Świat po hegemonii. Pięć imperiów, zero sentymentów
To nie jest felieton o mapach, one są dla uczniów, a o sile, lęku i ambicji, o porządku, który nie tyle nadchodzi, ile właśnie się materializuje, jak mgła, która długo była tylko wilgocią zawieszoną w powietrzu, aż nagle stała się widoczna.
Nowy układ świata nie rodzi się w salach ONZ ani w deklaracjach o „wspólnych wartościach”, a powstaje w stoczniach, w laboratoriach półprzewodników, w bazach wojskowych i w demografii. Ma już nawet pięć wyraźnych biegunów, czyli Stany Zjednoczone, Rosja, Chiny, Indie i Japonia. Natomiast reszta świata, będzie się do nich dostosowywać albo próbować grać między nimi.
Przez trzy dekady po zimnej wojnie karmiono nas bajką o „końcu historii”, a liberalna demokracja miała być jak Windows 95, czyli systemem, który po prostu się instaluje i działa. Amerykańska potęga pozbawiona była wówczas alternatywy, w której Rosja miała być regionalnym graczem z atomowym sentymentem. Chiny pozostać miały fabryką świata bez geopolitycznych ambicji, natomiast Indie, cóż, egzotyczną demokracją z problemami. Pozostała jeszcze Japonia, a tej sugerowano pozostanie eleganckim muzeum technologii z lat 80.
Dziś jednak widać, jak bardzo ta opowieść była życzeniowa, bo Stany Zjednoczone wciąż są najpotężniejszym państwem globu i ich przewaga militarna pozostaje bezkonkurencyjna, dolar jest, nie bez problemów, ale kręgosłupem finansowego świata, a amerykańskie uczelnie oraz koncerny technologiczne wyznaczają kierunek innowacji. Jednak nie jest to już dawny hegemon, który może dyktować warunki bez oglądania się na innych. To raczej imperium zmuszone do zarządzania równowagą pomiędzy Pacyfikiem a Europą, między rywalizacją z Chinami a koniecznością utrzymania sojuszy.
Rosja zburzyła z kolei iluzję, że globalizacja oznacza pacyfikację imperialnych ambicji. Kreml pokazał, że w świecie zależności energetycznych i nuklearnego odstraszania można podważać granice i wciąż pozostawać graczem, którego nie da się wykluczyć z rozmowy. Federacja Rosyjska od wielu lat nie może być nazywana gospodarczą potęgą, ale jest potęgą geopolityczną, głównie dzięki surowcom, broni jądrowej i gotowości do używania siły.
Chiny przestały udawać, że chcą tylko handlować, ponieważ ich projekt jest większy niż suwerenność technologiczna, kontrola szlaków handlowych, budowa alternatywnej architektury finansowej i militarnej. Pekin rozumie, że kto kontroluje łańcuchy dostaw, kontroluje politykę. Kto kontroluje dane, kontroluje przyszłość, a kto ma flotę, ten ma głos.
Indie rosną najciszej, ale najkonsekwentniej, więc w tym przypadku demografia działa na ich korzyść. Gospodarka przyspiesza, a elity uczą się balansować między Zachodem a Rosją, między USA a Chinami. Indie nie chcą być niczyim satelitą, chcą być biegunem, państwem, które mówi: „możemy współpracować z każdym, ale podporządkowani nie będziemy”.
Japonia przechodzi zaś cichą transformację, bo to z kolei kraj, który przez dekady opierał swoją tożsamość na gospodarce i pacyfizmie, dziś natomiast zwiększa wydatki obronne i redefiniuje swoją rolę w regionie. Tokio wie, że w cieniu rosnących Chin nie można pozostać wyłącznie eksporterem samochodów i animowanych postaci z bajek dla niedorostków. Japonia znów zaczęła myśleć strategicznie i, co ważne, całkiem dobrze jej to wychodzi.
Dlaczego właśnie ta piątka?
Ponieważ każde z tych państw spełnia trzy warunki, więc ma potencjał militarny, technologiczny i cywilizacyjny. Nie chodzi tylko o PKB czy liczbę czołgów, bo bardziej o zdolność kształtowania reguł gry. O to, kto ustala standardy technologiczne, kto buduje sojusze, kto decyduje o przepływie kapitału i surowców. A Europa? Ta sama, która jest naszym domem, jest potężnym rynkiem i ważnym aktorem, ale nie jest państwem jednolitym, a to już fundamentalna różnica. W świecie twardej polityki liczy się spójność decyzyjna, a tej Unii Europejskiej brakuje, niezależnie od jej gospodarczej siły.
