Prawica na rozdrożu. Czy Morawiecki wytworzył polityczne trzęsienie ziemi?
Polska polityka od lat przypomina teatr, w którym aktorzy zmieniają kostiumy częściej niż poglądy. Partie powstają, dzielą się, łączą, rozpadają i odradzają pod nowymi nazwami, a wyborcy coraz częściej mają problem z odróżnieniem prawdziwych idei od zwykłej walki o wpływy. Jedno natomiast pozostaje niezmienne – ambicje polityków. To one są paliwem każdego rozłamu, każdej nowej inicjatywy i każdego wielkiego planu, który ma rzekomo odmienić los kraju.
Kiedy więc mówię, że politycy często mają nierówno pod sufitem, nie robię tego wyłącznie po to, by kogoś obrazić. Mam ku temu konkretne powody. Wystarczy spojrzeć na historię polskiej sceny politycznej z ostatnich trzydziestu lat. Ile już było wielkich projektów? Ile „nowych otwarć”, „świeżych jakości”, „końca starej polityki”? A potem przychodziła codzienność, pierwsze konflikty o miejsca na listach wyborczych, stanowiska, wpływy i nagle okazywało się, że wielka idea była jedynie opakowaniem dla bardzo przyziemnych ambicji.
Dlatego z dużą uwagą obserwuję doniesienia dotyczące Mateusza Morawieckiego i jego grupy posłów wywodzących się Prawa i Sprawiedliwości. Oficjalnie Morawiecki mówi się o konsolidacji i współpracy prawicy, o nowym otwarciu, o budowie szerszego porozumienia. Jednak w polityce słowa bardzo rzadko znaczą dokładnie to, co słyszy wyborca. Znacznie ważniejsze jest to, czego politycy nie mówią. Morawiecki nie jest politykiem przypadkowym. Nie jest szeregowym posłem, który próbuje zaistnieć. Przez lata był twarzą rządu, premierem, jednym z najbliższych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego. Zna struktury PiS od środka, wie, gdzie znajdują się mocne i słabe strony partii. Jeżeli rzeczywiście zaczyna mówić o nowym projekcie politycznym, trudno uwierzyć, że robi to spontanicznie lub wyłącznie z troski o jedność prawicy. Jednak oddzielenie się od prawicowego przecież Prawa i Sprawiedliwości, stało się zaprzeczeniem jego słów.
Nie można również zapominać o jednym bardzo istotnym wydarzeniu. Jarosław Kaczyński zdecydowanie odrzucił możliwość współpracy z jedną i drugą Konfederacją. Taki ruch mógł nie spodobać się części polityków PiS, którzy od dawna dostrzegają zmieniające się preferencje wyborców. Konfederacje, bo ta Mentzena i Brauna, przestały być politycznym marginesem. Przez wiele lat traktowano je jako egzotyczny dodatek do polskiej sceny politycznej. Dzisiaj sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Oba ugrupowania posiada własny, całkiem spory elektorat, rozpoznawalnych liderów oraz coraz większe wpływy wśród młodych wyborców.
Sławomir Mentzen zbudował swój sukces na prostym przekazie gospodarczym i sprawnym wykorzystaniu mediów społecznościowych. Grzegorz Braun z kolei od lat pozostaje symbolem bardziej radykalnego skrzydła prawicy, które dla jednych jest gwarancją ideowej konsekwencji, a dla innych politycznym ciężarem. Niezależnie jednak od ocen, obaj posiadają coś, czego coraz częściej brakuje wielu politykom głównego nurtu – wiernych zwolenników.
Jeżeli więc Morawiecki rzeczywiście rozważa budowę nowego ugrupowania, naturalnym partnerem wydaje się właśnie środowisko Konfederacji. Taka koalicja mogłaby stworzyć zupełnie nowy układ sił na prawicy, a to byłby scenariusz wyjątkowo niebezpieczny dla Prawa i Sprawiedliwości.
