Zielona hegemonia Brukseli. Jak jej dyktat regulacyjny uderzy w globalne rolnictwo i nasze portfele
Dla większości Europejczyków rytuał picia porannej kawy i zjedzenia naleśnika lub croissanta to element codziennego komfortu, do którego zdążyliśmy się przyzwyczaić. Jednak w kuluarach brukselskiej biurokracji ten prosty poranny element życia, może wkrótce zmienić się w luksus zarezerwowany dla nielicznych. Za fasadą szczytnych haseł o ochronie środowiska i dbałości o zdrowie konsumentów kryje się gigantyczna machina regulacyjna, która zatraciła już dawno temu poczucie rzeczywistości. Unia Europejska – ta niewyczerpana oaza idiotycznych przepisów, niemal do cna wykorzystała możliwości manewru na własnym rynku wewnętrznym, ale postanowiła sięgnąć po oręż, nieznany dotąd na taką skalę i zaczyna dyktować warunki rolnikom w Ameryce Południowej, Afryce czy Azji.
Mogłoby się wydawać, że unijne dyrektywy kończą się na granicach tego zdegenerowanego politycznie i gospodarczo bloku. Nic bardziej błędnego. Projektowane przepisy dotyczące tzw. zerowego limitu pozostałości pestycydów zakazanych w UE (sprowadzane do tzw. zerowej tolerancji technicznej), w praktyce stanowią próbę wyeksportowania europejskiego modelu upadku rolnictwa na resztę globu. Aby jakikolwiek owoc czy ziarno mogło trafić do europejskiego sklepu, zagraniczny plantator, bez względu na to, czy uprawia kawę w brazylijskim stanie Minas Gerais, czy zbiera jagody w marokańskiej dolinie Souss, będzie musiał podporządkować się restrykcjom wymyślonym w przesyconych oparami absurdu gabinetach Komisji Europejskiej. Mówiąc wprost: Bruksela rości sobie prawo do zarządzania globalnym łańcuchem dostaw żywności, ignorując fundamentalne różnice klimatyczne, przyrodnicze i ekonomiczne.
Hipokryzja unijnego rynku i pułapka Mercosuru
Skąd wziął się ten regulacyjny zapał? Odpowiedzi należy szukać w narastającym oporze wewnętrznym, a europejscy rolnicy mają dość narzucanych im norm. Fala protestów, która wstrząsnęła kontynentem, z traktorami blokującymi ulice Paryża, Berlina i Warszawy, a była jasnym sygnałem, że polityka Europejskiego Zielonego Ładu brnie w ślepą uliczkę. Unijni rolnicy przygnieceni zostali wyśrubowanymi normami, wycofywaniem kolejnych substancji ochronnych i rosnącymi kosztami produkcji. Gdy równocześnie Bruksela dopinała wieloletnie negocjacje o wolnym handlu z krajami Mercosuru (Argentyną, Brazylią, Paragwajem i Urugwajem), na wsi wrzało. Europejczycy pytali przytomnie: dlaczego my musimy spełniać absurdalne normy, a z Ameryki Południowej płynie do nas strumień taniej żywności wyhodowanej bez tych obostrzeń?
Żeby ugasić ten pożar i zaskarbić sobie przychylność rodzimego lobby rolnego, eurokraci sięgnęli po konstrukcję prawną zwaną klauzulą lustrzaną. Zamiast poluzować gorset regulacyjny na własnym terenie, postanowili nałożyć ten sam gorset na cały świat. Logika jest zawiła i przewrotna, bo jeśli my nie możemy stosować określonych środków chemicznych, to nie pozwolimy importować żywności od tych, którzy ich używają. W ten sposób unijne uproszczenia w zakresie bezpieczeństwa żywności i pasz przekształciły się w wyrafinowaną barierę handlową.
Mechanizm ten doskonale ilustruje przypadek Francji. Paryż, tradycyjnie przewodzący rolniczemu protekcjonizmowi w Europie, wyprzedził unijne wypadki i jednostronnie wprowadził zakaz sprowadzania produktów z pozostałościami wybranych substancji. Efekt? Natychmiastowe tąpnięcie na rynku importowanych ziemniaków czy awokado. Działanie to, podszywane dbałością o „równe szanse” dla krajowych rolników, w rzeczywistości obnaża bezradność unijnego modelu gospodarczego, który nie potrafi już konkurować na zasadach wolnego rynku.
Żeby jednak wszystko było jasne od początku do końca, sam pomysł, aby do Europy trafiała żywność nieobarczona chemią, jakiej nie można stosować na Starym Kontynencie, był dobry, co przyznaję. Jednak propozycje uregulowania tej kwestii, odbiją się czkawką europejskich konsumentów, gdyż Komisja Europejska, nie jest zdolna do tworzenia prawa, które nie godzi we własne społeczeństwo.
