestała być odległym problemem

Tymczasem sytuacja na Bliskim Wschodzie robi się coraz bardziej niebezpieczna. Arabia Saudyjska czasowo zamknęła rurociąg East-West, co stało się po ataku dronów. To nie jest jakiś lokalny przewód o znaczeniu dla kilku ciężarówek. Mowa o strategicznej trasie umożliwiającej transport saudyjskiej ropy z rejonu Zatoki Perskiej do portu Yanbu nad Morzem Czerwonym, czyli z pominięciem Cieśniny Ormuz.

Równocześnie Huti posunęli się dalej, a chodzi o rejon Bab al-Mandab. Zajęcie wyspy Perim, położonej w samym środku strategicznej cieśniny, oznacza kolejny wzrost ryzyka dla żeglugi. To ważne, ponieważ światowy handel ropą i gazem nie odbywa się w próżni i tankowiec musi gdzieś przepłynąć. Jeżeli natomiast jedna droga jest zamknięta, druga staje się niebezpieczna, trzecia kosztuje dwa razy więcej, a czwarta prowadzi przez obszar, w którym kapitan zaczyna się zastanawiać, czy jego ubezpieczyciel w ogóle wypłaci odszkodowanie, gdy ktoś zdecyduje się do niego strzelać, to rachunek wystawia się ostatecznie wszystkim.

Tak działa dzisiejszy rynek ropy i gazu, więc nie trzeba nawet fizycznie zatrzymać całej światowej produkcji i rafinacji węglowodorów,  bo wystarczy sprawić, że dostarczenie baryłki z miejsca A do miejsca B staje się niepewne. A to właśnie ta niepewność kosztuje i nawet sporo.

Europa ma szczególny problem

Stary Kontynent w tej sytuacji jest wyjątkowo podatny na ciosy i to nie dlatego, że jest całkowicie pozbawiony jest energii. To byłoby stwierdzenie człowieka, który nie wie nic o światowej gospodarce. Problem polega na czymś innym, że Europa ma energię, ale coraz częściej kupuje ją w warunkach, w których nie kontroluje ani źródła, ani ceny, ani szlaku transportowego. To jest właśnie zasadnicza różnica.

Unia Europejska przez ostatnie lata od 2022 roku budowała strategię polegającą na ograniczaniu zależności od rosyjskich surowców energetycznych. Samo założenie dywersyfikacji było rozsądne, bo o ile odrzucić działania odwetowe za inwazję na skorumpowaną do szpiku kości, faszyzującą Ukrainę, żadne poważne państwo nie powinno uzależniać strategicznego sektora od jednego dostawcy.

Tyle że dywersyfikacja nie powinna oznaczać zamiany taniego dostawcy na wielu drogich, a właśnie w tym kierunku poszła Europa. Rosyjski gaz został w dużej części zastąpiony przez LNG, w tym gaz norweski, algierski i z innych źródeł. Ropa z Rosji została zastąpiona ropą amerykańską, kazachską, norweską, libijską, saudyjską, nigeryjską i iracką. Na papierze wygląda to pięknie, ale na stacji benzynowej i na rachunku za ogrzewanie już mniej.

Ameryka pomaga, ale nie jest magicznym magazynem

Warto tutaj rozprawić się z kolejnym mitem. Tak, Stany Zjednoczone są dzisiaj niezwykle ważnym dostawcą surowców energetycznych dla Europy. W pierwszym kwartale 2026 roku USA odpowiadały za 57,4 proc. unijnego importu LNG. W przypadku ropy były największym pojedynczym dostawcą, odpowiadając za 17,8 proc. importu. To są ogromne liczby, ale nie można mówić, jak robi to wielu komentatorów, że Amerykanie mogą po prostu powiedzieć: „Europa potrzebuje więcej, więc jutro wyślemy jej dwa razy tyle”. Nie mogą.

Rynek energii ma ograniczenia produkcyjne, logistyczne i transportowe. LNG trzeba skroplić, załadować, przewieźć specjalistycznym statkiem, rozładować i ponownie gazyfikować. Terminale mają określoną przepustowość, statków jest określona liczba, a gaz ma konkurencyjnych odbiorców.

Jednak, kiedy Europa konkuruje o amerykański LNG z państwami azjatyckimi, to nie wygrywa automatycznie dlatego, że jest Europą. Musi za ten gaz zapłacić, musi zaproponować atrakcyjną cenę, i właśnie dlatego amerykański gaz jest dla Europy jednocześnie ratunkiem, jak i rosnącym kosztem.

