Klątwa trwania. Dlaczego polityczny uścisk Micheála Martina kosztuje państwo zbyt wiele
Polityka nie wybacza braku wyczucia czasu, a jej najcięższym grzechem bywa usilne mylenie własnej kariery z racją stanu. Najnowszy sondaż Sunday Independent/Ireland Thinks nie jest zwykłą statystyczną korektą, bo to jednoznaczny, bezlitosny wyrok społeczny. Ledwie 12% wyborców chce, aby Micheál Martin poprowadził Fianna Fáil do kolejnych wyborów parlamentarnych, natomiast aż 41% domaga się jego natychmiastowej dymisji. W realiach stabilnej demokracji takie liczby oznaczają odcięcie politycznego tlenu, czyli poparcia społecznego.
Tymczasem szef rządu wybiera uporczywe trwanie. Micheál Martin przeniósł ciężar swojego przywództwa w przestrzeń, w której priorytetem przestało być sprawne zarządzanie państwem, a stała się nim chłodna kalkulacja własnego politycznego przetrwania. To podejście nie tylko paraliżuje jego własne ugrupowanie, ale przede wszystkim realnie szkodzi instytucjom i stabilności gospodarczej kraju.
Dyplomatyczna fasada i płonące podwórko
Koncentracja premiera na polityce międzynarodowej i budowaniu personalnego wizerunku na europejskich salonach odbywa się, co widać dokładnie, kosztem nierozwiązanych problemów wewnętrznych. Głosy płynące z wnętrza samej Fianna Fáil bywają w tej kwestii nadzwyczaj trafne, więc słyszy się, że lider zachowuje się jak XIX-wieczny landlord z epoki głębokiego podziału klasowego w XIX wieku, odwiedzający swoje włości z doskoku, podczas gdy w kraju nawarstwiają się kryzysy wymagające natychmiastowej akcji.
Gdy kluczowe obszary – od zapaści na rynku mieszkaniowym po nieefektywność systemową w infrastrukturze – domagają się twardych i szybkich decyzji, państwo otrzymuje przywództwo w trybie dryfu. Martin zamienił aktywny rząd w strukturę trwającą od przesunięcia do przesunięcia, co wprost obniża sprawność operacyjną całego aparatu państwowego. Państwo zamknięte jest więc w oczekiwania na dymisję swojego lidera, i po prostu przestaje rozwijać skrzydła.
Zmierzch paternalizmu i koszt braku sukcesji
Zjawisko to doskonale ilustruje analogia do literatury klasycznej, czyli uporczywe trzymanie się władzy przypomina dramaty Johna B. Keane’a, w których stary rolnik za wszelką cenę odmawia przekazania ziemi młodszemu pokoleniu. Tyle że państwo to nie wiejska gospodarka, a ceną za tę upartość jest powolny rozkład instytucjonalny.
Gdy poparcie dla polityków spoza ścisłego kierownictwa partyjnego – jak Jim O’Callaghan osiągający 42% – wyraźnie przewyższa wskaźniki samego lidera (35%), sygnał jest czytelny. Społeczeństwo oraz zaplecze polityczne widzą alternatywę, jednak sztywna konstrukcja władzy uniemożliwia jakąkolwiek regenerację.
Sfrustrowany elektorat, nie widząc przestrzeni na korektę wewnątrz głównego nurtu, przesuwa swoje głosy w stronę ugrupowań niezależnych oraz mniejszych formacji, takich jak Aontú czy Independent Ireland.
Cenny czas, którego państwo już nie ma
Odwlekanie decyzji o dymisji do momentu planowego przekazania urzędu premiera, generuje w kraju stan permanentnej tymczasowości. Mamy więc rząd, którego lider skupia się na zarządzaniu własnym odejściem, unika trudnych, reformatorskich decyzji i stawia na zachowawczość oraz uniknie spornych kwestii.
Micheál Martin, pozostając na stanowisku wbrew jawnej niechęci przytłaczającej części społeczeństwa, przestał być gwarantem stabilności Irlandii. Stał się natomiast balastem, który trzyma państwo w miejscu, a w momencie, gdy otoczenie gospodarcze i społeczne wymaga dynamicznego, zdecydowanego przywództwa. Rezygnacja ze stanowiska szefa partii i rządu nie jest w tym kontekście kwestią kaprysu opozycji czy wewnątrzpartyjnych frakcji – to podstawowy warunek odzyskania przez aparat państwowy zdolności do podejmowania strategicznych decyzji.
Bogdan Feręc
Źr. Materiały internetowe
Fot. CC Houses of the Oireachtas