Od niemal dwóch dekad PiS pozostaje niekwestionowanym liderem konserwatywnej części sceny politycznej. Owszem, zdarzały się chwilowe kryzysy, odpływy posłów czy wewnętrzne konflikty, jednak żadna formacja nie była w stanie na trwałe odebrać tej partii pozycji lidera. Tym razem sytuacja może wyglądać inaczej.
Jarosław Kaczyński pozostaje najważniejszą postacią swojego ugrupowania, ale trudno uciec od biologii. Polityka nie zna próżni. Każda partia wcześniej czy później staje przed pytaniem o sukcesję. Kto przejmie stery? Kto będzie twarzą ugrupowania za kilka lat? Kto przekona młodszych wyborców? Mateusz Morawiecki niewątpliwie widzi siebie w tej roli. Problem polega jednak na tym, że sukcesji nie przeprowadza się wyłącznie dzięki ambicjom. Potrzebna jest zgoda aparatu partyjnego, struktur terenowych i samego prezesa. Jeżeli którejkolwiek z tych rzeczy zabraknie, pokusa stworzenia własnego projektu staje się znacznie większa.
Historia polskiej polityki zna podobne przypadki, bo np. Solidarna Polska miała być alternatywą dla PiS. Porozumienie Jarosława Gowina miało być nowoczesnym konserwatyzmem. Polska Jest Jedna próbowała zagospodarować rozczarowanych wyborców. Ruch Kukiza miał zmienić cały system. Każdy z tych projektów rozpoczynał działalność z ogromnymi nadziejami. Większość kończyła jako polityczny przypis. Dlaczego?
Ponieważ stworzenie nowej partii jest łatwe, ale utrzymanie jej przez wiele lat na scenie jest znacznie trudniejsze. Polityka to nie tylko konferencje prasowe i występy telewizyjne. To tysiące lokalnych działaczy, struktury, finansowanie, kampanie, ludzie gotowi przez lata wykonywać niewdzięczną, mozolną pracę. Bez tego nawet najbardziej błyskotliwy lider szybko przekonuje się, że medialna popularność nie przekłada się automatycznie na wyborcze zwycięstwa.
Morawiecki z pewnością zdaje sobie z tego sprawę. Dlatego coraz częściej zastanawiam się, czy nie obserwujemy czegoś znacznie większego niż zwykły konflikt personalny. Możliwe, że trwa właśnie walka o przyszłość całej polskiej prawicy. Jeżeli nowa formacja rzeczywiście pozostanie ze wsparciem polityków PiS oraz środowisk Konfederacji, mogłaby odebrać Prawu i Sprawiedliwości znaczną część elektoratu.
Co więcej, nie musiałaby od razu wygrywać wyborów. Wystarczyłoby, że osłabiłaby PiS na tyle, aby przestał być dominującą siłą po prawej stronie. To zmieniłoby całą polityczną matematykę.
Dotychczas większość wyborców prawicy głosowała strategicznie. Nawet jeśli nie zgadzała się z każdą decyzją PiS, uznawała tę partię za jedyną zdolną przeciwstawić się centrolewicy. Pojawienie się nowej, silnej alternatywy mogłoby całkowicie zmienić ten sposób myślenia. Jednak równie prawdopodobny pozostaje scenariusz znacznie mniej spektakularny. Nowa partia mogłaby przetrwać jedynie do najbliższych wyborów. Zdobyć kilka mandatów, wprowadzić kilkunastu posłów, a później rozpocząć proces, który znamy z historii aż za dobrze.
Pierwsze konflikty i rozczarowania, spory o przywództwo, odejścia, rozłam i powroty do PiS.
Polska polityka jest pełna takich wydarzeń. Wielu polityków opuszczało swoje macierzyste ugrupowania z przekonaniem, że właśnie rozpoczynają marsz po władzę. Kilka lat później wracali do punktu wyjścia albo całkowicie znikali z życia publicznego.