Magazyny gazu pokazują, gdzie naprawdę jesteśmy

Najbardziej interesujący jest jednak stan europejskich magazynów gazu. Pod koniec sierpnia i na początku września magazyny błękitnego paliwa w Unii Europejskiej wypełnione były w około 65–67 procentach. To jeden z najniższych poziomów dla tej pory roku od około 15 lat i wskazuje, że zima, o ile będzie należała do gatunku tych cięższych, może być bardzo trudna.

Zauważmy jednak, że różnice w magazynowaniu gazu pomiędzy państwami są ogromne. Niemcy, czyli największy konsument gazu w Unii, miały na początku września około 53–55 proc. napełnienia magazynów. To poziom niepokojący, choć niemieckie Ministerstwo Gospodarki przekonuje, że dzięki importowi rurociągowemu, terminalom LNG i niższemu zużyciu nie musi oznaczać fizycznego niedoboru gazu.

Francja wygląda znacznie lepiej, bo miała w omawianym okresie około 75 proc. Włochy jeszcze lepiej, gdyż ich zapasy wynosiły 84 proc. Polska we wrześniu była niemal po drugiej stronie tej energetycznej mapy Europy. Magazyny wypełnione miała w około 96 proc. i należy do państw najlepiej przygotowanych w całej Unii Europejskiej. Portugalia również przekracza 90 proc., ale jest jeszcze Irlandia. Tutaj sprawa jest wyjątkowo ciekawa, ponieważ Republika Irlandii nie posiada obecnie sensownych krajowych magazynów gazu o długim czasie przechowywania. Za czasów pałętania się u władzy Partii Zielonych, dawny magazyn w Kinsale zakończył działalność. Oznacza to, że Irlandia polega głównie na bieżących dostawach i swoich możliwościach importowych, a to jest już niebezpieczne.

Cała ta wyliczanka pokazuje coś ważnego, że nie istnieje jedna, a może lepiej powiedzieć jednakowa europejska sytuacja energetyczna. Są różne państwa, różne magazyny, różne połączenia i różne poziomy bezpieczeństwa, a kiedy przychodzi kryzys paliwowy – w szerokim znaczeniu, każdy zaczyna patrzeć przede wszystkim na własny interes. Oczywiście trudno mieć wówczas o to pretensje, bo chodzi o własne bezpieczeństwo energetyczne.

Będąc jednak w tym wątku, można dodać, że Irlandia, szczególnie zagrożona jest wahaniami cen, ale też brakami paliwa. Powód został już podany, ale warto go przypomnieć. Skoro nie ma magazynów gazu, a nawet ropy, nie może negocjować i kupować wcześniej węglowodorów, co zabezpieczy przed wyższymi lub skokowo zmieniającymi się cenami. Bezpieczeństwo dostaw też jest na podle niskim poziomie, czyli można powiedzieć, że tylko modły pomogą w utrzymaniu zasilania i ciepła na Zielonej Wyspie.

Najbardziej interesujące jest to, czego Europa jeszcze nie widzi

Dzisiaj nie ma podstaw, aby powiedzieć, że „tej zimy Europa na pewno nie będzie miała ropy i gazu”. Muszę przecież zachować uczciwość, nawet tę felietonową. Komisja Europejska i część analityków podkreśla, że poprawiona infrastruktura importowa, mniejsze zużycie gazu, rozwój OZE, połączenia międzysystemowe i nowe źródła dostaw zwiększają odporność Europy. To prawda, ale równie prawdziwe jest coś innego. Brak fizycznego niedoboru węglowodorów, nie oznacza braku kryzysu energetycznego.

Można mieć ropę, gaz i można mieć prąd, można mieć paliwo do samochodów oraz pieców, ale jednocześnie mieć gospodarkę, której nie stać na ich normalne używanie. To jest właśnie największe zagrożenie.

Europa raczej nie zamarznie, ale może tej jesieni i zimy płacić za ogrzewanie, transport i energię tak dużo, że przemysł zacznie przenosić produkcję tam, gdzie energia jest tańsza. Wtedy problem przestaje być problemem energetycznym, a stanie się gospodarczym.

Kiedy gaz kosztuje ponad 70 euro, rachunek zaczyna mówić polityką

Europejskie ceny gazu w ostatnich tygodniach znalazły się znacznie powyżej poziomów z ubiegłego roku. TTF przekraczał 70 euro za MWh, a rynek reagował na informacje z Bliskiego Wschodu niemal natychmiast. Co istotne, to nie jest już zwykła gra giełdowa, a zwyczajny rachunek za politykę i tutaj dochodzimy do najbardziej niewygodnej części całej historii.

