List od czytelniczki: Kilka słów wstępu do ważnego „listu” Pani Magdaleny.
Po publikacji felietonu, który wywołał niemałe emocje, bo to prawie 400 000 odsłon, a chodzi o materiał zatytułowany „Zielona Wyspa, która nie chciała pamiętać”, do naszej redakcji napłynęło wiele wiadomości od czytelników. Jedni przyznawali rację przedstawionym w nim faktom, a inni stanowczo się z nimi nie zgadzali. Jedno jednak nie ulega wątpliwości, temat okazał się Państwu daleki od obojętności i dobrze, bo właśnie z takich sporów, rozmów oraz wymiany argumentów rodzi się prawdziwa debata.
Oczywiście można polemizować z interpretacją faktów, a można nawet patrzeć na rzeczywistość z różnych perspektyw. Jednak jeden element powracający w wielu nadesłanych wiadomościach wymaga doprecyzowania. W licznych emailach próbowano przekonywać mnie, że w Irlandii nic się nie zmieniło, a liczba Polaków pozostaje w zasadzie taka sama jak wcześniej, bo sąsiedzi z domu obok wciąż w nim mieszkają, a są spod Grudziądza. Niestety, oficjalne dane mówią coś zupełnie innego, natomiast liczby, jak to liczby, bywają uparte.
Z dostępnych informacji wynika bowiem jasno, że ilość aktywnych numerów PPS należących do obywateli Polski znacząco spadła. Podczas Spisu Powszechnego w Irlandii, czyli Census 2022, w systemie zarejestrowanych było ponad 122 tysiące osób posiadających polskie paszporty. Tymczasem już pod koniec ubiegłego roku irlandzki Social Welfare przekazał polskim władzom w Warszawie dane wskazujące, że obecnie liczba ta wynosi około 89 tysięcy i jest z tendencją spadkową.
Oznacza to jedno, że w zaledwie cztery lata ze Szmaragdowej Wyspy ubyło około 33 tysiące Polaków. To fakt, z którym można dyskutować w kontekście jego przyczyn czy konsekwencji, ale którego nie sposób ignorować.
Przechodząc jednak do rzeczy, jedna z wiadomości, jakie trafiły do naszej redakcji za pośrednictwem komunikatora internetowego, okazała się na tyle interesująca i wymowna, że postanowiłem ją opublikować. Bez dalszych zbędnych komentarzy, bo czasem najlepszym komentarzem jest sam głos czytelnika, w tym przypadku czytelniczki, poniżej przedstawiam w całości, bez jakichkolwiek korekt, wiadomość, którą otrzymaliśmy od Pani Magdaleny:
– Przyjechałam do Irlandii mając 26 lat. Był październik 2006 roku. Wylądowałam na lotnisku w Dublin Airport o pierwszej w nocy, a już tego samego dnia o szóstej rano zaczęłam pracę w sklepie SPAR – na dziale Deli. Z perspektywy czasu brzmi to jak szaleństwo, ale wtedy nie czułam strachu. Mimo że mój angielski był bardzo „koślawy”, czułam raczej ekscytację niż lęk. To był początek czegoś zupełnie nieznanego.
Wokół mnie było wielu ludzi z moich stron, choć wcześniej się nie znaliśmy. To były czasy, gdy pracy było dużo – kto miał znajomego chętnego do wyjazdu, ściągał go do siebie. Zatrudniali praktycznie „z ulicy”. Pracowaliśmy za minimalną stawkę, wynajmowaliśmy mieszkania na pokoje po kilka osób. Nasz apartament w Dublinie – dwa pokoje, dwie łazienki, salon z kuchnią i balkon – kosztował 1200 euro miesięcznie. Życie kręciło się wokół pracy i domu, a zakupy robiliśmy w pobliskim Blanchardstown Centre.
Po roku przeniosłam się do Wexford. Różnica w kosztach była ogromna – trzypokojowy dom w zabudowie kosztował 650 euro, a pensja minimalna była taka sama jak w Dublinie. Koszty życia były niższe, więc łatwiej było coś odłożyć. Praca, dom, znajomi, weekendowe imprezy. Odkładałam pieniądze z myślą o budowie domu w Polsce. Plan był prosty: pięć lat,
Po dwóch latach poznałam mężczyznę, który został moim mężem. W 2010 roku urodziła się nasza córka, w 2012 – syn. Dom w Polsce powstał, a my wciąż planowaliśmy powrót przed rozpoczęciem przez dzieci szkoły. Zrezygnowałam z pracy, zostałam z dziećmi w domu, mąż pracował. Wynajmowaliśmy już dom tylko dla siebie. Życie było spokojne – samochód, kilka wyjazdów do Polski w roku, stabilność. Koszty nie były wtedy tak wysokie jak dziś.
Gdy dzieci zaczęły przedszkole, wróciłam do pracy na pół etatu. Wszystko układało się dobrze, ale zbliżał się moment decyzji: wracamy czy zostajemy? Coraz częściej oboje z mężem czuliśmy, że nie chcemy wracać. Dzieci zaczęły szkołę, zapuściły tu korzenie. Zdecydowaliśmy się kupić dom w Irlandii. Udało się łatwo – dom z prawie 35-arową działką, w pięknej okolicy, blisko morza.
Przyjechałam tu z jedną walizką i prawie bez języka. Dziś, po prawie dwudziestu latach, mam męża, dzieci, dom, dobrą pracę, kota, psa i nawet kury. Początki były trudne – najgorsze prace za minimalną stawkę, zmiany, próby, nauka języka, zdobywanie doświadczenia. Ale krok po kroku budowałam swoje życie.
Dziś lubię Irlandię. Ludzie są tu bardziej bezpośredni, prostsi w relacjach. Życie jest spokojniejsze, mam czas dla siebie i rodziny. Nie czuję presji ciągłego udowadniania swojej wartości, „spinania się”, pokazywania statusu. Tu jest łatwiej oddychać. Możliwości wciąż jest wiele – nawet mimo inflacji, która przecież dotyka cały świat.
Czasem myślę, że dziś nie odnalazłabym się już w polskiej rzeczywistości, zaczynając wszystko od nowa. Moje życie jest tutaj. To miało być pięć lat. Minęło prawie dwadzieścia. Jestem szczęśliwa HA- przypadkiem dziś mój komentarz do waszego artykułu widzę że stał się bardzo popularny macie tu moją historię ludzie potrzebują prawdziwych historii nie propagandy i statystyk zróbcie taki felieton prawdziwych historii.
***
Okay, wprowadziłem dwie poprawki i postawiłem kropkę, ale nic poza tym. Pani Magdaleno, jeżeli czytelnicy będą chcieli podzielić się swoimi historiami, jesteśmy zawsze otwarci na tego typu propozycje, więc chętnie opublikujemy każdy tekst. W końcu jesteśmy tu dla Was.
Nasz adres e-mail to niezmiennie: info@polska-ie.com.
Przepraszam, że nie odpowiedziałem na Państwa wiadomości, ale była ich grubo ponad setka, więc siłą rzeczy wciąż jeszcze musiałbym pisać, a praca czeka.
Pani Magdaleno, dziękuję za tę wiadomość,
Bogdan Feręc
Photo by Debby Hudson on Unsplash