Ekonomiczny szok dla konsumenta
Istotne jest też, że konsekwencje tej arbitralnej polityki nie pozostają w sferze rozważań teoretycznych. Wewnętrzne analizy przeprowadzone przez Wspólne Centrum Badawcze (JRC), czyli organ badawczy samej Komisji Europejskiej, kreślą ponury scenariusz. To rzadki przypadek, gdy oficjalne unijne dane potwierdzają czarne przepowiednie krytyków brukselskiej polityki.
Jeśli producenci z państw trzecich nie będą w stanie lub po prostu nie zechcą dostosować się do wyśrubowanych wytycznych UE, konsekwencje cenowe rzucą konsumentów na kolana. W najczarniejszym, skrajnym wariancie wyliczony przez badaczy skok cen kawy sięga absurdalnych 332 procent. Owoce cytrusowe miałyby w tym scenariuszu podrożeć o 82 procent. Całkowity wolumen importu produktów rolnych do Unii Europejskiej spadłby natomiast o ponad 40 procent. Nawet w bardziej umiarkowanych ocenach skutków nowego kagańca dbałości o zdrowie klientów, zakładający adaptację zagranicznych dostawców, wzrosty cen w sklepach są nieuniknione.
To zjawisko nie dotknie jedynie miłośników owoców egzotycznych, ponieważ unijne restrykcje uderzą rykoszetem w hodowców zwierząt w samej Europie. Ograniczenie importu komponentów paszowych wywoła efekt domina, więc droższa pasza to droższe mięso, nabiał i jaja na lokalnym rynku. Bruksela stawia polityków przed dramatycznym wyborem i albo zaryzykują powrót rozgniewanych rolników na ulice, albo doprowadzą do drenażu kieszeni milionów obywateli UE, dla których codzienne zakupy staną się wyzwaniem finansowym.
Geopolityczny paternalizm i ignorancja wobec Południa
Sięganie po dyktat regulacyjny odsłania jeszcze jedno, wyjątkowo niepokojące oblicze unijnej polityki, co oznacza głęboki paternalizm wobec krajów rozwijających się. Narzucanie jednolitych norm całemu światu, ignoruje fundamentalny fakt, że rolnictwo w Ameryce Południowej czy Afryce Północnej funkcjonuje w całkowicie odmiennych warunkach ekologicznych.
Inny klimat, odmienna wilgotność, brak mroźnych zim eliminujących szkodniki naturalnie oraz agresywne gatunki insektów sprawiają, że rolnicy ze strefy tropikalnej i subtropikalnej muszą stosować odmienne metody ochrony roślin. Środki, bez których europejskie rolnictwo w umiarkowanym klimacie potrafi się od biedy obejść, na plantacjach w Brazylii czy Hondurasie stanowią warunek przetrwania upraw. Nakaz całkowitego wyeliminowania pozostałości konkretnych substancji, to w praktyce zakaz ich stosowania na polach oddalonych o tysiące kilometrów od Brukseli.
Głos sprzeciwu słychać zresztą na całym świecie. Reprezentujący Marokańskie Stowarzyszenie Producentów Owoców Czerwonych Amine Bennani ujął ten problem nadzwyczaj celnie: Europa każe wybierać między całorocznym dostępem do zdrowych i tanich owoców a znikomą i koszmarnie drogą produkcją. Zwrócił przy tym uwagę na wymiar społeczny, bo w samym Maroku ten jeden sektor daje utrzymanie 250 tysiącom ludzi. Tymczasem decyzje zapadające w Brukseli, podejmowane są bez jakichkolwiek konsultacji z ludźmi, których los bezpośrednio zależy od produkcji rolnej.
Troskę o swój byt wyrażają kolejne branże i południowoafrykańscy producenci winogron oraz cytrusów (Hortgro), honduraski sektor eksportu melonów, kanadyjscy hodowcy zbóż czy kalifornijscy producenci migdałów. Nawet Brazylijski Związek Rolnictwa wskazuje, że brukselski dogmat ekologii niszczy fundamenty lokalnych gospodarek, wpędzając setki tysięcy rodzin w niepewność.