Europa prowadzi nieprzemyślaną politykę energetyczną, która z jednej strony mówi o niezależności, bezpieczeństwie, transformacji i odejściu od paliw kopalnych, a z drugiej coraz wyraźniej pokazuje, że bez importowanych węglowodorów nadal nie potrafi funkcjonować. Możemy oczywiście zaklinać rzeczywistość, stawiać kolejne wiatraki, instalować panele słoneczne, zamykać elektrownie węglowe i gazowe, a nawet możemy ustanawiać kolejne cele redukcji emisji CO2. Jednak przemysł potrzebuje stabilnej energii przez całą dobę, przez cały rok, jak i transport potrzebuje paliwa, a miliony gospodarstw domowych potrzebują ogrzewania. I ta rzeczywistość pozostaje rzeczywistością, bo nie da się wydać dekretu, który nakaże fizyce i siłą natury przestać obowiązywać.

Na arenę wraca Rosja

Kilka miesięcy temu, pod koniec wiosny, pojawiła się teza, która dla wielu europejskich polityków musiała brzmieć niemal jak herezja. Ale wielu ekspertów powtarzało, że być może przyjdzie moment, w którym Europa będzie musiała ponownie zacząć kupować rosyjską ropę i rosyjski gaz. Wtedy można było uznać to w pewien sposób za polityczną prowokację, ale dzisiaj coraz trudniej traktować taki scenariusz wyłącznie jako polityczne fantazjowanie.

Wciąż zachowując powagę, warto jednak powiedzieć, że nie oznacza to, że Europa jutro podpisze kontrakt z Gazpromem. Nie można też stwierdzić, że wszystkie sankcje zostaną nagle anulowane. Nawet nie da się przypuszczać, że taki powrót jest politycznie łatwy. Cała ta sytuacja oznacza natomiast, że logika ekonomii, zaczyna zderzać się z tą polityczną coraz mocniej.

Pamiętajmy, że rosyjski gaz nie zniknął ze światowego rynku, rosyjska ropa też nie, a zmieniły się tylko kierunki przepływu. Europa kupuje energię od innych, często pośrednio i drożej, podczas gdy rosyjskie surowce trafiają do innych odbiorców. Jest w tym wszystkim jeszcze jeden, szczególnie interesujący paradoks. Europa chciała odciąć Rosję od swoich pieniędzy, jednak ta znalazła innych klientów, ale Europa znalazła sobie innych dostawców. Tyle że znalezienie innego dostawcy nie oznacza znalezienia dostawcy tańszego, a nawet takiego, który nie sprzeda jej rosyjskiej ropy i gazu.

Tym samym Europa, która chce sankcjami energetycznymi zniszczyć Federację Rosyjską, wciąż, choć przyznam, w coraz mniejszym stopniu, ale finansuje budżet Kremla, więc poniekąd finansuje też wojnę z Ukrainą. To jest ta ciekawostka, bo Europa gra na dwa fronty. Na jednym wspiera skorumpowaną Ukrainę, aby ta przetrwała inwazję, a z drugiej daje przez pośredników kasę Putinowi, żeby miał środki na ostrzał ukraińskich miast. To jest właśnie unijna polityka wysokich lotów.

Za to właśnie zapłaci europejski obywatel

Jeżeli jesteśmy przy rachunku, za takie prowadzenie ku energetycznej zgubie Europy, nie zapłaci Komisja Europejska, nie urzędnik w Brukseli, nie ten lub ów minister, który wygłasza płomienną przemowę o walce z rosyjskim najeźdźcą – zapłaci zwykły człowiek. Koszt dla każdego mieszkańca Europy pojawia się w cenie benzyny, w kosztach ogrzewania, chleba, biletu lotniczego, mieszkania, każdego produktu w sklepie, w podatkach, w rachunku przedsiębiorcy, który będzie musiał podnieść ceny albo ograniczyć produkcję.

To jest właśnie największy paradoks europejskiej polityki energetycznej. Unia Europejska wymyśliła, że będzie niezależna energetycznie od Rosji, a stała się bardziej zależna od światowego rynku ropy, LNG, transportu morskiego, terminali, globalnej konkurencji o surowiec i geopolitycznej stabilności kilku niezwykle ważnych szlaków.

