Nie powinniśmy pomagać Ukrainie
Z punktu widzenia ekonomicznego pomoc Ukrainie bywa przedstawiana jako moralny imperatyw, niemal rachunek sumienia zapisany w budżecie państwa, ale ekonomia nie zna litości ani patosu. Ekonomia liczy, a kiedy już policzy, potrafi być bezwzględna jak księgowy o piątej rano, gdy nawet szósta kawa po nieprzespanej nocy przestaje działać.
Spójrzmy więc chłodno, bez biało-czerwonych oraz niebieskich wzruszeń, ale i bez geopolitycznych hymnów. Państwo to nie fundacja charytatywna, to mechanizm alokacji zasobów. Każda złotówka albo euro wysłane za granicę jest tym walorem, którego nie ma na ochronę zdrowia, edukację, infrastrukturę czy obniżenie długu. Budżet nie jest z gumy, jak mówią sami politycy, a deficyt nie rozmnaża się jak chleb w Ewangelii.
Pomoc Ukrainie oznacza realne koszty na transfery finansowe, sprzęt wojskowy, utrzymanie uchodźców, presję na rynek pracy i nieruchomości, ale także wyższe wydatki socjalne. Ekonomiści nazywają to „kosztem alternatywnym”, czyli tym, z czego rezygnujemy, nawet jeśli nie chcemy o tym myśleć. Politycy natomiast nie lubią tego pojęcia, bo nie da się go ładnie sprzedać na konferencji prasowej.
Często powtarzany przez nich argument brzmi, że „to inwestycja w bezpieczeństwo”. Niby rozsądnie, ale ekonomia prosi o dowody, nie metafory. Gdzie jest stopa zwrotu? W jakim horyzoncie czasowym? Jak ją mierzymy? Bez tych odpowiedzi dostajemy nie inwestycję, tylko akt wiary, a wiara, choć może być piękna, nie jest kategorią makroekonomiczną. Powtarzany jest też bardzo często mit o impulsie wzrostowym, że pomoc pobudza gospodarkę, że pieniądz krąży, że popyt rośnie. Owszem, pieniądz krąży, ale niekoniecznie tam, gdzie boli najbardziej. Krąży w sektorach obsługujących kryzys, nie w tych, które budują długofalową produktywność. To gaszenie pożaru benzyną klasy Premium, czyli jest drogo, efektownie, krótkotrwale.
Tradycyjna ekonomia, ta nudna, staroświecka, bardziej książkowa, jeszcze sprzed twitterowych rewolucji mówi jasno – państwo powinno najpierw dbać o własną stabilność fiskalną. Inflacja, zadłużenie, spowolnienie wzrostu nie znikają dlatego, że intencje są szlachetne. Rynki nie czytają politycznych manifestów, one sprawdzają tabelki.
Żeby jednak była pełna jasność, nie chodzi tu o brak empatii, choć empatia bez wystawionej faktury prowadzi do bankructwa, a bankructwo nie pomaga nikomu. Historia zna ten scenariusz aż za dobrze, więc najpierw pojawiają się wielkie gesty, potem ciche cięcia, a na końcu rachunek, który płacą ci, którzy nie byli pytani o zdanie. Ekonomia mówi więc „stop” tam, gdzie polityka krzyczy „więcej”. To niepopularne, to niewygodne, to kompletnie nie nadaje się na transparent, ale felieton nie jest od tego, żeby było miło. Jest od tego, aby było jasno.
Z ekonomicznego punktu widzenia pomoc Ukrainie jest irracjonalna, bo opiera się na emocji, nie na kalkulacji, na nadziei, nie na modelu, na narracji, nie na liczbach. Te zaś są jak stare zegary, tykają bez względu na to, kto akurat ma rację, nawet tę najprawdziwszą. Świat jest brutalny w swojej logice, budżet też i im szybciej przyjmiemy to do wiadomości, tym mniejszy będzie rachunek końcowy.
Bogdan Feręc
Photo by Daniele Franchi on Unsplash