Podejście odwróconego bezpieczeństwa i konflikt z WTO
Szczególnie rażąca w działaniach Komisji Europejskiej jest pojęciowa manipulacja. Istniejące dotychczas międzynarodowe standardy bezpieczeństwa żywności bazują na naukowo wyznaczonych limitach (MRL), więc poziomach, które gwarantują brak jakiegokolwiek szkodliwego wpływu na zdrowie człowieka. Zgadzają się co do tego zarówno unijni specjaliści, jak i międzynarodowe organizacje sanitarno-epidemiodowidcze. Jednak nowa linia Brukseli unieważnia dotychczasowy dorobek. Organ decyzyjno-wykonawczy UE przestał natomiast kierować się wyłącznie bezpośrednim bezpieczeństwem konsumenta i na siłę próbuje teraz naprawiać swoje poprzednie błędy, przykrywając je kolejnymi. Zamiast więc próby uzyskania porozumienia, wprowadza kryterium opierające się na szerszych zagrożeniach środowiskowych. Jeśli dana substancja została w Unii Europejskiej wycofana na podstawie lokalnych ocen ryzyka ekologicznego, traktuje się ją jako zakazaną powszechnie, a jej śladowe ilości na importowanych produktach dyskwalifikują całe transporty.
Przedstawiciele Komisji Europejskiej, jak Elisabeth Werner z Dyrekcji Generalnej ds. Rolnictwa (DG AGRI), przekonują, że wysokie normy europejskie muszą być bezwzględnie egzekwowane. Rzeczniczka KE Eva Hrnčířová zapewnia co prawda, że decyzje będą zapadały indywidualnie, a Bruksela uwzględni bezpieczeństwo żywnościowe, jednak w praktyce, co akurat nie dziwi, brakuje jakichkolwiek konkretów. JRC zidentyfikowało aż 18 substancji czynnych, które mogłyby zostać natychmiast objęte bezwzględnym zakazem, co dotknęłoby 235 konkretnych produktów pochodzących z 86 państw.
To zderzenie woli politycznej z prawną rzeczywistością wywołało rezonans na forum międzynarodowym. Stany Zjednoczone, Australia, Kanada i Paragwaj oficjalnie zakwestionowały unijne zamysły na forum Światowej Organizacji Handlu (WTO). Zarzut jest jasny: Unia Europejska łamie zasady swobodnej wymiany handlowej, tworzy pozataryfowe bariery i próbuje narzucić własne pęta innym suwerennym państwom. Międzynarodowe Stowarzyszenie Producentów Świeżych Produktów (IFA) alarmuje, że niszczenie przewidywalnych reguł obrotu towarowego uderzy w stabilność globalnego łańcucha żywnościowego.
Unijny dyktat na drodze do samoizolacji
Działania Komisji Europejskiej ujawniają jednocześnie niebezpieczny mechanizm, bo gdy wewnętrzna polityka regulacyjna ponosi porażkę i prowadzi do utraty konkurencyjności własnego przemysłu oraz rolnictwa, odpowiedzą Brukseli nie jest refleksja, lecz ekspansja przepisów na zewnątrz. Unia Europejska próbuje natomiast zachować pozycję globalnego arbitra, posługując się tak zwanym „efektem Brukseli”, czyli przekonaniem, że rozmiar europejskiego rynku konsumpcyjnego wymusi na reszcie świata przyjęcie dowolnych, nawet najbardziej niedorzecznych reguł.
Tyle że świat w XXI wieku wygląda inaczej niż trzydzieści lat temu. Alternatywne rynki zbytu w Azji, Ameryce Łacińskiej czy na Bliskim Wschodzie rosną w siłę. Popyt na surowce rolne w Chinach czy Indiach sprawia, że dostawcy z Brazylii lub Argentyny nie są już bezwzględnie skazani na kaprysy europejskich urzędasów. Jeśli Bruksela zamknie swoje granice wyśrubowanym taryfami technologicznymi i ideologicznymi zakazami, zagraniczni producenci po prostu przekierują swoje towary gdzie indziej.
*
Efekt końcowy tego regulacyjnego zacietrzewienia łatwo przewidzieć. Europejski konsument zapłaci drastycznie wyższe rachunki za podstawowe towary. Oferta w sklepach skurczy się do rzadkich, sezonowych produktów, a deklarowana ochrona planety okaże się fikcją, przeniesioną na papierze z jednego kontynentu na drugi. Czas zadać pytanie, czy unijna biurokracja, jak niegdyś socjalizm, i czy próbuje uszczęśliwić świat na siłę, nie prowadzi czasami Europy ku samoizolacji gospodarczej. Śniadanie stanie się luksusem, a polityczną cenę za te eksperymenty Usuli von der Leyen i jej kolesiów, zapłacimy wszyscy.
Reasumując, kiedy mówiłem, że umowa z krajami Mercosur to kolejna eksplozja głupoty Komisji Europejskiej, ponownie miałem rację, bo jak się okazuje, właściwie nie możemy współpracować z krajami z tej grupy. Na dodatek KE chce chyba doprowadzić do sytuacji, w której Europejczycy będą po prostu głodować.
Bogdan Feręc
Źr. Politico
Photo by Nikita Ignatev on Unsplash