Świat wielobiegunowy oznacza jedno – koniec komfortu i koniec epoki, w której jeden ośrodek mógł narzucać globalne standardy. Teraz będziemy mieli konkurujące ze sobą modele, więc ten liberalny, autorytarny i najprawdopodobniej hybrydowy. Kapitalizm w kilku wersjach, demokrację w kilku odmianach i całkiem różne definicje suwerenności. To nie musi oznaczać wojny totalnej. Może oznaczać permanentne napięcie, taką zimną wojnę 2.0, ale z wieloma osiami. Rywalizację o półprzewodniki, sztuczną inteligencję, Arktykę, kosmos, dostęp do litu i kobaltu oraz konflikty peryferyjne, które będą testować determinację głównych graczy.
W tym układzie Stany Zjednoczone będą próbowały utrzymać sieć sojuszy. Rosja będzie szukała okazji do destabilizacji i wzmocnienia swojej pozycji negocjacyjnej. Chiny cierpliwie budować alternatywne instytucje. Indie będą grały na własny rachunek, starając się nie spalić mostów, a Japonia stanie się kluczowym filarem równowagi w Azji. Najciekawsze jest jednak to, że ten porządek nie jest efektem jednego traktatu czy jednej wojny. On wyłania się z trendów, głównie demograficznych, technologicznych, energetycznych, bo to jest proces, nie natomiast wydarzenie.
Demografia mówi jasno, że Europa się starzeje, Afryka rośnie, Indie młodnieją. Technologia przyspiesza koncentrację władzy w rękach tych, którzy kontrolują algorytmy i produkcję chipów. Energetyka przechodzi transformację, ale surowce krytyczne tworzą nowe zależności. W takim świecie sentymenty nie mają znaczenia, liczy się interes, a interesy tych pięciu państw, często są ze sobą sprzeczne.
Czy możliwy jest więc sojusz USA i Indii przeciw Chinom? On się już zarysowuje. Czy Rosja stanie się młodszym partnerem Pekinu? W wielu obszarach już nim jest. Czy Japonia pogłębi współpracę wojskową z Ameryką? Wszystko na to wskazuje.
Wielobiegunowość nie oznacza równowagi idealnej, a raczej nieustanne testowanie granic i każdy z biegunów będzie sprawdzał, jak dalece może sobie na to pozwolić. Każdy będzie kalkulował ryzyko. Dla mniejszych państw to epoka trudna, ale i pełna szans, bo można stać się kluczowym dostawcą technologii, surowców, infrastruktury. Można budować własną pozycję jako pośrednik, ale można też stać się polem gry. Nowy porządek świata nie będzie romantyczny, nie będzie oparty na idealizmie, stanie się, o ile już nim nie jest, pragmatyczny, chłodny i momentami brutalny. Państwa, które nie zrozumieją tej zmiany, obudzą się w rzeczywistości, w której decyzje zapadają gdzie indziej.
Historia przyspieszyła i choć wielu wolałoby wierzyć, że wszystko wróci do „normalności”, ta normalność była tylko epizodem. Trzy dekady dominacji jednego centrum to w perspektywie dziejów chwila. Teraz wchodzimy w epokę pięciu biegunów. Każdy z nich ma własną wizję świata, każdy dysponuje narzędziami, by tę wizję realizować. Między nimi będzie natomiast ścieranie się interesów, idei i ambicji.
Czy ten porządek się kiedyś ukształtuje? On już nabiera wyrazu, już powstaje, już widać, jak rodzi się na naszych oczach i możemy obecnie patrzeć, kto nauczy się w nim poruszać. Bo świat nie znosi próżni, a kiedy kończy się jedna epoka, inna wchodzi bez pukania.
I na koniec przypomnę tylko słowa byłego premiera Mateusza Morawieckiego, który kilka lat temu powiedział, że nic nie będzie takie, jak było wcześniej. Mylił się, a może już wtedy wiedział, może chciał nas przygotować, a może po prostu strzelił i trafił…
Bogdan Feręc
Grafika: Wygenerowana przez AI