To pokazuje jeszcze jedną prawidłowość. Wyborcy często bardziej cenią stabilność niż kolejne eksperymenty. Nawet jeżeli narzekają na swoją partię, niekoniecznie chcą ryzykować poparcie dla projektu, którego przyszłość pozostaje wielką niewiadomą. Nie można jednak lekceważyć zmęczenia obecnym układem politycznym. Coraz więcej Polaków ma dość wojny dwóch największych obozów.
Coraz więcej ludzi oczekuje świeżości, konkretów i polityków, którzy zajmą się problemami gospodarczymi zamiast niekończącymi się sporami personalnymi.
Morawiecki próbuje przedstawiać się właśnie jako człowiek gospodarki. To jego najmocniejszy atut. Były premier może przekonywać, że rozumie świat finansów, inwestycji i biznesu lepiej niż większość konkurentów, choć podobny jest w tym do Konfederacji Mentzena. Pytanie brzmi jednak, czy wyborcy kupią taką narrację po latach sprawowania władzy. Trudno jednocześnie odcinać się od błędów rządów PiS i budować własną wiarygodność na doświadczeniu zdobytym właśnie w tych rządach.
Warto też pamiętać, że polityka jest grą długodystansową. Dzisiaj ktoś wydaje się politycznym zwycięzcą, jutro może walczyć o polityczne przetrwanie. Wystarczy jedna nieudana kampania, kilka złych decyzji albo zmiana nastrojów społecznych. Dlatego z ostrożnością podchodzę zarówno do wielkich zapowiedzi Morawieckiego, jak i do uspokajających głosów płynących z PiS. Jedni chcą pokazać, że rodzi się nowa siła, drudzy przekonują, że nic istotnego się nie dzieje. Prawda zapewne leży gdzieś pośrodku.
Jedno jest pewne – polska prawica wchodzi w okres poważnych przetasowań. Pytanie nie brzmi już, czy do nich dojdzie, ale jak głębokie będą ich konsekwencje. Czy PiS utrzyma dominującą pozycję po prawej stronie politycznej sceny? Czy Morawiecki zdecyduje się na ostrzejsze starcie z PiS-em? Czy Konfederacja będzie chciała zostać partnerem kogokolwiek, skoro sama coraz śmielej walczy o rolę lidera?
Na te pytania odpowiedzi jeszcze nie znamy. Wiemy natomiast jedno. Polityka nie znosi pustki. Gdy w dużej partii pojawiają się wątpliwości dotyczące jej własnej przyszłości, natychmiast rodzą się nowe ambicje. A te bywają znacznie silniejsze niż lojalność. To właśnie dlatego warto uważnie obserwować każdy ruch Mateusza Morawieckiego, Jarosława Kaczyńskiego i liderów Konfederacji. Nawet jeśli dzisiaj wszystko wygląda na serię medialnych spekulacji, jutro może okazać się początkiem największego przemeblowania polskiej prawicy od wielu lat.
Jednocześnie warto zachować chłodny dystans. Polityka lubi zaskakiwać, ale jeszcze bardziej lubi powtarzać własne schematy. Wielkie zapowiedzi często kończą się cichym wygaszeniem projektu, a spektakularne rozłamy okazują się jedynie epizodem. Dlatego zamiast ulegać emocjom, lepiej patrzeć na fakty, decyzje i konsekwencje. To one, a nie konferencje prasowe czy przecieki do mediów, pokażą, czy mamy do czynienia z narodzinami nowej siły politycznej, czy tylko z kolejnym rozdziałem niekończącej się walki o wpływy na polskiej prawicy.
Jak do tej pory Morawiecki i Kaczyński, poprzez swój brak porozumienia osiągnęli jedno, wzmocnili obóz liberałów i lewicy, a tego to nawet chyba Tusk się nie spodziewał.
Bogdan Feręc
Fot. CC Kancelaria Premiera