Czy więc to jest ta jej pełna niezależność? Nie, to jest jedynie zmiana rodzaju zależności. A czasami zmiana zależności z dostawcy, który znajduje się za wschodnią granicą, na dostawcę oddalonego o ocean, wcale nie jest zwiększeniem bezpieczeństwa. Może być jedynie jego inną wersją. Ale czy lepszą?

Najgorsze pojawi się wtedy, gdy zaczniemy przyzwyczajać się do wysokich cen

Aktualnie najbardziej niepokojąca nie jest nawet cena samej ropy, której cena za baryłkę przekracza 100 dolarów. Bo chyba bardziej to, że świat faktycznie może się do niej przyzwyczaić. Podobnie jak Europa może przyzwyczaić się do gazu po 70, 80 czy 100 euro za MWh. Może też przyzwyczaić się do drogiego prądu, do drogich paliw, że zimą trzeba oszczędzać energię, do okresowych problemów z dostępnością, a wtedy kryzys przestaje być kryzysem i staje się nową normalnością.

Właśnie tego scenariusza obawiałbym się najbardziej, bo jeśli Europa wchodzi w kolejną zimę z tymi wszystkimi niskimi zapasami gazu, drogim LNG, niepewnymi szlakami morskimi, rosnącą konkurencją o surowce i politycznym zakazem korzystania z części potencjalnie dostępnych źródeł energii, to trudno mówić o komforcie energetycznym. Można mówić natomiast o zarządzaniu ryzykiem.

Europa nie stoi dziś przed prostym wyborem: Rosja albo bezpieczeństwo. Stoi przed znacznie trudniejszym pytaniem: czy stać ją na politykę, która ogranicza dostęp do najtańszych źródeł energii, zanim zapewni sobie jej zastępcze źródła?

Jeżeli odpowiedź brzmi „tak”, to rachunek będzie wysoki, a jeśli „nie” – trzeba będzie wcześniej czy później dokonać korekty. Pamiętajmy tylko, że rynek ma tę brzydką cechę, że nie pyta o poglądy polityczne, on pyta o baryłki, metry sześcienne, statki, rurociągi, terminale i pieniądze, a to właśnie dlatego pomysł powrotu do części rosyjskich dostaw, który jeszcze kilka miesięcy temu można było traktować jako majaczenie ekspertów, zaczyna coraz bardziej przypominać jeden z realnych scenariuszy przyszłości.

Nie stanie się to jednak dlatego, że Europa pokochała Rosję, że Bruksela zmieniła nagle poglądy, nawet nie dlatego, że ktoś (Niemcy) szczególnie tęskni za dawnym układem energetycznym. Stanie się to po prostu dlatego, że gospodarka ma swoje prawa. Jeśli alternatywa będzie oznaczała droższą energię, słabszy przemysł, droższe ogrzewanie, droższe paliwo i rosnącą konkurencję o każdy statek z LNG, polityka w pewnym momencie będzie musiała zderzyć się z rachunkiem. Wówczas może się okazać, że rachunek jest ważniejszy od deklaracji.

Europa wchodzi obecnie w ten moment, gdy ropa może nieco stanieć, ale jutro może znowu zdrożeć i będziemy mieli kolejne podwyżki na stacjach paliwowych. Tylko że wiele osób lubi nadużywać słowa może i karmi nas przypuszczeniami, choć robią to tylko dlatego, aby zachować spokój na ulicach. Jest więc przekaz, że może pojawić się rozejm, że Cieśnina Ormuz może zostanie otwarta, że może Huti się wycofają, że wydarzy się coś, czego dzisiaj jeszcze nie przewidujemy.
Ale wiecie co, tych może jest zbyt dużo i niewiele wskazuje, żeby którekolwiek z nich miało realne podstawy.

Europa weszła w epokę energii, w której bezpieczeństwo nie będzie mierzone wyłącznie tym, czy gaz i ropa są dostępne. Coraz ważniejsze będzie pytanie, czy europejskie społeczeństwa będzie jeszcze stać na ich zakup. I to jest znacznie poważniejszy problem niż chwilowy wykres ceny ropy.

Tak na marginesie, próbuję sobie cały czas wyobrazić, jak będzie wyglądał powrót do niskich cen paliw pędnych i grzewczych. Myślę i myślę, ale nic się tutaj nie chce kleić, więc nawet mój wymuszony już teraz optymizm poległ, czyli tanio – cóż, tanio już było.

Bogdan Feręc

Photo by Tomas Williams on Unsplash

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
ZNAJDŹ NAS:
Krokodyle łzy byłe
"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.

"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.